
Znam youtuberów, którzy okazali się być genialnymi biznesmenami. Takich, którzy pieniądze zaoszczędzone u szczytów popularności odpowiednio poinwestowali i żyją sobie spokojnie jako rentierzy. Ja okazałem się być kolesiem, który potrafi oszczędzać, ale zarządzać kasą – zupełnie nie – mówi Martin Stankiewicz, youtuber, który zrezygnował z bycia youtuberem i na obecnym etapie próbuje odnaleźć się w środowisku filmowym.
W tym artykule przeczytasz o:
Czy YouTube wypala twórców i tłamsi ich kreatywność?
Moim zdaniem wypalenie i tłamszenie kreatywności to dwie zupełnie różne rzeczy. Ja się faktycznie wypalałem, ale wynikało to raczej z potrzeby ciągłego ścigania się z innymi twórcami. Oczywiście gdy sam zaczynałem, ten wyścig był mniej intensywny, bo i twórców było mniej. A polskich niemal nie było. Więc i tempo było zupełnie inne. A ja byłem młody i miałem z tego fun.
A w pewnym momencie okazało się, że YouTube się rozrasta i każdy chce dostać kawałek tego tortu dla siebie. A żeby mieć kawałek dla siebie, to trzeba tworzyć według zasad narzucanych przez platformę.
Co zabawne, ja nigdy nie miałem problemu z algorytmami czy z blokowaniem monetyzacji. Moje rzeczy YouTube zawsze uznawał za content „family friendly”. Ale zarazem unikałem tworzenia treści, których YouTube i widzowie najmocniej by pragnęli. Może nie było tak, że grałem pod prąd, ale też nie można o mnie powiedzieć, że kiedykolwiek płynąłem z prądem. I to wymagało ode mnie ogromnej kreatywności, przez bite 12 lat! To były ciągłe próby zaistnienia i utrzymania się na powierzchni. I to faktycznie może wypalić.
A czy nie wypala sam fakt, że niestosowanie się do reguł YouTube’a owocuje niższymi zasięgami?
Jasne, ale nikt tu nie wymyślał koła na nowo. Przecież przez dekady tak wyglądał rynek filmowy czy telewizyjny. Zawsze bardziej ambitna rozrywka – a do takiej zaliczyłbym swoje produkcje – była rzadziej oglądana.
W pewnym momencie zrozumiałem, że jeśli chcę mieć większą publiczność, to muszę zacząć działać na innych zasadach i robić inne rzeczy. A nie chciałem. I wraz z tym, jak ubywało mi widowni, to mi też się coraz mniej chciało. I – jak w znanej piosence – powiedziałem sobie „dość”.
Przy czym film czy spektakl może dostać dofinansowanie państwowe, z którego utrzymują się twórcy niszowych przedsięwzięć. Internetowym odpowiednikiem tego rodzaju wsparcia może być crowdfunding, ale rzadko jest tak, że twórcy zarabiają w ten sposób dużo pieniędzy na niszowych projektach.
Zabawne, że wspominasz o branży filmowej, bo ostatni rok z hakiem zacząłem w niej siedzieć. I muszę powiedzieć szczerze, że nie rozumiem do końca tego modelu opartego na mecenacie państwa. Moim zdaniem zdrowszy jest model, w ramach którego tworzysz coś, co ludzie chcą oglądać, a nie to, czego nie chcą. Bo czemu mamy płacić grube miliony na jakieś undergroundowe projekty, których nikt nie zobaczy? Czemu nie możemy dać tych pieniędzy komuś, kto zrobi coś wartościowego, a co jednocześnie dotrze do ludzi?
Oczywiście kino artystyczne i autorskie jest potrzebne. Ale… ostatnio widziałem film „Głupcy” Tomasza Wasilewskiego. To projekt bardzo autorski, jego reżyser nieraz pokazał, że ma specyficzne podejście do kina. Kosztował pewnie kilka milionów, a jest filmem dla nikogo. No, może oprócz twórcy. I pojawiła się we mnie jakaś wewnętrzna niezgoda na coś takiego. Na to, że za pieniądze podatnika powstała rzecz, której nikt nie chce obejrzeć.
Wasilewski to jednak jednocześnie twórca doceniany na festiwalach. Jego poprzednie filmy zdobywały statuetki w Berlinie czy w Karlowych Warach.
