
Rozmawiamy z Krystianem Machnikiem - założycielem projektu Napromieniowani.pl i autorem książki “Ostatni ludzie Czarnobyla”. Pasjonat promieniotwórczości i miejsc naznaczonych katastrofami jądrowymi spędził ponad 440 dni w Czarnobylskiej Strefie Zamkniętej, dokumentując losy samosiołów - mieszkańców skażonych wiosek, którzy po katastrofie z 1986 roku pozostali w swoich domach. Regularnie organizuje dla nich pomoce humanitarne - również w czasie trwającej wojny - i na bieżąco dokumentuje swoje działania w sieci.
W tym artykule przeczytasz o:
Co Cię zaskoczyło, kiedy pierwszy raz znalazłeś się w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia?
„To miasto kiedyś zniknie pod ziemią. Żeby zobaczyć, że kiedyś jeździły tu samochody, trzeba będzie robić wykopaliska.”
Przede wszystkim to, jak natura odebrała to, co kiedyś zabrał jej człowiek. Wystarczyło niecałe trzydzieści lat, żeby całkowicie opanowała miasto. Prypeć miała pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Mój rodzinny Ostrów Wielkopolski ma siedemdziesiąt tysięcy, jest niewiele większy. Stojąc tam, wyobraziłem sobie, że gdyby dziś doszło do podobnej katastrofy w moim mieście, trzydzieści lat później mogłoby wyglądać tak jak Miasto Widmo.
A wygląda tak, że to już nie jest miasto – to las z budynkami. Dwupasmowa droga z chodnikami, sygnalizacją i znakami drogowymi dziś przypomina leśną dróżkę na szerokość jednego auta. Chodniki gdzieś zniknęły w głębi lasu, a jedynym dowodem na to, gdzie kiedyś przebiegała jezdnia, są znaki drogowe teraz stojące kilka metrów od linii drzew. Latem z drogi w ogóle nie widać budynków, tylko ściany liści. Wchodzisz między drzewa i nagle wyrasta przed tobą dziesięciopiętrowy blok. We wnętrzu mieszkań rosną drzewa, szukając koroną światła za oknem. Na betonie tworzy się ściółka, potem ziemia, trawa, krzewy, większe drzewa. To miasto kiedyś zniknie pod ziemią. Żeby zobaczyć, że kiedyś jeździły tu samochody, trzeba będzie robić wykopaliska.
Ale najbardziej zaskoczyło mnie jeszcze coś innego. Wchodzisz do szkoły i widzisz dziennik szkolny. Zapiski, że jakiś Iwan czy Sasza był niegrzeczny na lekcji, dostał trójkę. A potem, na końcu kwietnia, oceny i uwagi się urywają. Wszystkie kolejne strony są puste. I uderza cię nagle, że oni się tego nie spodziewali. Mieli plany na weekend, na lato, na rok do przodu. Prowadzili normalne życie – mieli samochody, telewizory, książki. Żyli dokładnie tak jak my. Przez jeden ludzki błąd, musieli zostawić wszystko i zacząć od nowa.
Jak wygląda przygotowanie do wyprawy do Strefy?
To zależy od tego, czy mówimy o czasach przed wojną, czy teraz.
Przed wojną jeździliśmy przede wszystkim eksploracyjnie i wtedy lista rzeczy do spakowania była stosunkowo prosta. Przede wszystkim ubrania zakrywające całe ciało, niezależnie od pory roku. Nie chodzi o temperaturę, ale o pył radioaktywny, który ma osiadać na ubraniu, a nie na skórze. Do tego dozymetr, czyli licznik Geigera, dobre obuwie – w opuszczonych miejscach przekłucie stopy gwoździem należy do realnych zagrożeń – i latarki.
Teraz, w czasie wojny, eksploracja nie wchodzi w grę. Czarnobyl leży bezpośrednio przy granicy, przez którą przebiega najkrótsza droga do Kijowa – tędy właśnie Rosjanie wjechali na początku wojny. Wojska ukraińskie pilnują tego terenu i nie chcą cywilów kręcących się w okolicy. Jeździmy więc wyłącznie z pomocami humanitarnymi.
