
Rozmawiamy z Mateuszem Glenem – twórcą postaci „Tej Jednej Ciotki” i autorem trzech powieści komediowych: „Boże, Beata!”, „Dejta spokój!” i „Na litość boską!”. Od 2022 roku wciela się w stereotypową polską ciotkę w średnim wieku, budując wokół niej rozbudowane komediowe uniwersum, które na TikToku i Instagramie śledzi niemal milion osób.
W tym artykule przeczytasz o:
Ciotka ma swoje własne życie, stałą obsadę przyjaciół, wyprawy. W którym momencie przestała być parodią, a zaczęła być postacią?
„Gdy ściągam charakteryzację jestem Mateuszem, ale Ciotka jest nieodłącznie obok.”
Na początku, kiedy pojawiła się Ciotka, nie sądziłem, że zostanie na dłużej. Zakładałem, że to coś krótkoterminowego. Z czasem jednak widzowie zaczęli pisać i domagać się kolejnych filmików. Myślę, że wystarczyły jakieś dwa, trzy miesiące, żeby naprawdę się w sieci zakorzeniła. Pracowałem wtedy jako kelner i to właśnie w restauracji poczułem, że Ciotka staje się postacią rozpoznawalną. Zdarzało się, że goście kojarzyli mnie po głosie.
Z biegiem czasu urosła do rangi postaci wręcz ikonicznej – pojawiły się zaproszenia na premiery i do telewizji, zaczęli mnie obserwować ludzie rozpoznawalni. Do tego pierwsi widzowie zaczęli ją porównywać do księżnej Diany.
W ten sposób Ciotka ze mną została i mam poczucie, że już zawsze będzie przy mnie. Są postacie, które się wypalają, ale Ciotka przywarła do mnie na dobre, a ja wcale nie chcę od niej uciec. Lubię odwoływać się do przykładu Miley Cyrus i Hannah Montany: obie funkcjonowały równolegle, a Hannah Montana zawsze pozostanie ikoniczna. Podobnie jest ze mną: gdy ściągam charakteryzację jestem Mateuszem, ale Ciotka jest nieodłącznie obok.
Czwarty rok z tą samą postacią – bywają okresy, że Ciotka cię nudzi?
Ciotka mnie nie męczy. Myślę, że gdyby tak było, widzowie by to odczuli. Energia i pasja tej postaci muszą być autentyczne, żeby działały.
Wręcz przeciwnie: nie mogę się doczekać kolejnych filmików. Przed każdym ze świąt z kalendarza liturgicznego wymyślam serie tematyczne. To jest coś, na co sam czekam.
To, że sam kontroluję to, co pojawia się na moich kanałach, daje mi wolność. Mogę wprowadzać nowe postacie, kiedy mam na to ochotę – był ojciec Jakub, księżna Diana, Elżbieta Jaworowicz, Violetta Villas. Nie czuję się zobligowany, żeby Ciotka pojawiała się codziennie. Sam o tym decyduję.
Skąd czerpiesz pomysły na kolejne sytuacje i zachowania Ciotki?
Inspiracji jest naprawdę dużo. Ciotka przypomina każdemu kogoś innego – mamę, babcię, siostrę. Z założenia jest przedstawicielką pokolenia moich dziadków. Kiedy ją buduję, wracam do wspomnień z dzieciństwa. Moja rodzina jest rozsiana po całej Polsce: Pomorze, Podlasie, Poznań, Śląsk, Częstochowa. Właśnie tam nasiąknąłem „ciotkowymi” nawykami.
Oprócz tego inspiracji szukam też na co dzień. Wystarczy wsiąść do autobusu lub pociągu, ściągnąć słuchawki i posłuchać, o czym mówią starsze panie. Czasem usłyszę jakiś tekst i od razu wiem, że muszę to nagrać. Rozmowy mojej babci i jej rówieśniczek także bywają źródłem inspiracji.