I tu powstaje pytanie: co określamy słowem „sukces”? W ostatnich latach miałem okazję zobaczyć branżę filmową od środka. I zobaczyłem, że te festiwale są bańką, grupką wzajemnej adoracji. I te nagrody nie rajcują mnie ani jako twórcy, ani jako widza. Dla mnie sukces jest wtedy, gdy film jest dobry, jakościowy i ma publiczność. Nagród mieć nie musi, bo to dla mnie jakiś archaizm, który powinien jak najszybciej odejść. On oczywiście buduje prestiż filmów, ale wciąż powoduje, że pewna grupka osób decyduje o tym, co jest fajne, a co nie. Możemy się tu oprzeć albo na gustach jednostek, albo na szerszej statystyce, która jest moim zdaniem bardziej obiektywna.
Na statystykach opiera się YouTube, który proponuje prostszy układ: masz wyświetlenia, więc masz pieniądze.
Tu też nie do końca się zgodzę, bo mi w pewnym momencie udało mi się wypracować model twórcy premium. Mówiłem wtedy klientom wprost: słuchajcie, ja wam nie dociągnę takich wyświetleń, jakie ma Friz. Będzie to raczej kilkaset tysięcy w miesiąc, a nie milion w tydzień. Oprócz tego potrzebuję na produkcję przynajmniej trzydzieści-czterdzieści tysięcy złotych plus swoje honorarium „kanałowe”, jak każdy twórca internetowy. Ale za to wszystko przygotuję wam coś ekstra. I niektóre marki to zrozumiały, że jestem bardziej premium. I że jeśli chcą filmu, który kreatywnie ich zareklamuje, a oni będą mieli fajny projekt do portfolio, a nie tylko do Excela, to uderzają do Stankiewicza.
Myślisz, że im się to opłacało?
Prawda jest taka, że na poziomie marki 50 czy 100 tysięcy to są relatywnie niewielkie pieniądze. Mogą robić wrażenie na przeciętnej osobie, ale nie na decydentach w korporacjach. Niemniej: takie budżety wymagały ode mnie ciągłej walki. Walki, która mnie ostatecznie mocno zmęczyła. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ta sama marka może wydać 200 tysięcy złotych na trzydziestosekundową reklamę do telewizji, której nikt nie chce oglądać, a mi na film krótkometrażowy z angażującym storytellingiem i wykorzystaniem brandu nie chcą rzucić nawet tych 40 tysięcy.
Jak wspomniałeś: jakiś czas temu wszedłeś do branży filmowej, współprodukowałeś m.in. film Artura Wyrzykowskiego pt. „Odgrzeb”. W paru wywiadach zdarzało ci się mówić, że YouTube, a wcześniej tworzenie filmów dla Wirtualnej Polski, to były szczeble na drabinie prowadzącej do robienia filmów „po bożemu”. A może tak naprawdę wczesny sukces ci zaszkodził? Przecież zacząłeś jako nastolatek i w momencie, w którym twoi rówieśnicy kończyli studia filmowe i dziś produkują kino, ty siedziałeś daleko od tego środowiska, czyli w internecie.
Zdecydowanie, przy czym to nie było tak, że ja nie poszedłem do szkoły filmowej, bo dostałem się do Wirtualnej Polski. Trochę się starałem, przy czym od razu zakomunikowano mi, że na ten moment się do tego nie nadaję. Wiedziałem więc, że nie pójdę na filmówkę, bo już na wstępie zostanę zbesztany. I poszedłem od razu na studia dziennikarskie, przy czym do zawodu trafiłem jeszcze przed maturą. Ale gdybym nie poszedł do Wirtualnej Polski, to poszedłbym gdziekolwiek indziej!
Przy czym muszę powiedzieć, że w całej mojej karierze najlepiej czułem się właśnie tam. W WP dużo było takiej czystej radości z tworzenia, improwizacji, grania niekiedy bardzo przerysowanych postaci, takich jak moi bracia Kwas. Świetnie się bawiliśmy.
Poznałeś już jakichś twórców ze środowiska filmowego?
Jasne. Niedawno byłem na festiwalu filmowym w Gdyni i podszedł do mnie młodszy koleś, autor wyświetlanej tam krótkometrażówki, i powiedział: stary, zrobiłeś mi dzieciństwo. Nie ma lepszego komplementu! Bo każdy wie, że dzieciństwo jest jednym z najpiękniejszych okresów w życiu, oczywiście o ile pozbawione jest jakichś traum czy koszmarów. I jeśli ja mogę być już zawsze elementem tego dzieciństwa, to mogę się tylko cieszyć. Co więcej: widzę, że już teraz zacząłem zbierać biznesowe plony wynikające z tego, że ta czy inna osoba mnie kojarzy. I pewnie będzie coraz lepiej, bo coraz więcej moich niegdysiejszych widzów będzie zasiadać w radach nadzorczych czy w różnych innych ciałach decyzyjnych.
