Zaufanie społeczności to najcenniejsza waluta – wywiad z Aleksandrą Beltą-Iwacz

  z dnia: 29 maja 2026

Rozmawiamy z Aleksandrą Beltą-Iwacz – psycholożką, terapeutką pedagogiczną i twórczynią Mamologii. Przekłada wiedzę psychologiczną na codzienne życie rodziców – przez blog, Instagram, podcasty, kursy i e-booki. Prowadzi też centrum psychologiczne i jest autorką serii książek dla dzieci o emocjach. Zamiast instrukcji i gotowych recept, otwarcie mówi o tym, co w rodzicielstwie trudne i niewygodne.

Jesteś psycholożką, która pomaga rodzicom nie oszaleć – ale sama przyznajesz, że macierzyństwo było dla ciebie czasem sprzeczności. Skąd wzięła się Mamologia?

Na początku Mamologia nie miała być marką, ani pomysłem na życie. Była moim miejscem ucieczki w momencie, kiedy miałam w sobie dużo sprzeczności. Na świecie pojawił się mój syn, wymarzone, wyczekane dziecko, a z drugiej strony bardzo wyraźnie czułam, że odkąd zostałam mamą, zaczynam tracić jakąś ważną cząstkę siebie. Tę, która lubiła się uczyć, realizować, miała w sobie dużo energii życiowej. Widziałam, jak moi koledzy rozwijają się zawodowo, a ja siedziałam z maleńkim dzieckiem na rękach. Z jednej strony czułam ogromną miłość do niego, ale cały czas towarzyszyło mi jedno niewygodne pytanie: co ze mną?

Wtedy mój mąż zasugerował, żebym założyła bloga, żeby mieć miejsce, w którym będę mogła się realizować i mówić o psychologii, tak bardzo przeze mnie lubianej. Nie chciałam, żeby blog stał się powielaniem tego, co rodzice znajdą w książkach i poradnikach. Zamiast mówić rodzicom, jak powinni się czuć, chciałam używać wiedzy psychologicznej, by zderzać ją z codziennym życiem, które wszyscy znamy – z brudną kuchnią, niewyspaniem, poczuciem winy i ambiwalencją uczuć, którą sama odczuwałam: że z jednej strony jest fantastycznie, a z drugiej czasem tęsknię za tym, co było wcześniej. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu ludzie chcieli to czytać, a Mamologia zaczęła po prostu żyć.


Marketingowi eksperci mówili ci, że bez kontrowersji marka nie urośnie. Nie posłuchałaś. Dlaczego?

Moje treści nigdy nie miały być kontrowersyjne. Zdaję sobie sprawę, że gdyby były, marka pewnie rosłaby szybciej – ale nigdy nie chciałam iść tą drogą.

Mój profil zawsze miał być profilem mamy, ale przede wszystkim psycholożki. Nie chciałam tworzyć typowego profilu parentingowego, a ekspercki, gdzie psychologia jest na pierwszym planie. Zależało mi na tym, żeby pokazywać psychologa jako osobę nieoceniającą i bezpieczną. Brałam pod uwagę także to, że dzięki takiemu podejściu, ludzie chętniej będą skłonni pójść do psychologa. 


Rodzice piszą do ciebie o rzeczach, o których nie mówią nikomu. Jak zbudowałaś społeczność, w której czują się z tym bezpiecznie?

Rodzice, którzy do mnie piszą wiedzą, że nawet jeśli zwierzą się z czegoś wstydliwego, nie usłyszą, że są złymi rodzicami. Usłyszą, że widocznie jest im teraz bardzo trudno, i dostaną konkretne wskazówki, gdzie mogą szukać pomocy. Mój profil jest dla nich bezpiecznym miejscem. To nie było coś, co świadomie zaprojektowałam – raczej coś, co wydarzyło się po drodze, przez konsekwentną postawę.

