
Rozmawiamy z Sandrą Plajzer – twórczynią internetową, w sieci znaną jako „Kolorowy Ptak”. Tworzy wielobarwne, nieoczywiste stylizacje – wiele z nich własnoręcznie przerabia. O modzie mówi językiem odwagi i pewności siebie, nie trendów.
W tym artykule przeczytasz o:
Mówisz o odwadze równie dużo, co o stylu. Czy kiedyś Ci jej brakowało? Był moment, kiedy wolałaś wtopić się w tło?
„To, kim jestem teraz, wynika z lat intensywnej pracy nad sobą i terapii.”
Wiele osób, które obserwują mnie na tym etapie mojego życia, myśli, że Sandra Plajzer to chodząca odwaga, pewność siebie i bezkompromisowość, że hejt mnie nie obchodzi i że zawsze tak to wyglądało. Tymczasem kiedyś znajdowałam się na absolutnie skrajnym biegunie. Jako młoda dziewczyna bałam się wszystkiego: żyć, wyrażać siebie, zgłaszać do odpowiedzi w szkole, zabierać głos, a nawet kupić bułkę w sklepie. Słownikowa szara myszka. To, kim jestem teraz, wynika z lat intensywnej pracy nad sobą i terapii.
Zresztą nie dotyczy to wyłącznie mnie. Nieustannie słyszę, jak bardzo ludzie boją się być sobą. To nie dotyczy tylko stylu, choć styl jest tego wyjątkowo jaskrawym przejawem. Jestem pewna, że wpływ ma tu polska mentalność: skromność, ułożoność i przekonanie, że nie powinniśmy się wychylać.
Zauważasz to podejście wśród swoich obserwujących?
Kobiety, które do mnie piszą, nierzadko boją się ubrać odważniej, nawet gdy chodzi o rzeczy dalekie od ekstrawagancji. Słyszę od nich, że jestem dla nich plamą koloru i radości w internecie, pośród beżowych wnętrz i szarych samochodów. Piszą, że stojąc przed lustrem ośmielają się spróbować czegoś niekonwencjonalnego, myśląc, że ja bym to założyła, a już na pewno im pogratulowała. Gdy regularnie ogląda się intensywne stylizacje, przesuwa się granica własnej otwartości.
Chciałabyś „ubarwić polskie ulice”. Skąd bierze się ta powszechna szarość?
Polska martyrologia robi swoje. Historia naszego kraju jest wyjątkowo trudna, a badania naukowe pokazują, że traumy pokoleniowe są dziedziczone. Pokolenia żyjące w bezpiecznych czasach wciąż noszą w sobie ciężar doświadczeń przodków. Mam poczucie, że mamy to zakodowane gdzieś głęboko: żeby się nie wychylać, żeby przetrwać.
Dochodzi do tego logika rynku. Przez lata najbardziej popularne były rozwiązania neutralne i uniwersalne, łatwe do zestawienia, ponadczasowe i odpowiadające masowym potrzebom. W pewnym sensie sami nauczyliśmy rynek, że właśnie tego oczekujemy. Dziś coraz częściej chcemy jednak, żeby nasze wnętrza mówiły coś o nas, a nie tylko były bezpiecznym tłem.
Całość domykają media społecznościowe, dzięki którym globalne trendy rozchodzą się w ciągu godzin. Cały świat zaczyna nosić to samo, wyglądać tak samo, jeść to samo.
To się jednak stopniowo zmienia. Pokolenie Z i Alfa inaczej podchodzi do pracy, partnerów, konsumpcji, a zachowawczość, która charakteryzuje starsze pokolenia, jest im obca. Każde pokolenie wnosi coś, czym warto się inspirować.
Jak na twoje stylizacje reagują ludzie? Czy spotykasz się z krzywymi spojrzeniami lub hejtem?
W swoim życiu mieszkałam i funkcjonowałam w bardzo różnych środowiskach. Pochodzę z małej wsi w centralnej Polsce, gdzie do dziś stoi może dwadzieścia kilka domów. Przez dziewięć lat mieszkałam w Łodzi, od pięciu jestem w Warszawie. Nie można więc powiedzieć, że całe życie funkcjonuję w wielkomiejskiej bańce, gdzie inność jest z góry akceptowana.