Zacząłem doceniać swoją dotychczasową karierę. Bo ona dała mi olbrzymie dotarcie, którego nie ma większość reżyserów w moim wieku czy nawet trochę starszych. Bo co z tego, że taki czy inny film krótkometrażowy poleci na festiwalu w Gdyni czy nawet za granicą, jak te filmy później giną? I zobaczy je maksymalnie kilkanaście czy kilkadziesiąt osób w tym zamkniętym obiegu. Dotyczy to również wspomnianego przez ciebie „Odgrzebu” – Artur Wyrzykowski co prawda wrzucił ten film do internetu, ale bez większych sukcesów.
W takim razie czemu się w to pchasz? Po co próbujesz wejść do tego przegniłego – twoim zdaniem – systemu?
To chyba takie marzenie ściętej głowy. Tak nazywał się nawet wywiad ze mną w „Pressie”. (śmiech) Po prostu mając osiem lat postawiłem sobie taki cel. I dopiero ten rok sprawił, że zacząłem myśleć, że to jest biały królik, którego ja wcale nie chcę gonić.
Zobaczyłem, że po pierwsze nie ma sensu skupiać się tylko na jednym projekcie w jednym momencie, dlatego obecnie pracuję nad kilkoma produkcjami. Po drugie: dostrzegłem, że moje marzenie z dzieciństwa nie jest moim marzeniem obecnym. Również dlatego, że zmieniły się czasy! Sam wiesz, bo obaj wychowaliśmy się na popkulturze kasetowej – wtedy jeden tytuł znała praktycznie większość widzów, bo tych tytułów było niewiele. A w tej chwili jest tak ogromny zalew contentu filmowego i serialowego, że… zacząłem wyobrażać sobie, jak mogłaby wyglądać moja kariera filmowa.
Jak?
Więc okej, wyobraźmy sobie, że uda mi się zrobić ten film. Poświęcę najpierw rok na ukończenie developmentu, później uda się może znaleźć jakieś pieniądze, coś tam wydębimy stąd czy stamtąd, budżet się domknie, miną kolejne dwa lata… i – optymalnie – po trzech latach ten film zostanie stworzony. Puścimy go na ekrany. I okaże się oczywiście, że to nie jest przejaw jakiegoś geniuszu, a zwykły film kolesia, który myśli, że ma coś do powiedzenia. W kinie nie obejrzy tego nikt, bo jest totalny kryzys. Na jakiejś platformie VOD czy SVOD zobaczy go może kilkadziesiąt tysięcy osób. I już. I ja chcę poświęcać trzy czy cztery lata na coś takiego? To pytanie wywołało mój największy dotychczasowy kryzys, który zaczął budować mnie na nowo.
Więc odpowiadając na twoje pytanie: dalej będę chciał gonić za tym marzeniem, ale stwierdziłem, że dla własnego spokoju i higieny umysłu, potrzebuję też tworzenia doraźnego, tu i teraz. I dlatego w planach mam stworzenie formatu w stylu „Ulicznego kombajnu” – czyli rozmów ulicznych, ale dojrzalszych niż te, które kiedyś robiłem. Bardziej z nastawieniem społecznym. Ten rok spędziłem z dala od ludzi i zauważyłem, że to ludzie mnie napędzają. Potrzebuję ich, muszę spędzać z nimi czas. Więc może nie wszystko wyszło tak, jak bym chciał, ale myślę, że ostatni czas mocno mnie podbuduje i wynikną z tego jakieś owoce.
Jak się czujesz w środowisku filmowym?
Trochę jak takie enfant terrible. Dzieciak, który wszedł tylnymi drzwiami, wszyscy na niego patrzą i pytają: co on tu robi? Ale myślę, że taka rola jest potrzebna, bo ta branża się strasznie zasiedziała. Byłem ostatnio na panelu jednego z festiwali i ludzie, którzy się tam wypowiadali, zachowywali się, jakby pozjadali wszystkie rozumy, przy czym diagnozy, które stawiali, zdecydowanie temu przeczyły.
To znaczy?
Oni potrafili bez zażenowania rzucać prognozami typu: „no, dokument o Przybylskiej zobaczyło ponad 100 tysięcy ludzi, ten o księdzu Kaczkowskim też fajnie się sprzedał, więc trzeba robić biopiki”. I to ma być rozwiązanie? To są wnioski? Przecież tu zadziałały zupełnie inne mechanizmy. To nie przynależność gatunkowa miała wpływ, a optymizm, który bił z obu produkcji. Bo czasy mamy takie, że widzowie potrzebują jakiegoś utulenia.