Pilnowałam też, żeby nigdy nie podawać się za wszechwiedzącą. W świecie poradników dla rodziców jest dużo pewności, instrukcji i komunikatów „powinieneś”. A rodzicielstwo tak nie wygląda. Można jednocześnie bardzo kochać swoje dziecko i być skrajnie zmęczonym. Można dużo wiedzieć o psychologii i mieć momenty bezradności. Mówiłam wprost nie tylko o badaniach i teorii, ale też o tym, jak wygląda zwykły dom, gdzie dziecko nie chce spać, rodzic płacze w łazience z bezsilności i czuje wstyd, że wszyscy inni radzą sobie lepiej. Myślę, że ludzie wyczuwają, że osoba po drugiej stronie nie stoi na piedestale, tylko żyje razem z nimi w świecie, który dobrze znają.


Co sprawiło, że Mamologia z hobby stała się sposobem na życie?

Pierwszym momentem przełomowym było przejście z bloga na Instagram. Podczas gdy blog działał jednostronnie – wrzucałam tekst, pojawiały się komentarze, na które odpisywałam, Instagram dał mi szansę na rozmowę z moimi odbiorcami. Szybko poczułam, że po drugiej stronie są realni ludzie, których ciekawi nie tylko moja wiedza, ale też ja sama.

Z fascynacją obserwowałam, że więcej reakcji wzbudza filmik z zabawy z dzieckiem niż treści merytoryczne. Zamiast komentować artykuły ludzie pytali o nazwę paneli na ścianie. Na początku byłam tym szczerze zbulwersowana, ale szybko zrozumiałam, że to ważny sygnał. Odbiorcy chcą wiedzy podanej przez człowieka, nie przez eksperta. 

Drugim momentem przełomowym określiłabym wydanie e-booka „100 zabaw o dziecięcych emocjach”. Powstał z założenia, że dużo się mówi o tym, żeby z dziećmi rozmawiać o emocjach, nazywać je, tłumaczyć – ale dzieci uczą się przez działanie, zabawę, ruch i doświadczanie. Nie był kolejnym poradnikiem dla rodziców, ale zbiorem stu konkretnych, prostych aktywności, które pomagają dzieciom czuć emocje, wyrażać je i oswajać, a czasem zmienić ich napięcie.

Ten produkt wypełnił niszę na polskim rynku, a wśród mojej społeczności popłynęła fala dzielenia się realizacją tych zabaw. Dzięki niej mogłam zajrzeć do innych domów i zobaczyć, że moje treści żyją. E-book sprzedał się na tyle dobrze, że niedługo potem odeszłam z etatu, a Mamologia stała się moim sposobem na życie.


Jak znajdujesz balans między rzetelną wiedzą psychologiczną a językiem zrozumiałym dla rodziców bez eksperckiego przygotowania?

Z jednej strony naprawdę lubię świat badań, teorii i koncepcji. Pilnuję, żeby wszystko, co publikuję, miało solidne fundamenty – żebym była w stanie podać źródła na to, że przedstawiam nie moją opinię, tylko fakt. Z drugiej strony jestem mamą i dobrze pamiętam, jak to jest czytać merytoryczne treści z danej dziedziny o drugiej w nocy, kiedy dziecko nie śpi.

Kiedy tworzę treści, staram się sobie wyobrazić to, jak opowiedziałabym o danym temacie koleżance na placu zabaw. Jeśli coś da się wyjaśnić prostym zdaniem albo obrazem z codziennego życia, wybieram tę drogę. Moje treści są często bardzo opisowe, zaczynam od sytuacji, którą rodzic zna: twoje dziecko kopie cię, płacze, wrzeszczy, tobie łzy stają w oczach. Rodzice natychmiast rozpoznają w tym swoje życie i dopiero wtedy jest miejsce na teorię.

Bardzo pomagają mi w tym podcasty, które nagrywam z mężem. Ja występuję jako psycholożka, on jako rodzic. Często wydaje mi się, że mówię pięknym, obrazowym językiem, a mąż patrzy zdziwiony i pyta, co to w ogóle znaczy. Mówi wprost, że jak powiem rodzicowi, żeby sobie pooddychał, kiedy jego dziecko robi scenę na środku sklepowej alejki, to nie zadziała. W ten sposób mu nie pomogę. Cały czas drąży, naciska, bym była konkretna – to dla mnie świetne ćwiczenie. 

