Zaczęłam więcej zarabiać, gdy odpuściłam i pozwoliłam sobie pracować po swojemu – wywiad z Karoliną Nowicką

  z dnia: 27 lutego 2026

Rozmawiamy z Karoliną Nowicką – znaną jako Pani od Oszczędzania edukatorką finansową i popularyzatorką świadomego zarządzania pieniędzmi. W przystępny i praktyczny sposób uczy, jak planować domowy budżet oraz budować finansowe bezpieczeństwo. Jej treści – oparte na realnych przykładach i codziennych doświadczeniach – pomagają setkom tysięcy osób odzyskać kontrolę nad swoimi finansami.

W tym artykule przeczytasz o:

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z oszczędzaniem i edukacją finansową?

Moje oszczędzanie zaczęło się jeszcze przed założeniem profilu na Instagramie – budżet domowy prowadzę już od 10 lat i to on trzyma moje pieniądze w ryzach. Dorosłe życie zaczęłam od przeprowadzki z Torunia do Warszawy, gdzie chciałam studiować zaocznie. Wiedziałam, że muszę jakoś zarobić na studia, więc od pierwszego miesiąca zaczęłam prowadzić budżet domowy. Planowałam zakupy i posiłki, aby jak najwięcej odłożyć. Gdy już zebrałam pieniądze na naukę, zaczęłam myśleć o kolejnym celu – poduszce finansowej.

Żeby ją zbudować, dorabiałam sobie po godzinach na zmywaku, choć pracowałam też wtedy na etacie w agencji marketingowej. Dla wielu osób połączenie pracy w agencji z myciem naczyń było szokujące, ale dla mnie stanowiło idealną równowagę – obciążenie psychiczne z agencji mogłam zbalansować fizycznym zmęczeniem.


Czy na początku myślałaś o dyscyplinie finansowej  wyłącznie w kategorii prywatnej potrzeby, czy już wtedy widziałaś potencjał, by kiedyś dzielić się tym z innymi?

Dzielenie się wiedzą z innymi zaczęło się dość naturalnie. W tym czasie, przy rosnącej inflacji i coraz wyższych ratach kredytów, temat oszczędzania zrobił się naprawdę popularny. Koleżanki z pracy, które wiedziały, że od lat prowadzę budżet domowy, zaczęły dopytywać o moje metody. Zaczęłam więc dzielić się swoimi szablonami i listami zakupów. Wtedy jedna z nich zasugerowała, żebym zaczęła o tym pisać na Instagramie, bo widzi, jak bardzo mnie to wciąga. Na początku byłam sceptyczna, ale stwierdziłam, że lepiej spróbować i się rozczarować, niż żałować, że się w ogóle nie spróbowało. 


To było spontaniczne działanie czy jednak stał za tym konkretny plan?

Plan zdecydowanie powstał, ale co ciekawe o moim Instagramie w ogóle nie myślałam w kategoriach biznesowych. Nie zakładałam, że stanie się moją firmą, ani że pozwoli mi rzucić etat. Traktowałam to raczej jako coś fajnego, z potencjałem – zwłaszcza że dzięki pracy w influencer marketingu znałam tę branżę od środka. Wiedziałam, że od czegoś trzeba zacząć, żeby mogło się to rozwinąć, ale przede wszystkim kierowała mną chęć pomocy innym kobietom, bo na samym początku to właśnie do nich głównie kierowałam swoją komunikację.

Decyzję podjęłam w październiku, a start zaplanowałam na styczeń. Chciałam dać sobie trzy miesiące, żeby sprawdzić, czy to w ogóle ma sens – jak to będzie wyglądało, czy ja się w tym odnajdę i jaki będzie odbiór moich treści. Bardzo szybko okazało się, że profil cieszył się dużym zainteresowaniem praktycznie od początku. W ciągu pierwszych trzech miesięcy zdobyłam około czterech tysięcy obserwatorów, co jak na start od zera było naprawdę sporą liczbą.


Jak udało Ci się przekształcić Instagram w realne źródło dochodu?