Ci wielcy specjaliści są pogubieni, bo zauważyli, że stare algorytmy nie działają. Te utarte schematy fabularne, te stałe obsady w rodzaju Karolaków i Kożuchowskich – to zwyczajnie przestało działać. I oni wszyscy są absolutnie przerażeni, cała branża robi dobrą minę do złej gry. Widzą, że nikt nie chodzi na te ich filmy, kasę trzyma i rozprowadza Netflix, PISF jest jaki jest… no, złapałem się za głowę, gdy zobaczyłem to wszystko od kulis. Ale też przyszedłem chyba w najgorszym możliwym momencie.
Czy fakt, że masz dużo subów na YouTubie jakoś pomaga ci się w tym wszystkim odnaleźć, wyłapać jakieś kontakty?
Ja i chłopaki z Darwinów zobaczyliśmy, że to, że jesteśmy duzi na YouTubie, nie znaczy w branży filmowej zupełnie nic. A niekiedy jest nawet wadą.
Gdybyś już był w stanie stworzyć film, to jakie kino chciałbyś robić?
Moja historia to kino środka, takie sundance’owe. Takie, którego polscy producenci boją się robić, bo niby nie ma na nie publiczności. A ja się z tym nie zgadzam, czego dowodem jest „Czarna owca” Alka Pietrzaka. Okej, może to trochę TVN-owski i bezpieczny obraz, ale sprawnie opowiedziany. I miał fajną frekwencję, jak na kino post-covidowe.
Czujesz się jak twórca młodego pokolenia?
Tak i nie. Tak – bo jestem tu nowy. Ale nie, bo było nie było tworzę od kilkunastu lat. I w tym kontekście jestem dinozaurem. Zwłaszcza z punktu widzenia dzisiejszych tiktokerów. Na pewno chciałbym iść z duchem czasów, ciągle ewoluować, nie zatrzymywać się w miejscu, nie zgorzknieć jak część starszych twórców. Ja już nie będę ogarniał TikToka tak sprawnie jak osoby dwukrotnie ode mnie młodsze. Ale nie zamierzam ich krytykować, na zasadzie: „och, ci tiktokerzy to już w ogóle niczego kreatywnego nie muszą robić, a kiedyś to było”. Absolutnie nie! Ta kreatywność TikToka jest inna od naszej, ale to nic złego. Przyznaję się bez bicia: nie ogarniam tej nowej platformy i trendów z nią związanych. Ale nie ma sensu ich krytykować. Nie tędy droga.
Twoim zdaniem da się „robić internet” zawsze, do starości?
A czemu nie? To tak, jakbyś powiedział, że nie da się być zawsze prezenterem telewizyjnym. A również w Polsce mamy osoby, które zajmują się tym od dekad. Wydaje mi się, że to jest kwestia tego, że masz pewien zestaw umiejętności, które musisz jakoś tam wykorzystać. Taki Maciej Orłoś był świetny, jeśli chodzi o czytanie z promptera. W pewnym momencie spadł mocno na ziemię i musiał się przystosować. I zastanowić: co może nowego zrobić, żeby wykorzystać swoją popularność. I przez YouTube udało mu się to przedłużyć. Ale czy to oznacza, że jest youtuberem? Moim zdaniem nie.
I wydaje mi się, że podobnie będą wyglądać kariery youtuberów. Bo znam takich, którzy są genialnymi biznesmenami, którzy pieniądze zaoszczędzone u szczytów popularności odpowiednio poinwestowali i żyją sobie spokojnie jako rentierzy. Ja okazałem się być kolesiem, który potrafi oszczędzać, ale zarządzać kasą – zupełnie nie. I mogę sobie pożyć bez pracy zarobkowej przez parę lat, ale na rentierstwo pozwolić sobie nie mogę. Wydaje mi się, że gdybym odkrywał siebie na nowo co jakiś czas, to byłbym w stanie robić ten YouTube do końca życia. Albo przerzuciłbym się na TikToka. Jeśli masz pewien talent, to kariera internetowa nie musi się kończyć.
Pytanie tylko, czy chcesz być w ten sposób przez cały czas na świeczniku? Czy chcesz szukać siebie cały czas na nowo? Czy chcesz gonić za wyświetleniami? Wielu nie chce – i ja się nawet nie dziwię, bo jak już mówiliśmy, to jest mocno wypalające.
Czego zaczęło brakować ci na YouTubie w ostatnich latach?