Jeśli chodzi o sam proces nagrywania – najczęściej nie mam scenariusza. Przy większych świętach rozpisuję sobie teksty, żeby o niczym nie zapomnieć. Ciotka konsekwentnie trzyma się kalendarza liturgicznego: musi być pielgrzymka na 15 sierpnia, musi być Wszystkich Świętych, Wielkanoc, Boże Narodzenie.
Przy codziennych historiach improwizuję. Czasem mama przysyła mi mema, który odtwarzam, lub przerabiam na bardziej „ciotkowy”. Staram się też śledzić trendy na TikToku i dostosowywać je do Ciotki trochę je postarzając.
Kiedy nagrywasz Ciotkę na mieście, szukasz spokojnych zakątków czy przestałeś się przejmować reakcjami innych?
Przy zorganizowanych projektach, takich jak współprace reklamowe, nagrania z ekipą, które najczęściej odbywają się w Warszawie, zachowuję się tak, jakby to był plan filmowy. Warszawa jest przyzwyczajona do kamer i „inności”, ciągle kręci się tam różne produkcje.
Jednak na co dzień mieszkam w Gdyni i kiedy nagrywam na zewnątrz, zazwyczaj we dwójkę z przyjaciółką, szukam spokojniejszych miejsc, trochę na uboczu. Bardziej dla komfortu niż ze strachu. Krzywe spojrzenia się zdarzają, ale nikt nigdy mi w miejscu publicznym nie zwrócił uwagi ani mnie nie obraził.
Mam za to wspomnienie z targów książki w Krakowie, do którego chętnie wracam. Siedziałem przy stoisku w dużej różowej sukni i podpisywałem książki. Przeszła obok mnie starsza pani, która wyraźnie nie wiedziała, co tu się dzieje – omijała moje spojrzenie, była speszona. Widać było, że podchodzi do sytuacji z pewnym dystansem. A potem stanęła w kolejce. Kiedy w końcu do mnie podeszła, powiedziała: „Nie rozumiem, co pan robi, ale chcę zrozumieć.”
Opowiedziałem jej pokrótce, na czym polega postać, którą odgrywam. Pomyślałem sobie, że jeśli choć jedna osoba zrobi taki krok zamiast myśleć stereotypowo i oceniać po wyglądzie, to jest początek pewnej zmiany.
Spotykasz się z hejtem?
„Hejterzy rzadko myślą o konsekwencjach swoich czynów.”
W miejscu publicznym Ciotka przyciąga głównie tych, którzy ją znają – podchodzą, żeby powiedzieć, że oglądają moje filmiki i te poprawiają im humor. Hejtu twarzą w twarz jeszcze nie doświadczyłem. W internecie – owszem.
Każda platforma ma własną specyfikę i rządzi się różnymi prawami. Na Instagramie i TikToku ogląda mnie głównie moja społeczność. Widzowie wiedzą, czego się spodziewać. Inaczej z Facebookiem, którego ma każdy i na stronie głównej często pojawiają się różne posty. Kiedy Dzień Dobry TVN wrzucało nasze materiały na swoją stronę, trafiałem do odbiorców, którzy mnie nie znali i nagle widzieli „chłopa przebranego za babę”. Tam pojawiał się największy hejt.
Najczęściej ludzie kwestionowali sam fakt mojej obecności w telewizji albo nie rozumieli, z czym mają do czynienia. Bawi mnie przy tym pewna hipokryzja – scena kabaretowa może pokazywać dokładnie to samo, mężczyznę przebranego za kobietę, i to jest uznawane za śmieszne. Kiedy ja wchodzę na trochę wyższy poziom tej samej konwencji i przy okazji poruszam tematy zdrowia psychicznego czy praw osób LGBT+, nagle staje się to uciążliwe.