Efekty takiej postawy dostrzegam w tym, że podcast dociera do osób, które były zniechęcone do edukacyjnych treści w internecie. W mediach społecznościowych rzadko spotykam ojców, a wśród słuchaczy podcastu jest ich wielu. Piszą, że w końcu ktoś mówi konkretnie, bez owijania w bawełnę.


Czy czujesz odpowiedzialność za to, że Twoje treści wpływają na sposób, w jaki rodzice wychowują dzieci?

Zdecydowanie. To ogromna odpowiedzialność i zawsze staram się o tym myśleć tworząc treści. Mam świadomość, że kiedy coś publikuję, to nie jest tylko post w internecie – to coś, co ludzie biorą do siebie, co może wpłynąć na relację rodzica z dzieckiem. Rodzice niosą już wystarczająco dużo ciężaru i ostatnią rzeczą, której potrzebują, jest poczucie, że robią coś źle.

Z tego powodu rzadko wrzucam coś na gorąco. Zwykle najpierw nagrywam, potem odkładam na chwilę telefon i po chwili wracam, żeby spojrzeć jeszcze raz na to, co powiedziałam. Dużo mówię też wprost o tym, że moje życie nie wygląda tak idealnie, jak na obrazkach. Że z rodzicielstwem nie jestem sama – mam męża, który przejął większość obowiązków domowych, rodziców i teściów, na których możemy polegać. Pokazuję to świadomie, bo wiem, że ludzie obserwują nie tylko moje treści merytoryczne, ale też obraz tego, jak funkcjonuję.

Czuję odpowiedzialność, ale także pokorę i cichą radość, kiedy ktoś pisze, że zareagował inaczej na swoje dziecko dzięki temu, co przeczytał u mnie. Jest też pewna trudność, z którą cały czas się uczę obchodzić. Wielu rodziców, którzy obserwują mój profil, decydując się na indywidualną konsultację psychologiczną, bierze pod uwagę wyłącznie mnie. To jest miłe, ale też trudne, bo mam świadomość, że nie jestem najlepszym psychologiem w tym kraju. Jest wiele osób lepszych ode mnie – tylko że ich po prostu nie widać w sieci. Jeżeli rodzice czekają na mnie trzy, cztery miesiące, przez ten czas mogliby skorzystać ze wsparcia kogoś innego. Myślałam, że ten problem rozwiąże centrum psychologiczne, które prowadzę od ubiegłego roku. Współtworzy go ze mną pięcioro zaufanych psychologów, dzięki czemu mam, do kogo te osoby przekierować. Część się na to decyduje, ale część nadal czeka tylko na mnie i  to jest coś, co naprawdę chciałabym zmienić.


Czy media społecznościowe sprawiły, że psychologia stała się bardziej dostępna i mniej stygmatyzowana?

Media społecznościowe bardzo pomogły w dostępności do treści dotyczących psychologii. Jeszcze kilkanaście lat temu kontakt z psychologiem oznaczał dla wielu rodziców właściwie jedną sytuację, moment kryzysu. Psycholog kojarzył się z czymś ostatecznym, trochę wstydliwym. Media społecznościowe to zmieniły, pokazując, że wiedza psychologiczna to przede wszystkim profilaktyka. Psycholog może wesprzeć nie tylko wtedy, kiedy dzieje się coś bardzo trudnego, ale też kiedy rodzice chcą po prostu lepiej rozumieć swoje dzieci. Wiedza, która wcześniej była zamknięta w książkach akademickich i gabinetach, zaczęła być dostępna w zwyczajnych momentach dnia.

Ważniejsze jest jednak to, co wydarzyło się na poziomie emocjonalnym. Rodzice zaczęli widzieć, że inni mają podobne trudności, że nie są sami. Kiedy publikuję post i ktoś w komentarzu pyta, skąd wiedziałam, że właśnie teraz się z tym mierzy, zawsze odpowiadam, że to pokazuje, że wszyscy mamy takie same wyzwania.

Ale media społecznościowe mają też ciemne strony. Bardzo łatwo o uproszczenia i umieszczanie ludzi w kategoriach zły-dobry. Dreszcz mnie przechodzi, kiedy widzę treści mówiące, że jeśli twoje dziecko chodzi do żłobka, to na pewno będzie miało zaburzenia więzi. Rozumiem, że takie treści napędzają zasięgi, ale są po prostu niebezpieczne. Podobnie jak powstawanie nowych, nieistniejących zawodów, jak „psychoedukator”, które są bardzo mylące dla rodziców. 