Spontaniczności. Dominuje podejście związane z odcinaniem kuponów: to jest teraz trendy, filmy trzeba regularnie wrzucać o jednej porze, a w ogóle to trzeba robić szorty. Szaleństwo! Gdyby mi któregoś razu powiedziano, że zamykamy to wszystko i wracamy do modelu z lat 90., gdy mamy parę kanałów telewizyjnych i rozmawiamy przy rosołku u babci o tym, co zrobił Dionizy w „Złotopolskich” – to bym w to poszedł. W tych czasach wolałbym żyć, a nie dziś, gdy mam FOMO, bo rozmawiam z tobą już za długo.
O! No, to kończymy.
Nie, nie o to chodzi. (śmiech) Chodzi o to, że świat tak pędzi, że cały czas zastanawiam się, co zostało opublikowane przez ten czas, w którym rozmawiamy. Czy pojawił się już jakiś nowy trend? A może jakiś rewolucyjny teledysk? Powtórzę: to szaleństwo. Uważam, że powinniśmy zwolnić. Ale jakoś nie zwalniamy.
A jednocześnie treści youtubowe – wraz ze stopniową profesjonalizacją – rozrastają się produkcyjnie, a pracuje przy nich relatywnie mało osób. Przynajmniej w porównaniu do programów telewizyjnych.
To prawda. W telewizji czy w kinie są olbrzymie budżety. A youtuberzy – nawet, jeśli mówimy o gigantach pokroju członków i członkiń Ekipy Friza – pracują w małych grupach, sprowadzonych do operatora i montażysty. Tych osób byłoby wielokrotnie więcej na tradycyjnym planie filmowym. Ja widzę, ile w branży filmowej jest przewalanych pieniędzy. I oczywiście wiem, że filmu nie da się zrobić za 100 koła. Ale to też nie jest tak, że te filmy muszą tyle kosztować, ile kosztują.
Z drugiej strony: ta olbrzymia odpowiedzialność i niższe budżety u youtuberów sprawiają, że ludzie są dodatkowo wypaleni. I dotyka to coraz młodszych twórców.
Co byś poradził takim młodszym osobom, które chciałyby być twórcami na pełen etat?
Wydaje mi się, że nie ma takiej uniwersalnej recepty, bo ludzie są różni. Jeśli ktoś by do mnie przyszedł i powiedział: chciałbym zostać youtuberem, a na pytanie, co konkretnie chciałby robić, padłaby odpowiedź, że no jakiś tam lifestyle, może coś innego… to powiedziałbym: stary, uciekaj! To już nie jest czas na takie eksperymentowanie. Jeżeli nie masz gotowego, przemyślanego od początku do końca produktu i wymyślonych przynajmniej trzech kroków do przodu, to już nie jest twoje miejsce. Ja jeśli zaczynałbym dziś, pewnie nie potrafiłbym się wybić. Może podłapałbym jakieś trendy, ale to też nie jest rozwiązanie, bo byłbym wydmuszką. Robiłbym coś wbrew sobie. Czułbym się z tym źle.
Obecnie na YouTubie trzeba wiedzieć, co będzie się robiło. I trzeba mieć oryginalny pomysł. I wiedzieć, że to nie jest coś, co może dać bezpieczny zawód. Dlatego wydaje mi się, że dobrze rozgryźli tę kwestię ludzie, którzy prowadzą kanały związane ze swoimi biznesami, na przykład mechanicy samochodowi, którzy robią treści. Oni wykorzystują swoją wiedzę zawodową, budując kanał. Kanał jest przedłużeniem ich codziennej działalności.
I to chyba tyle, jeśli chodzi o porady. Mamy obecnie taką nadpodaż treści, że ja osobiście wstydziłbym się dodawać rzeczy, które nie będą wartością dodaną. Które będą zapychaczem, jakąś głupotką. Myślę, że dla zdrowia własnego i innych musimy ograniczyć produkowanie zbędnych treści na potrzeby internetu.
Wracając do jednej z twoich wcześniejszych wypowiedzi: komu ty powiedziałbyś: „Zrobiłeś mi dzieciństwo”?
Moje dzieciństwo zrobił na pewno Jim Carrey. To była dla mnie ikona i inspiracja. Kiedyś czytałem wywiad z nim w nieistniejącym już magazynie „Cinema”. Tytuł brzmiał: „Komik na prozaku”, czy coś takiego. Natychmiast powiedziałem do mamy: „Ja też będę chciał brać kiedyś prozak”. I się sprawdziło. Co prawda biorę dziś inne psychotropy, ale chyba sobie tego dzisiejszego mnie jakoś wyczarowałem. (śmiech)