Mnie ten hejt już nie rusza. To nie jest konstruktywna krytyka, a wyżywanie się na drugim człowieku. Jednocześnie może zrobić krzywdę komuś innemu. Facebook nie jest anonimowy, można wejść w profile komentujących. Rok temu wziąłem nawet kilka przykładów i nagrałem filmik o tym, że pocisk wycelowany we mnie może po drodze trafić w kogoś innego. Jako przykład podałem fikcyjnego pana Mirka, który pisze obraźliwe rzeczy pod moimi filmami. Na zdjęciu profilowym ma żonę, dzieci, może wnuki. Jego rodzina to widzi, dziecko bierze przykład i myśli, że można tak się odzywać w internecie do ludzi. A może to dziecko samo ma talent – umie rysować, gra w piłkę – ale już wie, że jeśli to pokaże, spotkają je takie słowa jak te, które tata zostawia pod cudzymi filmami. Hejterzy rzadko myślą o konsekwencjach swoich czynów.
Jak zareagowało Twoje najbliższe środowisko – rodzina, przyjaciele – na to, że tak dużą część życia zawodowego spędzasz w kostiumie kobiety w średnim wieku?
Na szczęście rodzina jest od początku po mojej stronie. Mama, babcia i siostra to moje największe fanki – chcą oglądać wszystko, najlepiej od razu. Babcia nie ma Instagrama ani TikToka, więc wysyłam jej filmy na bieżąco.
Myślę, że dla nich nie było to wielkim zaskoczeniem. Wiedziały, że zawsze miałem zacięcie do parodii, komedii i przebierania się. Od małego brałem udział w jasełkach, kółkach teatralnych, konferansjerce, Młodzieżowej Radzie Miasta, Samorządzie Szkolnym – lubiłem być na scenie.
Zaledwie jeden wujek z Podlasia zadzwonił do babci i narobił szumu, że się przebieram za kobietę. Sam nie mam z nim kontaktu od wielu lat, natomiast babcia stanęła w mojej obronie. Na tym się skończyło.
Rodzina ogląda, wspiera i jest dumna. Zaczęło się od przebierania w internecie, a rozrosło do zupełnie niespodziewanej skali.
Kiedy wrzuciłeś pierwsze filmiki, miałeś jakieś oczekiwania wobec tego, jak zostaną przyjęte?
Celu właściwie nie było. Pracowałem wtedy w restauracji i zacząłem się po prostu wygłupiać na relacjach na Instagramie – nagrałem parodię kobiety idącej na procesję Bożego Ciała. To bliscy namówili mnie na założenie TikToka.
Pierwsze filmiki to był upust energii – wymyśliłem sobie postać, nagrałem kilka rzeczy, ale bez żadnego planu. A potem zaczęły rosnąć wyświetlenia i byłem zaskoczony tym, że to takie proste. Teraz wiem, ile za tym stoi systematycznej pracy i organizacji. Wtedy czułem tylko radość, że kogoś rozbawiłem.
Jak szybko twórczość internetowa stała się Twoim głównym zajęciem?
„Od końca 2022 roku jestem już tylko i aż Ciotką.”
Stosunkowo szybko, przez co z początku miałem tendencję do myślenia, że mi się po prostu poszczęściło. Z tego przekonania wyprowadziła mnie siostra, według której to nie jest kwestia szczęścia, tylko lat wypracowywania w sobie pewnego systemu pracy: kreatywności, riposty, improwizacji.
Zacząłem nagrywać w czerwcu 2022 roku. We wrześniu pojawiły się pierwsze propozycje współprac komercyjnych. Już pod koniec grudnia miałem ostatnią zmianę w restauracji. Bliscy doradzili mi, żebym zaryzykował. Mówili, że jestem młody: jeśli się nie uda, po prostu znajdę coś innego. Ich zachęty i wsparcie mi wystarczyło.
Od założenia konta na TikToku do odejścia z pracy minęło sześć miesięcy. Ryzyko oczywiście było realne – nigdy nie wiadomo, jak się to skończy, ale nie żałuję swojej decyzji. Od końca 2022 roku jestem już tylko i aż Ciotką.
Jak wygląda Twój tydzień pracy?
Kiedy skończyłem pracę w restauracji i nagle miałem cały dzień dla siebie, trudno mi było się zebrać do pracy. Tworzyłem listy rzeczy do zrobienia na dany dzień, co ułatwiło mi organizację pracy.