Po tych pierwszych trzech miesiącach zaczęłam nagrywać rolki, które się mocno wybiły. W kolejnych trzech miesiącach profil urósł do ponad dwudziestu tysięcy obserwatorów. Taka liczba pozwalała już realnie zarabiać. Zaczęłam więc planować współprace i  wysyłać oferty do marek – głównie do banków – z którymi chciałam pracować. Do końca roku miałam już zaplanowanych kilka współprac i wiedziałam, że będę zarabiać więcej niż na etacie. Z tą myślą we wrześniu złożyłam wypowiedzenie. Od 2023 roku jestem już całkowicie na swoim i to była najlepsza decyzja mojego życia, choć bardzo się jej bałam. Etat daje poczucie stabilizacji i pewności comiesięcznej wypłaty, ale wiedziałam, że te kilka tysięcy, które tam zarabiałam, jestem w stanie wypracować w dużo krótszym czasie na własnej działalności. Wiedziałam, że ta decyzja uwolni mi mnóstwo czasu, który potencjalnie przełoży się na dużo większe zarobki – i dokładnie tak się z czasem stało.

Oczywiście przez pierwsze pół roku w ogóle nie myślałam o tym, że działalność w internecie pozwoli mi kupić mieszkanie, otworzyć firmę, rzucić etat i stać się naprawdę niezależną finansowo kobietą. To przyszło dopiero później, stopniowo.


Czy ktoś Cię wspierał lub inspirował w tej podróży?

W podjęciu decyzji o tym, że Instagram powinien stać się moim głównym źródłem utrzymania, pomogła mi sąsiadka, która prowadzi własną firmę. Pewnego dnia zabrała mnie na spotkanie ze swoim mentorem biznesowym. Po zaledwie piętnastu minutach rozmowy z przedsiębiorcami obecnymi na spotkaniu wiedziałam, że to jest kierunek, który powinnam obrać. Przestałam słuchać osób funkcjonujących w rzeczywistości, która mnie nie interesowała, a zaczęłam czerpać od tych, które były tam, gdzie ja chciałam dojść – niezależnych i rozwijających swoje biznesy.

Wcześniej większość ludzi w moim otoczeniu pracowała na etacie i po prostu płynęła z nurtem, często godząc się na to, co przyniesie życie, zamiast świadomie je kształtować. A ja lubię się uczyć, rozwijać i nie potrafię stać w miejscu. Rozmowy z osobami, które osiągnęły to, do czego ja dążyłam, zainspirowały mnie i utwierdziły w przekonaniu, że czas postawić wszystko na jedną kartę. Z perspektywy wielu osób mogło to brzmieć absurdalnie – w końcu minęło dopiero siedem miesięcy od założenia profilu – ale dla mnie było oczywiste, że to właściwy moment.


Skąd czerpiesz pomysły na to, co publikujesz? 

To wygląda bardzo różnie. Część postów i tematów wynika z żywego zainteresowania odbiorców – piszą do mnie z pytaniami, historiami czy swoimi doświadczeniami, a ja często przerabiam to później na treści. Zdarza się, że jakaś wiadomość skłania mnie do refleksji i wtedy powstaje z tego publikacja.

Duży wpływ ma też moje życie. Jeśli biorę kredyt – pojawia się jego temat. Jeśli go nadpłacam – mówię o tym. Finanse są obecne w naszej codzienności, więc naturalnie przenikają do moich treści. Czasem wspieram się też analizą tego, czego ludzie szukają w internecie, żeby lepiej zrozumieć ich potrzeby.

Ostatnio najlepiej sprawdzają się jednak treści oparte na moich własnych przeżyciach. Mam wrażenie, że ludzie są już trochę zmęczeni suchą wiedzą – bo ta jest dziś na wyciągnięcie ręki, choćby dzięki sztucznej inteligencji. Chcą historii, kontekstu, emocji. Chcą zobaczyć, jak wygląda to w praktyce u osoby, która ich inspiruje i motywuje.


Jak wygląda twój typowy dzień pracy nad social mediami? Masz jakiś plan, swoją rutynę?

Przerobiłam już chyba tysiąc sposobów na to, jak powinna wyglądać moja praca, i doszłam do wniosku, że to ona ma się dostosowywać do mnie, a nie odwrotnie. W końcu prowadzę własną, stabilną firmę, która daje mi regularne przychody, więc chcę skupiać się na tym, co naprawdę ważne. Nie rozdrabniam się – wiem, co przynosi najlepsze efekty finansowe i wizerunkowe, i właśnie na tym buduję swoją codzienność. 