Teraz przygotowania wyglądają nieco inaczej: najpierw organizujemy wszystko pod pomoc – auto, środki, produkty dla babuszek. Z Polski wozimy głównie rzeczy, których tam nie można kupić: świeczki, małe podgrzewacze, podpałki do pieca, bo centralne ogrzewanie w drewnianych chatach nie istnieje. Swoje rzeczy pakuję zawsze na końcu – i zawsze o czymś dla siebie zapominam, bo nigdy nie nauczyłem się, żeby nie zostawiać tego na ostatnią chwilę.
Skąd wzięła się u Ciebie fascynacja Czarnobylem i tematyką promieniotwórczości?
W moim przypadku nie było tak, jak u wielu ludzi, którzy od dzieciństwa wiedzą, czemu chcą poświęcić życie. Szukanie własnej drogi trwało u mnie bardzo długo.
Czarnobyl pojawiał się gdzieś w tle – zresztą nie tylko on, ale tego rodzaju miejsca w ogóle: enigmatyczne, zapomniane, opuszczone przez człowieka, a przy tym obciążone historią. Czarnobyl jest wśród nich numerem jeden – miejsce ogromnej tragedii, które jednocześnie poszło w zapomnienie.
Przez całe dzieciństwo byłem tym zaciekawiony, ale nie żyłem tym. Miałem inne zainteresowania i zajęcia. Dopiero pierwsza wyprawa do Czarnobyla uświadomiła mi, że to jest właśnie to, co zawsze mnie interesowało. Trochę jak z muzyką: można latami słuchać wszystkiego po trochu, a potem jeden utwór sprawia, że człowiek wie już, czego szukał.
Pamiętasz moment, kiedy postanowiłeś podzielić się tym w internecie? Jak wyglądały pierwsze materiały?
Co ciekawe, decyzja o założeniu strony zapadła jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Czarnobyla. Miałem już wcześniej doświadczenie w prowadzeniu różnych stron internetowych i chciałem spróbować z Facebookiem. Założyłem profil Napromieniowani.pl – który przez bardzo długi czas stał nieużywany, bo uznałem, że strona prowadzona przez kogoś, kto nigdy nie był w Strefie, będzie merytorycznie słaba. Kopiowanie i repostowanie cudzych treści z internetu nie miało dla mnie sensu.
Minęły dwa lata, zanim uzbierałem pieniądze i pojechałem do Czarnobyla. Po powrocie przez kolejne pół roku zastanawiałem się, a potem zacząłem stronę prowadzić.
Plan na Napromieniowani.pl powstał więc wcześniej niż sama wyprawa – choć dziś brzmi to, jakby chodziło tylko o stronę internetową. Tymczasem Napromieniowani stali się z czasem i firmą, sposobem na życie, akcjami humanitarnymi i w końcu książką. Już po powrocie z pierwszego wyjazdu wiedziałem, że chcę tę markę rozwijać.
Co było najtrudniejsze w rozwijaniu działalności o tak specyficznej tematyce?
Sama nisza – i związany z nią brak wiary, również mojej własnej. Na początku zakładałem, że dojdę do może dziesięciu tysięcy obserwujących i na tym koniec. Wszyscy wokół to potwierdzali. Eksploracja opuszczonych i skażonych miejsc to już sam w sobie wąski temat, a Czarnobyl w jej ramach to nisza w niszy.
Problem w tym, że nisza zamyka drzwi do współprac partnerskich – nikt nie chce inwestować w twórcę, który nie daje perspektyw zasięgowych. To było odczuwalne.
Dziś mam 400 tysięcy obserwujących, wydałem książkę i cały czas idziemy do przodu. Sam bym tego nie przewidział.
Napromieniowani to Twoja jedyna działalność zawodowa?
Tak, z Napromieniowanych uczyniłem swój jedyny sposób na utrzymanie. Źródła przychodów jest kilka: książka, prelekcje i spotkania autorskie, współprace na stronie, organizacja wyjazdów do obiektów jądrowych. Wszystko skupia się wokół Napromieniowani.pl.
Czy zdarzało się, że dokładałeś do projektu z własnej kieszeni lub z innych prac?
Bardzo często, bo nie zawsze było tak jak teraz. Dziś zasięg 400 tysięcy obserwujących na Facebooku otwiera drzwi, które wcześniej były zamknięte. Starałem się zawsze żyć z Napromieniowanych, ale nie zawsze to było możliwe. Przez długi czas trzeba było łapać się różnych prac, żeby w ogóle móc funkcjonować.