Później doszło do tego sporo podróżowania. Mieszkam w Gdyni, a większość rzeczy – telewizja, premiery, eventy – dzieje się w Warszawie, więc sporo podróżuję. Nagrania organizuję głównie w domu, przy współpracach reklamowych wychodzę na zewnątrz z ekipą albo z przyjaciółką. Kiedy zaczęło przybywać zapytań o współprace i umów do podpisania, zdecydowałem się na opiekę menedżerską, co bardzo mnie odciążyło.
Całą resztą steruję sam. Staram się trzymać rękę na pulsie jeśli chodzi o kalendarz, żeby nagrywać odpowiednio wcześniej. Śledzę też bieżące wydarzenia, bo czasem zdarza się coś, co warto skomentować: ktoś zamówił mszę w intencji Michaela Jacksona, na drzewie w Parczewie objawiła się Matka Boska, mieszkańcy Wilanowa zbuntowali się przeciwko otwarciu Dino. To są tematy pasujące do Ciotki, jak ulał.
Problem w tym, że nie zawsze mogę zareagować od razu. Inni twórcy mogą coś skomentować na bieżąco, wprost do kamery. Ja muszę to najpierw „ociotkować”, a do tego potrzebuję peruki, makijażu i stroju. Na wyjazdach mam kieszonkowy zestaw Ciotki, ale i tak walizka robi się podwójna: szpilki rozmiar 46, kosmetyczka, ubrania, biżuteria, peruka. Praktycznie pakuję się za dwie osoby.
Jak duża jest szafa Ciotki? Kto wybiera stylizacje?
Szafa jest spora – nie wiem, kto ma więcej ubrań, Mateusz czy Ciotka. Wydaje mi się, że jeszcze Mateusz, ale jak policzyć biżuterię, buty, peruki, apaszki i torebki, to Ciotka wygrywa.
Zaczęło się od jednego postrzępionego różowego sweterka. Potem pożyczyłem kilka rzeczy od babci. Potem udałem się do ciuchlandu z promocją 50 złotych za papierową torbę ubrań. Wyzwaniem pozostaje znajdowanie rzeczy dużych, bo mam 193 cm wzrostu, ale jednocześnie odpowiednio „ciotkowych”. Teraz najczęściej zamawiam na Vinted. Ludzie często robią porządki po babciach i ciotkach i sprzedają rzeczy, które gdzieś zalegały.
Zdarzało się też, że fani sami do mnie pisali, że mają korale albo apaszki po swoich bliskich i pytają, czy mi się przydadzą. Cieszę się, że mogę dać im drugie życie. Szpilki muszę zamawiać przez internet – rozmiar 46 nie należy do łatwych w znalezieniu.
Stylizacje dobieram sam. Ich klimat wyrósł z dziecięcych obserwacji: babcia w garsonkach z poduszkami na ramionach, ciocia z bronzerem szczodrze kładzionym na policzki. Ta moda z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nigdy nie wyszła mi z głowy.
Co w Twoim przypadku generuje realne przychody?
Największe przychody to współprace reklamowe – filmiki tworzone dla klientów. To nieporównywalnie więcej niż to, co dostaję ze sprzedaży książek. Staram się, żeby te reklamy były spójne z moim uniwersum. Zdarza się, że widzowie przez większość filmu w ogóle nie rozpoznają, że oglądają reklamę. To dla mnie najlepsza ocena mojej pracy.
TikTok to format błyskawiczny. Pisanie powieści wymaga czegoś zupełnie innego – co cię do tego pociągnęło?
„Wizyta w księgarni i zobaczenie swoich książek na półce to wyjątkowy rodzaj dumy.”
Kiedy dostałem zaproszenie do napisania książki, byłem szczerze zaskoczony. Poszedłem w tę przygodę i szybko przekonałem się, że książka wymaga nieporównywalnie więcej czasu, energii i skupienia niż filmiki czy reklamy w internecie. Każdy tytuł pisałem pięć, sześć miesięcy, jednak nakład pracy nie przekłada się wprost na zarobek. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, natomiast faktem jest, że czasem jeden filmik sponsorowany może przynieść więcej pieniędzy, niż zarobek z książki.