Każdy dzień wygląda inaczej. Czasem pracuję od rana do wieczora, bo mam na to energię, a innym razem zaczynam dzień od siłowni i siadam do komputera dopiero po południu. Podchodzę do tego bardzo elastycznie, bo kiedy się zmuszam, nic z tego nie wychodzi. Czuję się wtedy przytłoczona i bez energii. Na etacie musiałam pracować w określonych godzinach, nawet jeśli byłam zmęczona i kompletnie nieproduktywna. Teraz, skoro nie mam już sztywnego grafiku, to dlaczego miałabym siedzieć przy biurku o 13, jeśli lepiej pracuje mi się o ósmej rano? 

Oczywiście są terminy, których trzeba dotrzymać, ale wszystko, co zależy tylko ode mnie, ustawiam pod swoje samopoczucie i plany. I to ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony ta swoboda bardzo mi służy, z drugiej – wiem, że większa systematyczność mogłaby przełożyć się na jeszcze więcej treści. Tylko zawsze pytam siebie: w imię czego? Żyjemy w kulturze ciągłych oczekiwań, że trzeba produkować milion treści – codziennie rolka, coś nowego. Uważam, że to bardzo szkodliwe. Kiedy próbowałam tak pracować, mój stan psychiczny mocno na tym ucierpiał.

Dopiero kiedy dałam sobie prawo do tego, żeby praca dostosowywała się do mnie, poczułam się naprawdę szczęśliwa. I to widać – w statystykach, w zaangażowaniu, w reakcjach ludzi. Kiedy jestem sobą i działam w zgodzie ze sobą, wszystko idzie lepiej. Co ciekawe, zaczęłam też więcej zarabiać właśnie wtedy, gdy odpuściłam i pozwoliłam sobie pracować po swojemu.


Czyli zachowujesz higienę pracy?

Zdecydowanie. I choć wiele osób twierdzi, że balans jest nieosiągalny, ja uważam, że jak najbardziej da się go wypracować. Tylko często wymaga to przepracowania pewnych rzeczy – choćby na terapii – i zmierzenia się z tematem pracoholizmu, którego ludzie bardzo się boją, a który jest dużo bardziej powszechny, niż nam się wydaje. I dla każdego może oznaczać coś innego.

Lubię pracować wtedy, kiedy inni mają wolne – wieczorami, wcześnie rano albo w weekendy. Dzięki temu mogę pozwolić sobie na to, żeby na przykład we wtorek w ogóle nie pracować i pójść na paznokcie albo na obiad z koleżankami. I to jest dla mnie super. Oczywiście dużo zależy od specyfiki biznesu, ale kiedy osiągnęłam poziom zarobków, który w pełni mnie satysfakcjonuje, przestałam widzieć sens w poświęcaniu prywatnego czasu tylko po to, żeby zarobić jeszcze trochę więcej. Chcę żyć i korzystać z zarabianych pieniędzy. Jeśli siedziałabym codziennie po 8, 10 czy 12 godzin przy pracy, to zwyczajnie nie miałabym na to przestrzeni. Znalazłam swój balans – raz jest większy, raz mniejszy, ale na koniec dnia chcę być zadowolona z tego, że własna firma daje mi wolność i czas na życie.

Praca jest dla mnie ważna, ale to ja jestem na pierwszym miejscu – moje samopoczucie, zdrowie, rodzina, przyjemności. Uważam, że to kierunek, w którym każdy powinien iść, choć wiem, że wciąż nie jest to standard. 


Jak wygląda monetyzacja Twojej działalności – co sprawdza się najlepiej?

Na początku zarabiałam głównie na współpracach reklamowych – i to z bardzo wieloma różnymi firmami. Od banków, przez instytucje finansowe, programy cashbackowe, po sklepy czy stacje benzynowe. Później zaczęłam tworzyć własne produkty cyfrowe: e‑booki, których wydałam pięć, oraz tabelki do liczenia zysków z lokat i kont oszczędnościowych.

Obecnie moim głównym źródłem zarobków są współprace reklamowe i afiliacyjne. Zdarza mi się też prowadzić webinary, szkolenia, warsztaty czy spotkania stacjonarne. To świetny sposób, żeby poznać realne potrzeby ludzi i usłyszeć ich prawdziwe historie.


Czy model twoich zarobków zmieniał się na przestrzeni ostatnich lat? Masz wyznaczony kierunek, czy raczej pozwalasz sobie na elastyczność i spontaniczność?

Niby mam ogólne poczucie, w którą stronę chcę iść, ale raczej wolę dostosowywać się do tego, co przynosi życie. Wiem, co teraz działa najlepiej i to właśnie rozwijam.