Patrząc jednak szerzej, mam poczucie, że psychologia naprawdę wyszła z gabinetów do codziennego życia rodzin. Teraz potrzebujemy już tylko nauki krytycznego myślenia i weryfikowania źródeł.


Z czego utrzymuje się Mamologia?

Zdecydowanie największy dochód przynoszą produkty elektroniczne – e-booki i nagrane szkolenia. Biznesowo napędzają firmę najbardziej, bo chociaż wymagają dużo pracy na etapie przygotowania, potem idą w świat beze mnie. Trudniejsze są produkty, które angażują mnie przez dłuższy czas. Miałam taki projekt dla mam, gdzie przez dwa tygodnie byłam stale dostępna na grupach facebookowych, odpowiadałam na każde pytanie, prowadziłam dyskusje. Uwielbiałam go, ale w przeliczeniu na mój czas i wyłączenie z każdej innej aktywności był zupełnie nieopłacalny. Po trzech latach musiałam z niego zrezygnować, bo cierpiały na tym inne rzeczy, łącznie z moją rodziną. Bardzo za nim tęsknię i mam nadzieję, że kiedyś znajdę dla niego inną formę. 

Rzeczą, z której nigdy nie zrezygnuję, mimo tego, że jest najmniej dochodowa, są konsultacje indywidualne z rodzicami. W godzinę mojego czasu mogę “obsłużyć” jednego klienta. Choć nie da się tego przeskalować, uważam to za najważniejszą część mojej pracy. Pozwala mi wciąż czuć się psycholożką i jest najbardziej rozwojowa – żadne studia ani kursy nie zastąpią pracy jeden na jeden z drugim człowiekiem.

Trzecią odnogą przychodów są współprace z markami. Szczególnie lubię te eksperckie – kiedy marka potrzebuje psychologa do napisania artykułu albo skonsultowania treści. Kiedy współpracuję z dużymi firmami, jak marka Lego czy Barbie, mam poczucie, że przyczyniam się do zmiany świata. Ich zasięgi są dużo większe niż moje, więc merytoryczna treść idzie dalej i szerzej, nawet jeśli moje nazwisko jest tam wymienione zaledwie między wierszami.


Gdzie kończy się współpraca z marką, którą akceptujesz, a zaczyna ta, której nie chcesz?

Zgrzyt pojawia się przy treściach reklamowych na Instagramie. Reklamuję tylko rzeczy, w które wierzę. Nie publikuję niczego czysto reklamowego, a każda współpraca musi być osadzona w merytoryce. Wchodząc we współprace staram się stawiać granice, ale wciąż mam trudność, żeby mówić o tym wprost. Boję się, że ktoś uzna mnie za roszczeniową. Z drugiej strony wiem, że zaufanie społeczności to najcenniejsza waluta, którą mam.


Jak wygląda Twój tydzień pracy? 

Cały czas uczę się organizacji swojej pracy i wciąż nie mam gotowej recepty. Mój tydzień na pewno nie wygląda jak z poradnika o produktywności – wiele rzeczy dzieje się spontanicznie, plany się zmieniają.

Na co dzień staram się myśleć o pracy w większych blokach. Wtorek i środa to zawsze czas na konsultacje z rodzicami. Podcasty nagrywam raz w miesiącu, cztery odcinki w jeden dzień. Kiedy tworzę kurs albo e-book, przez miesiąc skupiam się na tym jednym projekcie. Pogodziłam się z tym, że nie wszystko da się robić naraz z tą samą intensywnością.

Pilnuję też podziału między dwoma trybami: trybem tworzenia i trybem spotkań z ludźmi. Kiedy wymieszają się w jednym dniu, jest mi trudniej. Z kolei w weekendy rzadko pojawiam się na Instagramie, to czas dla rodziny. 