Mimo to mogę powiedzieć wprost: hejterzy kryją się za ekranami. W realnym życiu reakcje na mnie i moje stylizacje są w zdecydowanej większości pozytywne – od osób, które mnie rozpoznają i proszą o zdjęcie, po zupełnie obcych, którzy zaczepiają i komplementują. Negatywnych sytuacji jest naprawdę niewiele.
Jak podchodzisz do hejtu w internecie?
„Nie ma mojej zgody na to, żebyśmy wszyscy zaakceptowali hejt jako nieodłączny koszt obecności w internecie.”
W sieci anonimowość obdarza odwagą. Moje kanały traktuję jak własną przestrzeń. Mam narzędzia, żeby usunąć kogoś, kto tę przestrzeń niszczy, i z nich korzystam. Zablokowanie kogoś to nie ucieczka od krytyki – tę przyjmuję. To reakcja na coś zupełnie innego: gdy ktoś życzy mi śmierci albo twierdzi, że moje miejsce jest w szpitalu psychiatrycznym, nie widzę tu przestrzeni na dyskusję.
Mam dużo współczucia wobec hejterów. Wiem, że ich zachowanie często wynika z kompleksów i nienawiści wobec siebie. Są momenty, gdy z hejtem radzę sobie dobrze, i takie, gdy nadal mnie dotyka. Nie ma jednak mojej zgody na to, żebyśmy wszyscy zaakceptowali hejt jako nieodłączny koszt obecności w internecie.
Masz wyraźny, rozpoznawalny styl. Czy od razu wiedziałaś, kim chcesz być w sieci, czy to się klarowało stopniowo?
„Przez mniej więcej rok publikowałam codziennie, zanim zarobiłam pierwszą złotówkę.”
Do internetu wkroczyłam już ukształtowana. Zanim zaczęłam publikować, wiele się zmieniło naraz: terapia, trudne rozstanie z narzeczonym, rezygnacja z etatu w promocji uczelni wyższej. Jestem zwolenniczką zmian i żadnej z nich w swoim życiu nie żałuję.
Cieszę się, że w internecie zadebiutowałam po wykonaniu pracy nad sobą. Gdybym weszła w to z nastawieniem dwudziestolatki, którą kiedyś byłam, jestem pewna, że szybko zwinęłabym manatki. Trzeba mieć odwagę, żeby stanąć na tej scenie i być gotową na nadlatujące pomidory lub kwiaty, i na to, że im większe zasięgi, tym więcej negatywnego odbioru.
Zaczęłam publikować z ogromnej miłości do strojów, mody, kolorów i faktur. Nigdy nie marzyłam o tym, żeby być influencerką. Uważam, że to dobra droga: najpierw pasja i dzielenie się nią, a dopiero potem reszta. Przez mniej więcej rok publikowałam codziennie, zanim zarobiłam pierwszą złotówkę.
Moda jest dla mnie sztuką – uważam, że kreatywna osobowość może wyrażać się przez stroje, dodatki, akcesoria, fascynatory. Mam z tego ogromną frajdę, mimo upływu lat. Niedawno ktoś zapytał mnie, czy mi się to już nie nudzi. Ale jak może nudzić coś, co od początku było robione dla zabawy?
Na czym zarabiasz w internecie?
Od ponad trzech lat utrzymuję się wyłącznie z mojej działalności internetowej. Gdy przeprowadziłam się do Warszawy i rzuciłam etat, przez jakiś czas grałam w reklamach i pozowałam jako fotomodelka. Potem powstał e-book, a gdy zamknęłam sklep, zostały współprace. Teraz to moje jedyne źródło dochodu.
Czemu zamknęłaś sprzedaż e-booka?
Miałam poczucie, że ta pozycja nie była wystarczająco doceniona. Co ważniejsze jednak odkryłam, że nie czuję się dobrze w natarczywym sprzedawaniu własnych produktów. Aby zarabiać na e-booku, trzeba o nim mówić bardzo dużo i bardzo często, a to nie jest dla mnie komfortowe.
Masz zasady dotyczące tego, co reklamujesz?