Myślę też, że era e‑booków powoli się kończy, więc rozważam przerobienie ich na kursy. Na ten moment wszystko jest dość płynne. Nie mam sztywno ustalonego planu zmiany oferty, skupiam się na tym, co najważniejsze, i obserwuję, co będzie dalej. Dywersyfikacja jest dla mnie kluczowa.

Można też powiedzieć, że kolejnym źródłem przychodów stały się inwestycje. Przy pewnej skali zarobków trzeba coś robić z pieniędzmi, dlatego inwestuję i z tego również mam już regularne wpływy.


Jak dziś podchodzisz do współprac komercyjnych? Czym kierujesz się przy wyborze marek i czy zdarza ci się odmawiać, żeby chronić zaufanie społeczności?

Przede wszystkim dbam o to, żeby marki, z którymi pracuję, nie nakładały się na siebie działalnością. Jeśli jednego dnia poleciłabym kredyt hipoteczny w jednym banku, a następnego w innym, wyglądałoby to mało wiarygodnie. Wyjątkiem są lokaty, konta oszczędnościowe czy konta osobiste – tutaj robię rankingi i moi obserwatorzy wiedzą, że to współprace afiliacyjne, a oferty zmieniają się dynamicznie, więc naturalne jest, że pokazuję różne opcje.

Bardzo dużo współprac odrzucam, ale wynika to z tego, że nie muszę godzić się na wszystko. Jeśli coś ze mną nie rezonuje, jest zbyt skomplikowane dla mojej społeczności albo niesie za duże ryzyko – odmawiam. Używki, hazard, alkohol – to też są rzeczy, których nie biorę pod uwagę.

Coraz częściej też tłumaczę firmom, że nie chcę tworzyć sztywnych, reklamowych treści. Zależy mi na pokazaniu własnych doświadczeń, bo to jest autentyczne i działa najlepiej. Wolę mieć mniej współprac, ale takich, które są w 100% spójne ze mną i wartościowe dla mojej społeczności.


Wspominałaś także o produktach własnych, głównie cyfrowych. Co sprawiło, że w ogóle zaczęłaś je tworzyć? To była strategiczna decyzja czy raczej odpowiedź na potrzeby społeczności?

Na początku bardzo dużo mówiłam o budżecie domowym, więc pytań o ten temat było naprawdę sporo. Pokazywałam też, jak prowadzę swój budżet, i wiele osób dopytywało o moją tabelkę. Stwierdziłam więc, że pierwszym produktem powinien być e‑book o budżecie domowym – z wyjaśnieniem, jak korzystać z mojego szablonu. Tak naprawdę każdy kolejny e‑book był odpowiedzią na pytania, które pojawiały się w danym czasie.

Z pięciu e‑booków trzy okazały się hitami. Dwa miały mniejsze zainteresowanie, niż się spodziewałam, więc wycofałam je ze sklepu. Te najlepiej sprzedające się dotyczą budżetu domowego, poduszki finansowej oraz lokat i kont oszczędnościowych. To są tematy, które – niezależnie od tego, czy o nich mówię, czy nie – zawsze cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Dlatego myślę, że z czasem przerobię je na kursy. Pewnie też poszerzę zakres tematyczny, ale same e‑booki nadal sprzedają się świetnie, nawet gdy o nich nie wspominam.

Po czterech latach budowania marki osobistej, często wystarczy, że wrzucę jedną krótką informację o promocji albo o tym, że dany e‑book jest dostępny i to już generuje bardzo dobre wyniki. Ta marka pracuje na siebie, co mnie naprawdę satysfakcjonuje.


Jak wygląda dziś Twoja społeczność? Czy to głównie osoby, które są z Tobą od lat, czy raczej ciągły napływ nowych odbiorców, którzy uczą się, biorą, czego potrzebują i idą dalej?

Bardzo różnie. Mam osoby, które są ze mną praktycznie od samego początku, ale są też takie, które po jakimś czasie piszą: ‘Wyniosłam od Ciebie to, czego potrzebowałam, i idę dalej’. Zdarza się też, że ktoś wraca po kilku miesiącach, bo akurat poruszam temat, który w danym momencie życia jest dla niego ważny.

Przy tak dużej społeczności trudno mówić o jednej, stałej grupie. Ludzie przychodzą i odchodzą – i to jest naturalne. Sama robię od czasu do czasu porządki w obserwowanych. Skoro ja tak postępuję, to nie mogłabym mieć pretensji, że inni robią to samo. 


