
Rozmawiamy z Piotrem Jedlińskim – grafikiem i twórcą-hobbystą, który na co dzień prowadzi agencję graficzną, a w międzyczasie tworzy Ptaszka Staszka: rysunkowego wróbla komentującego codzienność z dozą sarkazmu i humoru. Zgromadził na Facebooku i Instagramie ponad pół miliona obserwujących i doczekał się własnej książki – „Pamiętników Ptaszka Staszka”.
W tym artykule przeczytasz o:
Skąd wziął się Ptaszek Staszek?
„Po wrzuceniu obrazka z kawką w ciągu jednego dnia profil urósł o kilka tysięcy obserwujących.”
Na co dzień pracuję jako grafik. Ptaszek Staszek stał się moją zajawką tworzoną „w międzyczasie”. Postać powstała mniej więcej w takiej formie, jaką ma teraz, i utknęła w szufladzie na kilka lat. Potem, gdy miałem więcej wolnego czasu, postanowiłem wrzucić ją do internetu. W pewnym momencie zyskała zainteresowanie odbiorców. Po wrzuceniu obrazka z kawką w ciągu jednego dnia profil urósł o kilka tysięcy obserwujących. Co ciekawe, próbowałem ten efekt powtórzyć z innym projektem, ale się nie udało. Obrazków powstało mnóstwo, ale to była szansa jedna na milion. Pomyślałem, że skoro mam osiem tysięcy obserwujących, to nie zostawię tego. Tak duże grono obserwujących wydawało się wtedy liczbą z kosmosu.
Co twoim zdaniem sprawiło, że Ptaszek Staszek się przyjął?
„Od kiedy mam więcej obserwujących i stałe współprace z markami, łapię się na tym, że sam się cenzuruję.”
Na pewno regularność. Częstotliwość wrzucania jest bardzo istotna. Ważna była też forma. Zawsze podobał mi się format Simon's Cat. Myślałem, że super będzie zrobić coś w podobnym duchu.
Jednym z powodów nagłej popularności moich obrazków była także ich wulgarność, która przychodziła mi dość naturalnie. Od kiedy mam więcej obserwujących i stałe współprace z markami, łapię się na tym, że sam się cenzuruję, co jest błędem. Obserwuję nawet to, że konta, które powstały dużo później niż moje już mnie wyprzedziły, bo się nie ograniczały.
Jak pracuje ci się z markami?
Współpracuję z markami stale od około trzech lat. Najczęściej jednak nie w ramach sponsorowanych postów na moim koncie – tworzę obrazki, które firmy wykorzystują na własnych kanałach i w kampaniach promocyjnych.
Jestem bardzo zadaniowy. Jeśli ktoś da mi wytyczne albo określone potrzeby, chętnie się do nich dostosowuję. Świetnie odnajduję się w ukierunkowanym chaosie. Jeśli mam totalnie wolną rękę, mogę mieć kłopot.
Wiele marek wciąż pilnuje, żeby ostre tematy i mocniejszy język nie wchodziły do komunikacji, choć coraz częściej czuję, że sami wiedzą, iż miałoby to szansę zadziałać. Ten odruch obserwuję zresztą na co dzień, pracując w reklamie i marketingu. Są jednak firmy, które zaczynają się z tego schematu wyłamywać i stawiają na bardziej nieoczywistą komunikację. Widać, że na rynek wchodzi młoda kadra z nowymi pomysłami. Dobrze, że przekraczają te granice.
Na czym jako twórca zarabiasz najlepiej?
Głównym źródłem utrzymania pozostaje moja agencja graficzna, którą prowadzę od wielu lat. Bywało w niej i pięć, i dziesięć osób, ale od czasu pandemii pracuję sam.
Jeśli chodzi o zarobki z projektu, dominują współprace z markami. Przełom 2024–2025 był pierwszym momentem, kiedy Ptaszek Staszek zarobił w skali roku więcej niż agencja. Platformy płacą też za ruch, ale bez wideo – którego na ten moment niestety u mnie nie ma – to są drobne kwoty.
Jak dbasz o regularność publikacji?
Praca w agencji pochłania jakieś osiemdziesiąt procent mojego czasu. Do tego rodzina, troje dzieci – nie ma lekko. Zdarza się, że ze względu na inne zobowiązania Ptaszek Staszek trochę cierpi i schodzi na dalszy plan.
Nigdy nie planowałem publikacji z wyprzedzeniem. Nie zdarzyło mi się przygotować posta dzień czy dwa wcześniej. Zazwyczaj jest tak, że siadam przed pracą, piję kawę, przeglądam internet i jak do głowy wpadnie mi pomysł na obrazek, to zaczynam rysować.
Co robisz, kiedy siadasz rano z kawą i nic ci nie przychodzi do głowy?