Wolę podejmować się mniejszej ilości współprac, ale wartościowszych. Nie biorę wszystkiego, co mi proponują. Nie reklamuję produktów, których nie przetestowałam albo prywatnie nie używam, nie zareklamuję też alkoholu, papierosów i innych używek.
Wszystkie współprace, które zrealizowałam, to takie, pod którymi nadal się podpisuję, nawet po latach. Byłam zaskoczona, gdy w umowach zaczęły pojawiać się zapisy mówiące, że materiał musi zostać na profilu co najmniej rok. Dotarło do mnie, że twórcy usuwali współprace po ich opublikowaniu. Sama nie wyobrażam sobie publikowania czegoś, czego bym się wstydziła.
Przez lata odrzuciłam wiele propozycji. Mimo tego, że zawsze towarzyszy temu myśl, że właśnie odmawiam możliwości zarobku, wiem, że mogę spojrzeć sobie w twarz w lustrze bez zażenowania i że jestem w tym wszystkim nadal sobą, a nie tablicą z ogłoszeniami.
Jak godzisz oczekiwania marek z własną estetyką?
Staram się realizować brief, ale zawsze w swoim stylu. Nie lubię nachalnie reklamowych treści i uważam, że odbiorcy też za nimi nie przepadają. Niektóre marki wciąż są zafiksowane na tym, żeby nazwa produktu padła w ciągu pierwszych trzech sekund filmu.
Kiedyś pewna firma chciała, żebym w materiale użyła sformułowania „nie idź, tylko biegnij”. Uważam, że biec powinniśmy, żeby ratować komuś życie, nie po to, aby zakupić szampon czy pomadkę. Powiedziałam, że zrezygnuję ze współpracy, jeśli to sformułowanie ma zostać. Marka ustąpiła.
Marzysz o własnej marce fascynatorów. Dlaczego akurat fascynatory i na jakim etapie jest ten pomysł?
„Brutalna prawda o stylu Polaków jest taka, że większość nie chce się wychylać.”
Myślę o niej od lat, ale wciąż nie jestem przekonana o jej biznesowej zasadności i opłacalności. Zastanawiam się, czy jest przestrzeń na tak niszowy produkt. Brutalna prawda o stylu Polaków jest taka, że większość nie chce się wychylać.
Nawet wśród zwolenników nakryć głowy jest zaledwie promil osób, które miałyby odwagę i ochotę nosić fascynatory. Gdybym się zdecydowała, myślę raczej o szerszej kategorii: nakrycia głowy, kapelusze, apaszki, akcesoria. Szczerze mówiąc, boję się zaryzykować i utopić w tym własne środki. W internecie lansuje się wyłącznie historie sukcesów, mało kto mówi o wątpliwościach i nieudanych projektach.
Skąd ta ostrożność?
Deklaracje mają się nijak do realnych decyzji zakupowych. Deklaratywnie jesteśmy otwarci, ciekawi świata, oczytani, a później okazuje się, że realia są zupełnie inne. Nauczyłam się tego brutalnie przy e-booku i po tym doświadczeniu jestem ostrożniejsza.
Mam też poczucie, że ludzie są zmęczeni kolejnymi markami influencerów. Jeśli miałabym stworzyć własną, chciałabym, żeby to było coś przemyślanego i z realną szansą na zarobek – nie tylko zachcianka ani własna wizja odważniejszego stylu Polaków.
Do tego dochodzą pytania o sens: żeby nie wspierać bezmyślnego nabywania dóbr, żeby materiały były ekologiczne. Tymczasem obserwuję, że ludzie kupują wiele rzeczy bez żadnej głębszej refleksji. Może po prostu nie rozumiem rynku, a może za dużo o tym myślę i to mnie blokuje. Na razie czekam i obserwuję.
Vintage, second hand, sieciówki – jak wyglądają Twoje zakupowe nawyki? Skąd pochodzi to, co nosisz?
Wszystkiego po trochu. Kiedyś kupowałam dużo w stacjonarnych second handach, ale niestety trafiają tam teraz głównie produkty z Shein, Temu i tym podobnych. Szukam więc perełek w sieci – choć i tam nie jest łatwo, bo wiele rzeczy jest źle opisanych. Jeśli coś jest vintage, musi realnie pochodzić z danej epoki. Rzecz stylizowana na vintage to retro. Sprzedający nagminnie oszukują na składach i markach. Mimo to po samych zdjęciach często potrafię ocenić materiał i jakość – mam do tego chyba szósty zmysł.