Najtrudniejszy był wybuch wojny. Do lutego 2022 roku miałem jedno główne źródło dochodu – organizację wyjazdów do Czarnobyla. Miałem zaplanowany cały rok, kilkadziesiąt wyjazdów, zatrudnionych ludzi. Kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, wszystko się posypało w ciągu jednego dnia. Trochę jak pracownik, który przez lata wspinał się w firmie, doszedł do dobrego miejsca, a pewnego ranka dowiaduje się, że jest zwolniony ze skutkiem natychmiastowym.
Byliśmy przygotowani do sezonu, narobiliśmy długów, które nagle nie miały z czego być spłacone. Podjęliśmy się inwestycji, które zostały zablokowane – być może na zawsze. Przez kolejne dwa, trzy lata łapałem się wszystkiego, żeby zarobić cokolwiek. Książka okazała się jedną z form wyjścia z tej sytuacji – i jak widać, był to dobry pomysł.
Jak w tej pracy sytuuje się Twoje życie prywatne?
Praktycznie go nie ma. Większość rzeczy robię sam, bo wojna sprawiła, że zostałem z tym wszystkim w pojedynkę. Kiedy znika możliwość zarabiania na pasji, ludzie idą gdzie indziej. Ja zostałem, mimo że zajmując się czymś innym, zarobiłbym pewnie lepiej. Wolę jednak być niż mieć.
Ze znajomymi trzeba się umawiać z wyprzedzeniem. Na imprezy nie chodzę, bo po prostu nie ma kiedy. Zawsze jest coś do ogarnięcia, zawsze jest jakiś następny krok do zrobienia. To bardzo męczy – szczególnie podczas wyjazdów, kiedy przez cały tydzień wszystko zależy ode mnie, cała organizacja i odpowiedzialność, a na to nakłada się jeszcze sytuacja wojenna. Po powrocie do Polski czeka mnie setki maili i wiadomości od ludzi urażonych, że nie odpowiedziałem po godzinie. Argumentu, że nie miałem czasu, większość nie przyjmuje. Kiedy mam sezon wyjazdów – od sierpnia do końca roku – odpowiedzi można się spodziewać w styczniu. Ludzie tego nie rozumieją i znikają.
Wokół mnie przewija się mnóstwo osób, ale dobrych znajomych, z którymi regularnie rozmawiam, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Kiedy mam wolny tydzień, jadę do Czarnobyla i pomagam babuszkom. Zeszły rok przeznaczyłem na książkę. Mógłbym ten czas poświęcić na życie prywatne – i chciałbym mieć go więcej – ale chcę też w jakiś sposób zostać zapamiętany.
Skąd wziął się pomysł na organizację wyjazdów do Czarnobyla?
„Wszyscy inni organizatorzy zniknęli. Ja dalej przyjeżdżałem. Jestem jedynym, który tam wraca.”
Z braku pieniędzy. Bardzo chciałem tam jeździć często, ale sam nie miałem jak tego sfinansować. Rozwiązanie było proste: zacząć organizować wyjazdy, żeby ktoś mi za to płacił. To tworzyło pewne ograniczenia – jako organizator nie mogłem skupiać się wyłącznie na swoich sprawach. Z drugiej strony umożliwiało mi rzeczy, których inaczej bym nie osiągnął. Między innymi dzięki temu poznałem samosiołów i bywałem u nich nie kilka, ale dziesiątki razy. Taki kontakt procentuje – jego szczerość zweryfikował wybuch wojny, kiedy tamtejsi mieszkańcy zobaczyli, że ich nie zostawiłem. Wszyscy inni organizatorzy zniknęli – bo gdy z pasji nie można już zarobić, nagle znajdują się inne pasje – ja dalej przyjeżdżałem. Jestem jedynym, który tam wraca.
Popyt był bardzo duży. Trafiłem na moment, kiedy ludzie zaczęli szukać alternatywy dla typowych kierunków turystycznych. Rozwinęła się tak zwana czarna turystyka, czyli odwiedzanie miejsc naznaczonych historycznie – tragedią, katastrofą, śmiercią. Trochę jak Auschwitz-Birkenau w Polsce. Czarnobyl wpisuje się w ten nurt – wprawdzie nie doszło tam do zbrodni wojennej, ale doszło do wypadku, który pochłonął ludzkie życia i zniszczył miasto. Zainteresowanie było na tyle duże, że nigdy nie miałem problemów z zapełnieniem grup.