Ale do książek nigdy nie podchodziłem z myślą o zarobku. Lubię próbować nowych form – radio, telewizja, teledyski, książki. Kiedy pierwsza powieść dostała dobre recenzje, poczułem radość, że stworzyłem coś namacalnego – coś, co można wziąć do ręki, podarować komuś bliskiemu. Wizyta w księgarni i zobaczenie swoich książek na półce to wyjątkowy rodzaj dumy.
Dostosowujesz swoją strategię pod platformy, na których działasz?
W pewnym stopniu tak, dobieram treść pod platformę. TikTok jest szybszy, publiczność młodsza. Trend, który tam działa, na Instagramie mógłby być za bardzo młodzieżowy. Za to Instagram daje mi lepszy kontakt ze społecznością: wiadomości prywatne, oznaczenia na stories. Na TikToku mam prawie dwa razy więcej obserwujących i ta liczba rośnie szybciej, ale sam kontakt jest ulotniejszy.
Obserwuję też, że algorytmy się zmieniają – kiedyś dłuższe filmiki śmigały lepiej, teraz liczy się przede wszystkim pierwsza sekunda. Musi być jakiś hook, żeby zatrzymać widza, i mam to z tyłu głowy podczas nagrywania.
Boli mnie przy tym pewna niesprawiedliwość: filmiki, które uważam za dopracowane i wartościowe, giną przy treściach patologicznych.
Twoja społeczność jest wyjątkowo aktywna i lojalna. Jak ją zbudowałeś?
Myślę, że budowała się konsekwentnie przez lata – głównie dzięki autentyczności. Choć przebieram się za kobietę, to nie jest tylko maska, którą ściągam i staję się zupełnie innym człowiekiem. Ludzie to czują. Kiedy spotykają mnie na żywo, widzą, że Mateusz i Ciotka są do siebie podobni – ta sama energia, ten sam człowiek.
Staram się też dawać coś od siebie. Kiedy ktoś pisze z prośbą o życzenia urodzinowe dla mamy – nagrywam. Wiem, że niektórzy twórcy biorą za to pieniądze, ale to dosłownie chwila przy okazji nagrywania. Myślę, że właśnie takie rzeczy sprawiają, że ludzie chcą przy tobie zostać.
Jaki projekt z udziałem Ciotki chciałbyś zrealizować, a jeszcze nie miałeś okazji? Jakie są następne kroki Twoje i Ciotki?
Marzy mi się udział w programach rozrywkowych – takich, gdzie mógłbym się sprawdzić i jako Mateusz, i jako Ciotka. Bardzo chciałbym, żeby ktoś nakręcił film na podstawie moich książek. Na najbliższe miesiące mam też kilka projektów, na które czekam z niecierpliwością i myślę, że moi widzowie też będą zadowoleni.
Cieszę się, że ta praca ciągle mnie zaskakuje. Codziennie może się zdarzyć coś, czego się nie spodziewałem. Właśnie to sprawia, że mam na to coraz więcej pomysłów i czerpię z tego coraz więcej radochy.
Jaką radę dałbyś komuś, kto chce zacząć tworzyć w internecie?
Wiem, że śmiesznie brzmi taka rada od kogoś, kto gra inną postać, ale bycie sobą i autentyczność to klucz do sukcesu. Nie warto nic robić na siłę: jeśli to, co robisz nie sprawia ci frajdy, nie wypada to wiarygodnie.
Ważne jest też, żeby się przygotować na to, że ludzie zawsze będą gadać. Nieważne, jak dobre filmiki się robi – nie zadowoli się każdego. Przez całe życie budowałem sobie twardą skorupę i bardzo mi się ona przydaje. Warto mieć taką tarczę. Gdyby twórcy przejmowali się każdym komentarzem, w internecie nie byłoby żadnego contentu. Warto tworzyć przede wszystkim dla siebie, żeby chciało się wstawać rano i nagrywać.