Dużo mojej pracy dzieje się poza formalnymi ramami – na spacerze, w samochodzie, w kolejce w sklepie. Myślenie, czytanie badań, przekładanie psychologii na codzienne życie rodziców to coś, co nie ma wyłącznika. Nie traktuje Mamologii jako pracy, ale część życia. Ona mnie karmi intelektualnie i emocjonalnie. Minusem jest to, że nie ma granicy – nie potrafię powiedzieć, że pracuję do piętnastej i potem już nie.


Czy zatrudniasz kogoś do pomocy przy Mamologii? 

Tak, jest kilka osób, z którymi stale współpracuję, i uważam, że to zupełnie odmieniło prowadzenie firmy.

Pierwsza była Ula, którą znalazłam podczas pandemii. Wypuściłam wtedy swój pierwszy webinar i przyszło tyle maili, że nie byłam w stanie na nie odpisać. Ula jest ze mną do dziś, zna firmę od podszewki. Śmieję się, że to nie moja prawa ręka, ale drugi mózg. Jest też Maja, która obsługuje współprace, spotkania i obsługę sklepu oraz Nikola, która przygotowuje materiały graficzne.

W ubiegłym roku w styczniu bardzo się rozchorowałam i przez miesiąc byłam wyłączona z życia zawodowego. Dziewczyny same zdecydowały, że nie rezygnują z zaplanowanej kampanii audiobajek – opublikowały posty, wysłały newslettery, zadbały o grafiki. Kampania się odbyła, był dochód, a ja mogłam spokojnie chorować. Zespół daje mi spokój i świadomość, że cokolwiek się wydarzy, firma sobie poradzi.


Czy społeczność współtworzy Mamologię, czy raczej działasz według własnego planu?

Choć społeczność jest dla mnie naprawdę bardzo ważna, szczerze mówiąc, bardzo bym chciała działać według planu. Marzy mi się przemyślana strategia – zarówno na treści pojawiające się w sieci, jak i na rozwój biznesowy, nowe produkty. Ale prawda jest taka, że Mamologia powstaje z rozmów, przez to cały czas tworzy się w biegu.

Oczywiście jest w niej psychologia, badania, wiedza – ale tematy, które poruszam w danym momencie, często rodzą się z wiadomości od rodziców. Tak było z tematem wysokiej wrażliwości. Najpierw były rozmowy, potem coraz więcej rodziców dzieci wysoko wrażliwych zaczęło się do mnie zgłaszać, potem konsultacje i mnóstwo podobnych historii. W zeszłym roku na bazie tych rozmów, w ramach badań społecznych, zebrałam ponad dwa tysiące głosów rodziców. Powstał z tego bezpłatny raport o rodzicach dzieci wysoko wrażliwych, którego nikt wcześniej nie planował. 


Jak wyobrażasz sobie rozwój Mamologii w najbliższych miesiącach?

Chcę poświęcić dużo energii na to, co już istnieje – aktualizację materiałów, rozwój kursów, odświeżenie produktów, które często są zapomniane przez społeczność. Zamiast ciągle zaczynać coś nowego, wolę pogłębiać tematy, które już się w Mamologii pojawiły.

Ważnym kierunkiem jest też myślenie nad łatwością sięgania po wiedzę. Stąd aplikacja, która powstała z obserwacji, że Instagram wciąga w scrollowanie, a obok treści edukacyjnych zawsze są rozrywkowe. Aplikacja przeciwnie – ma być miejscem, gdzie rodzic, wpisując hasło, dostaje tylko to, czego w danej chwili potrzebuje. 

Chciałabym też rozwinąć drugą odnogę Mamologii, jaką są treści dla psychologów. Widzę, że wielu specjalistów jest przeintelektualizowanych, ma dużo wiedzy merytorycznej, a mało praktycznej. Chciałabym wpuścić ich trochę za kulisy swojej pracy i podzielić się doświadczeniem, którego mi samej zwykle brakowało na szkoleniach.

Natomiast najważniejszym planem pozostaje to, aby Mamologia nie straciła ludzkiej twarzy. Żeby zostało miejsce na rozmowę, na prawdziwe historie rodziców i na bliskość, która była od początku. Bardzo bym nie chciała tego zgubić.

facebook twitter youtube vimeo linkedin instagram whatsup