Jedyne ograniczenie stawiałem sobie sam – nie chciałem zabierać ze sobą dużych grup. Nie organizowałem tych wyjazdów po to, żeby prowadzić pięćdziesiąt osób za rączkę. Chciałem, żeby każdy miał możliwość wejścia na dach budynku, posłuchania tej ciszy i poczucia atmosfery tego miejsca.
Czy spotykałeś się z krytyką wobec organizowania wyjazdów do miejsca tragedii?
„Byliśmy bohaterami, a dziś bywamy nazywani zdrajcami.”
Takich głosów było wbrew pozorom niewiele, ale się pojawiały. Argument był zawsze ten sam: że zarabiam na tragedii, na czyjejś śmierci. Odpowiadałem wtedy, że ten sam zarzut można by postawić Auschwitz-Birkenau. Ktoś mógłby powiedzieć, że muzeum zarabia na zbrodni. Ja uważam odwrotnie – bardzo dobrze, że zadbano o to miejsce, że go nie wyburzono, że można tam pojechać i zobaczyć na własne oczy, do czego zdolny jest człowiek. Jest takie powiedzenie, że pozwalając na zapominanie o przeszłości, pozwalamy na powtarzanie jej błędów. To samo dotyczy Czarnobyla. Ludzie powinni tam jeździć i widzieć, co może się stać przez jeden ludzki błąd.
Nigdy za bardzo nie starałem się z krytykami dyskutować. Każdy może mieć swoje zdanie i nie każdy musi chcieć odwiedzać takie miejsca.
Więcej negatywnych komentarzy pojawiło się już po wybuchu wojny i to zupełnie innego rodzaju. Przed wojną i zaraz po jej wybuchu pomaganie było w modzie, na początku inwazji wszyscy rzucili się do pomocy Ukrainie. Teraz to samo jest niepopularne. Byliśmy bohaterami, a dziś bywamy nazywani zdrajcami. Zarzut jest jeden: dlaczego pomagacie Ukraińcom, a nie Polakom?
Radzę sobie z tym bardzo dobrze, bo te komentarze nie wychodzą od innych wolontariuszy ani organizacji pomocowych. Wychodzą od ludzi, którzy siedzą w ciepłym domu i palcem pokazują komuś, kto z tego domu wyszedł, co robi nie tak. Zawsze odpowiadam tak samo: skoro widzisz Polaków potrzebujących pomocy, dlaczego siedzisz i piszesz o tym w internecie zamiast do nich pójść? Wyjdź do nich i im pomóż. Jeśli będzie więcej takich jak my, wspólnie można doprowadzić do zmiany.
Ilu samosiołów obejmujesz pomocą?
Ludzi, do których docieramy, jest około dwudziestu, trzydziestu – choć nie zawsze mamy środki, żeby dotrzeć do wszystkich. Skupiamy się przede wszystkim na jedenastu osobach, które wciąż żyją w opuszczonych wioskach wokół miasta Czarnobyl. To najstarsi, mieszkający w najbardziej odległych rejonach strefy zamkniętej.
Głównym problemem nie jest liczba tych ludzi, ale trudność dotarcia do nich. Strefa zamknięta to nie wioska, do której można po prostu przyjechać i wrócić. Wjazd wymaga przepustek, a te w czasie wojny nie są wydawane cywilom. Musimy dogadywać się z policją, która musi znaleźć dla nas odpowiedni termin – bo wożenie Polaków z chlebem dla babuszek nie jest ich podstawowym zadaniem. To wszystko generuje koszty, wydłuża czas i komplikuje logistykę. Na tym polega największy problem.
Jak mieszkańcy Strefy reagują na Waszą działalność? Na to, że pokazujecie ich światu?
Reakcje są jak najbardziej pozytywne. Babuszki wiedziały, że powstaje książka na ich temat, bo na etapie pisania często dopytywałem je o szczegóły różnych historii. Po jej wydaniu chciałem każdej z nich podarować egzemplarz z dedykacją, ale wziąłem za mało sztuk. Jedna z babuszek powiedziała, żebym przywiózł następnym razem. Kiedy przyjechałem, od razu zapytała o książkę. Babuszki nie znają polskiego, więc nie rozumieją ani słowa z tego, co jest w środku, ale bardzo chcą mieć książkę, w którym opisałem ich historię.