Kupuję też w sieciówkach i zdarza mi się tam trafić na coś naprawdę ciekawego. Bardzo dużo dodatków w mojej szafie to rękodzieło. Część garderoby to też prezenty od obserwujących, znalezione podczas porządkowania rodzinnych szaf. Mam do takich rzeczy ogromny sentyment i nie zamierzam się ich pozbywać.
Zdarza ci się przerabiać ubrania?
Wiele rzeczy naprawiam i przerabiam. Przyszywam guziki, ceruję rajstopy, dodaję elementy wedle własnego uznania. Do zielonej kamizelki z sieciówki doszyłam winogrona i truskawki zrobione na szydełku przez rękodzielniczkę. Na znalezionym w second handzie płaszczu napisałam fragment wiersza. Mam też maszynę do szycia, choć na razie leży w schowku i się kurzy.
Ktoś mógłby zapytać, jak można mówić o umiarze będąc maksymalistką, ale jeśli się czegoś pozbywam, wraca to do obiegu. Ubrania służą mi przez lata – mam sukienki sprzed dziesięciu, dwunastu lat z łódzkiego second handu, które nadal uwielbiam. Przy każdym zakupie zastanawiam się, jak dana rzecz zagra w zestawieniu z resztą szafy.
Twoje sociale to zbiór oryginalnych stylizacji, relacje z wydarzeń i podróży. Masz system planowania treści, czy raczej reagujesz na bieżące inspiracje?
Wolę reagować na bieżąco. Pracuję naraz nad jednym, góra dwoma filmami lub konceptami. Przy współpracach oczywiście dochodzi jeszcze planowanie i konkretne terminy, ale staram się zostawiać sobie przestrzeń na spontaniczność.
Podążam za twórczym flow, bo bez tego praca przestaje sprawiać mi przyjemność. Widać wyraźną różnicę między tym, co robię z zachwytem, a tym, co robię na siłę.
Pracujesz sama czy masz kogoś do pomocy?
Przez bardzo długi czas robiłam wszystko sama: koncepty, nagrania, montaż, stylizacje, negocjacje. Od niedawna mam menedżerkę, co jest ogromnym ułatwieniem. Wcześniej miałam złe doświadczenia z agencjami influencerskimi – chciały mnie pozyskać do swojego portfolio bez podjęcia trudu sprawdzenia, czym się zajmuję. Nie robiło to na mnie dobrego wrażenia.
Dobry menedżer aktywnie dba o wizerunek twórcy i szuka nowych połączeń z klientami – nie tylko zgarnia procent od tego, co i tak zarobiłabym sama. Moja menedżerka Karolina tak właśnie działa i bardzo sobie to chwalę.
Nagrania i montaż dalej wykonuję sama i nie zamierzam z tego rezygnować. Moje filmy wymagają często dużo pracy: przejścia, zbliżenia, cięcia. Zajmuje mi to wiele godzin, ale nadal mam do tego dużo serca. Tylko w wyjątkowych sytuacjach, gdy muszę coś nagrać w trudnych warunkach, angażuję kogoś do pomocy.
Jakie masz plany na najbliższy czas?
Chciałabym więcej edukować o modzie. Łączyć ją z historią i socjologią, bo za ubraniami zawsze stoi jakaś historia, kultura i sposób, w jaki postrzegamy świat. Fascynuje mnie właśnie to, co moda mówi o nas.
Chciałabym też jeszcze więcej mówić o pewności siebie. O tym, żeby nie traktować ubrań jako kolejnego powodu do oceniania siebie, tylko jako narzędzie do wyrażania własnej osobowości. Jeśli dzięki moim treściom ktoś odważy się założyć coś, czego wcześniej się bał – to jest dla mnie ogromna wartość.
Wielkiego, bajecznego projektu przede mną nie ma. Nadal będę robiła to, co robię: zarażała ludzi kolorem i pewnością siebie. A własna marka? Pieśń przyszłości – trzymajcie kciuki.