„W natłoku internetowych treści nikt nie zauważy, że cię nie było przez kilka dni.”
Najlepsze wyjście jest zarazem najprostsze: odpuszczam. W natłoku internetowych treści nikt nie zauważy, że cię nie było przez kilka dni. Wiem, że wielu twórców czuje presję publikacji – moim zdaniem to brzemię, spod którego warto się wyzwolić.
Sam próbowałem różnych rozwiązań: wracałem do zaczętego obrazka, próbowałem wymyślić coś nowego, nakręcałem się, że muszę coś wrzucić. Zazwyczaj wychodził z tego obrazek, który od razu widać, że powstał na siłę. Kiedyś wrzucałem rysunki naprawdę codziennie – przez lata zebrało się ich ponad tysiąc. Teraz podchodzę do tego inaczej.
Szukałeś kiedyś kogoś do pomocy przy Ptaszku Staszku?
Tak, już chwilę temu dotarłem do przekonania, że potrzebuję drugiej głowy opracowującej razem ze mną pomysły. Kiedyś postanowiłem nawet poszukać wśród mojej społeczności i wrzuciłem apel na profilu. Dostałem sporo zgłoszeń, ale niestety były to głównie przewidywalne, znane kawały. Nie było w tym nic, co mnie śmieszy.
Działasz od lat w tym samym formacie. Jak nie popaść w autoplagiat?
Ryzyko jest. Przez cały ten czas zdarzało mi się robić kilka obrazków na ten sam temat – weźmy choćby poniedziałek. Ale pewne sytuacje i odczucia są wszystkim na tyle bliskie, że nawet siódma grafika o nienawiści do poniedziałku może trafić w punkt.
Zostajesz przy nieruchomym obrazku z wyboru czy konieczności?
Na ten moment bardziej z konieczności, choć w moim przypadku ten format na razie nadal działa. Prawda jest taka, że marzy mi się wideo. Od dwóch lat widzę, jak platformy mocno je promują. Wiem, że powinienem był zacząć pracę nad animacją rok albo nawet dwa lata temu. Niestety sam nie jestem animatorem, do tego potrzebowałbym kilku dodatkowych osób. Zlecałem już animacje na zewnątrz – piętnastosekundowy materiał kosztował mnie około czterech tysięcy złotych: lektor, muzyka, produkcja. Na razie szukam innego rozwiązania.
Twoje grafiki mają wyraźny dystans do „influencerskiej machiny”, a jednocześnie masz ponad pół miliona obserwujących i stałe współprace. Jak to ze sobą godzisz?
„Wiele osób rozpoznaje Ptaszka, a mnie już niekoniecznie.”
Nigdy nie zależało mi na rozpoznawalności – zupełnie mnie to nie interesuje. Pchanie się w środowiskowe bańki jest poza moimi aspiracjami. Ptaszek Staszek zaczął się jako zabawa i tak zostało. Zresztą wiele osób rozpoznaje Ptaszka, a mnie już niekoniecznie.
Masz w swojej twórczości jakieś tematy tabu? A może uważasz, że ze wszystkiego można się pośmiać, jeśli żart jest dobry?
Myślę, że ze wszystkiego można żartować. Odpuszczam jedynie tematy polityczne. Polacy są bardzo podzieleni, a ja nie mam potrzeby w to wchodzić. Poza tym gdy wrzucę coś o polityce, znajdzie się dziesięć osób, które naprawdę się na tym znają i pokażą, że jestem ignorantem.
Czy żałujesz, że Ptaszek Staszek stał się w pewnych aspektach pracą?
Na szczęście nie odczuwam, że to praca. W dalszym ciągu sprawia mi dużo frajdy i traktuję go raczej jako hobby. Tęsknię za większą swobodą i wiem, że mogę do niej wrócić. To nikomu nie zaszkodzi, nawet moim współpracom. Muszę się po prostu przełamać.
Czy da się jeszcze przebić w internecie z podobnym projektem?
Kiedy zaczynałem publikować, było wielu aktywnych rysowników. Z biegiem czasu spora część odpuściła albo publikuje raz na kilka miesięcy. Wciąż jednak zostało ich dużo i pojawiają się nowe projekty. Myślę, że dla każdego znajdzie się miejsce.
Sporą częścią mojego sukcesu okazało się stworzenie charakterystycznej i rozpoznawalnej postaci. Gdyby w każdym obrazku pojawiała się inna kreska, trudno byłoby się do niej przywiązać.
Jakie masz plany na najbliższy czas?
Numerem jeden pozostaje wideo. Byłby to zastrzyk świeżości dla całego projektu. Może niedługo znajdzie się przestrzeń, żeby to zaplanować. Bardzo na to liczę.