Czy w trakcie rozwijania projektu napotkałaś jakieś wyzwania – mentalne, techniczne, organizacyjne? Co realnie stanęło ci na drodze i jak sobie z tym poradziłaś?

Na początku największym wyzwaniem były kwestie mentalne – pojawiało się poczucie winy, że chcę coś sprzedawać i klasyczny syndrom oszusta.

Myślę, że większość osób zaczynających sprzedaż w social mediach ma podobne obawy. Boimy się opinii innych, zastanawiamy się, jak zostaniemy odebrani. Wynosimy to z domu, ze szkoły, z kultury, w której nie uczy się nas mówienia o sobie dobrze czy chwalenia się publicznie.

Były też wyzwania techniczne: brak doświadczenia, trudność w znalezieniu odpowiednich specjalistów, czy błędy na Instagramie. To są rzeczy, które po prostu trzeba przejść i nauczyć się z nimi funkcjonować.

Czy podjęłam jakieś złe decyzje? Nie powiedziałabym. Nawet jeśli coś nie poszło tak, jak zakładałam, traktuję to jako lekcję. Z każdego doświadczenia wyciągam wnioski i w przyszłości staram się postąpić lepiej.


Czy korzystasz z pomocy zewnętrznej przy prowadzeniu swojej działalności, czy wszystko robisz samodzielnie?

Sama nie byłabym w stanie ogarnąć wszystkiego – musiałabym poświęcić mnóstwo czasu na naukę, a to zwyczajnie się nie opłaca. Dlatego współpracuję z różnymi osobami przy konkretnych zadaniach. 

Korzystam z biura księgowego oraz pomocy mojej przyjaciółki i jej chłopaka, którzy wspierają mnie przy tworzeniu contentu. Są także dziewczyny, które zajmują się utrzymaniem strony internetowej i aspektami technicznymi. Jest ze mną także Beata od redakcji i korekty tekstów, oraz Wiola od oprawy graficznej produktów cyfrowych. Współpracuję też z prawniczką – konsultuję z nią wszystkie dokumenty związane ze sklepem, landing page’ami czy wątpliwościami prawnymi. Czasem korzystam również z usług doradcy podatkowego.

Generalnie, jeśli pojawia się coś, czego nie wiem to od razu szukam osoby, która mi w tym pomoże. A nawet jeśli wiem i potrafię, to zastanawiam się, ile wynosi stawka godzinowa – zarówno moja, jak i osoby, której mogłabym coś zlecić. Często bardziej opłaca się oddelegować zadanie, niż siedzieć po nocach i robić wszystko samemu.


Jakie są najczęstsze błędy finansowe, które widzisz u młodych dorosłych? 

Największym błędem jest to, że wiele osób zaczyna budować swój finansowy dom od dachu, a nie od fundamentów. Zamiast zacząć od podstaw – prowadzenia budżetu domowego, analizy swoich wydatków i zrozumienia, jak wyglądają ich finanse – od razu zakładają rachunek maklerski i inwestują w akcje, kryptowaluty czy obligacje. Robią to często bez świadomości, po co to robią i  jakie ryzyko podejmują.

Wydaje mi się, że wynika to z tego, że ludzie chcą szybkiego i spektakularnego efektu, podczas gdy finanse wymagają czasu. To nie jest kwestia tygodnia czy miesiąca, tylko często dwóch–trzech lat, żeby poukładać sobie podstawy. Gdyby ludzie zaczynali od początku i dali sobie ten czas, uniknęliby wielu błędów.

Niestety często jest odwrotnie – zaczynają od końca, gubią się, tracą pieniądze, a potem muszą wracać do podstaw i zaczynać wszystko od nowa. I to jest chyba najczęstszy schemat, który widzę.


Czy widzisz jakieś różnice pokoleniowe w podejściu do oszczędzania pieniędzy?

Młodsze pokolenie jest dużo bardziej otwarte, świadome i ma mniej strachu przed działaniem. Dla naszych rodziców czy dziadków nawet założenie konta w banku, lokata czy zrobienie czegoś przez internet potrafi być stresujące. My natomiast wiemy, że świat jest dostępny na wyciągnięcie ręki, więc jesteśmy bardziej kreatywni i elastyczni w dbaniu o finanse.