To zresztą dobrze oddaje to, kim dla nich jesteśmy. Nie przyjeżdża do nich “tylko” pomoc humanitarna – przyjeżdżają “swoi” ludzie. Pytają, co u nas, co u naszych rodzin, pamiętają, kiedy mamy urodziny. To już zupełnie inny rodzaj kontaktu.
Skąd pojawił się pomysł na książkę?
Wydanie książki miałem z tyłu głowy od wielu lat. Choć sam nigdy nie byłem szczególnie książkowy i nie mam na swoim koncie mnóstwa przeczytanych pozycji. Propozycje od wydawnictw przychodziły regularnie, ale ich warunki mnie nie przekonywały, a poza tym za każdym razem uznawałem, że to jeszcze nie ten moment. Bałem się, że napiszę coś, co zapowiada się ciekawie, a okaże się laniem wody - że po prostu nie będzie czego opisywać.
Minęły kolejne lata wypraw, pomagania samosiołom, wiele śmierci, wiele dobrych rzeczy, a w końcu jeszcze wybuch wojny. Dopiero kilka lat później poczułem, że materiału jest wystarczająco dużo i że jest z czego wybierać. Faktycznie mieliśmy wtedy problem odwrotny: co pominąć, żeby książka nie miała tysiąca stron i żeby była czytelna także dla kogoś, kto w temacie nie siedzi tak głęboko jak ja.
Zdecydowałeś się na którąś z ofert wydawnictw?
„Ja mam ciekawe historie, ale on ma doświadczenie w przekuwaniu ich w książkę.”
Nie w tradycyjnym modelu. Alternatywą dla standardowej ścieżki wydawniczej była dla mnie bliska współpraca redakcyjna z Witoldem Szabłowskim z wydawnictwa Notatnik Reportera. Przejął on opiekę nad procesem tworzenia książki - i to do tego stopnia, że bez niego by nie powstała. Chęć napisania książki to jedna sprawa, ale to też potężna praca. Zależało mi na tym, żeby realnie zaangażował się w ten projekt razem ze mną. Ja mam ciekawe historie, ale on ma doświadczenie w przekuwaniu ich w książkę. I uważam, że wyszło to nad wyraz dobrze.
Co było w procesie tworzenia książki najtrudniejsze, a co przychodziło łatwo?
Najtrudniejsza była selekcja. Historii do opisania mieliśmy zdecydowanie za dużo i musieliśmy podejmować trudne decyzje – które zostawić, a które pominąć. Weźmy śmierć: w Czarnobylu jest ona częstym gościem i przypadków mieliśmy naprawdę wiele. Trzeba było jednak wybrać te, które od siebie odbiegają, żeby czytelnik nie natknął się po raz trzydziesty na tę samą historię i się nie znużył albo nie przygnębił zbyt wcześnie. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi okrutnie, ale taka jest logika dobrej narracji. Chcieliśmy, żeby książka miała trzysta stron, nie trzy tysiące.
Paradoksalnie ta sama obfitość materiału sprawiała, że samo pisanie szło stosunkowo łatwo. Nie musiałem szukać, weryfikować ani uzupełniać – większość pisałem z głowy, bo to są wydarzenia, które sam przeżyłem i których nikt inny nie przeżył w ten sam sposób.
Czego bym nie chciał przechodzić drugi raz? Korekty. Czytanie wszystkiego po raz piąty i kolejne poprawki zdecydowanie kosztowały mnie najwięcej nerwów.
Jakie masz najbliższe plany na rozwój projektu?
Na pewno kolejna książka - już o niej myślę i powoli się przygotowuję. Nie zdradzę jeszcze tematu, ale będzie obracać się w tej samej tematyce: Czarnobyl, radioaktywność, miejsca naznaczone historią. Z tej niszy nie zamierzam wychodzić – powstało w niej stosunkowo mało pozycji, a pole do popisu pozostaje spore. Mam wiedzę, mam dostęp do ludzi i miejsc, do których niewielu dociera. Zamierzam to wykorzystać. Mam też nadzieję, że kolejna książka będzie lepsza od pierwszej, bo pierwsze błędy już widzę i wiem, co poprawić. Jeśli chodzi o Napromieniowanych – planuję wyjazdy w nowe miejsca, kolejne elektrownie jądrowe, obiekty związane z historią i nauką.