Największą różnicą, którą zauważam, jest otwartość na rozmowy o pieniądzach. Oczywiście są wyjątki, ale patrząc na wiadomości, które dostaję, widzę, że młodzi ludzie dużo chętniej dzielą się doświadczeniami, pytają, porównują. Dzięki temu łatwiej im dbać o finanse, bo mają więcej punktów odniesienia – nie tylko w internecie, ale też w rozmowach z bliskimi.

Widać też ogromny rozwój edukacji finansowej: konferencje, warsztaty, webinary. Świat poszedł do przodu i mamy dostęp do wiedzy, której wcześniejsze pokolenia po prostu nie miały.


Jak oceniasz poziom podstawowej edukacji finansowej w Polsce? Czy mamy dziś realny dostęp do tego typu wiedzy? Jakie zmiany chciałabyś zobaczyć w świadomości finansowej ludzi?

To wszystko zależy od punktu odniesienia. Jeśli porównam sytuację sprzed czterech lat, kiedy zaczynałam, z tym, co jest teraz, to widzę ogromny wzrost świadomości finansowej. Jeśli spojrzymy na Polskę na tle świata – może nie jest idealnie, ale postęp i tak jest widoczny. A jeśli porównam różne ‘bańki’, jak moją czy mojej siostry, to każda wygląda inaczej. Ogólnie jednak zmiana idzie zdecydowanie w dobrą stronę.

Uważam, że edukacja finansowa powinna być obowiązkowym przedmiotem  w szkole– najlepiej już od najmłodszych klas, oczywiście dostosowana poziomem do wieku. Problem w tym, że dzieci często nie mają jeszcze świadomości, jak ważny jest to temat. Dlatego ogromna rola leży też po stronie rodziców. To oni powinni pokazywać, że pieniądze są normalnym tematem rozmów i że warto uczyć się nimi zarządzać.

Myślę, że dopiero nasze pokolenie będzie takimi rodzicami, którzy naturalnie wprowadzą rozmowy o finansach do domu. Jesteśmy bardziej otwarci, mamy większy dostęp do wiedzy. To jest kierunek, który naprawdę cieszy.


Czy sama miałaś jakieś finansowe wpadki, które paradoksalnie pomogły ci lepiej tłumaczyć innym, że dbanie o pieniądze to pewien proces, a nie perfekcja? 

Jedną z moich największych wpadek było właśnie to, że zaczęłam inwestowanie od zupełnie złej strony. Zamiast najpierw zbudować poduszkę finansową, poukładać podstawy i zdobyć wiedzę, w 2020 czy 2021 roku po prostu kupiłam kawałek bitcoina i kilka innych kryptowalut. To nie były ogromne kwoty, ale jednak podjęłam tę decyzję pochopnie – bazując na jednej książce i tym, że wszyscy wtedy zarabiali w ten sposób – więc czemu nie ja? Teraz wiem, że to był kompletnie niewłaściwy kierunek.

Od momentu, kiedy powstał mój profil, moje podejście bardzo się zmieniło – najpierw edukacja, potem działanie. I od tych czterech lat nie uważam, żebym popełniła jakieś większe błędy.

Oczywiście zdarza się, że budżet mi się rozjedzie albo kupię coś spontanicznie. Ale traktuję to jako świetny przykład do pokazania na Instagramie, że budżet nie ma być perfekcyjny co do złotówki. Ma dawać kierunek i świadomość, co dzieje się z naszymi pieniędzmi. A drobne potknięcia są normalne – jestem tylko człowiekiem, a moja sytuacja finansowa jest stabilna, więc jeśli raz na jakiś czas popełnię mały błąd, świat się nie zawali.


Jakie masz plany na dalszy rozwój swojej działalności?

Na pewno chciałabym, żeby w moich treściach pojawiało się więcej tematów związanych z inwestowaniem. Ale to będzie wynikało z mojej własnej drogi – w zależności od tego, jak będzie wyglądała moja edukacja i doświadczenia inwestycyjne, takie treści będą pojawiały się na Instagramie.

Kolejnym krokiem będzie też prawdopodobnie zmiana oferty produktów cyfrowych. Zobaczymy, w jakim kierunku to pójdzie. Nie tworzę bardzo sztywnych planów, bo świat zmienia się szybko, potrzeby ludzi też, więc wolę dostosowywać się do tego, co się dzieje – zarówno w dalszym, jak i bliższym otoczeniu. W takim podejściu czuję się po prostu najlepiej.

facebook twitter youtube vimeo linkedin instagram whatsup