
Rozmawiamy z Paulą Balicką Zańczak – edukatorką i przedsiębiorczynią, która zbudowała własną platformę Biznes na Insta, pomagając twórcom cyfrowym skutecznie monetyzować wiedzę online. Łączy praktyczne podejście do sprzedaży z refleksją nad tym, jak budować markę osobistą. Pokazuje, że biznes w social mediach może być zarówno dochodowy, jak i zgodny z własnym stylem życia.
W tym artykule przeczytasz o:
Jak zaczęła się Twoja przygoda z mediami społecznościowymi?
Część moich obserwatorów może nie wiedzieć, choć często o tym wspominam, że w sieci działam już długi czas – od czasu zanim jeszcze pojawiły się Instagram czy Facebook. Jako nastolatka, tworzyłam treści na blogach, fotoblogach, udzielałam się na forach – to były moje pierwsze doświadczenia po stronie twórcy. Wtedy oczywiście nie nazywało się tego twórczością internetową, ale podobnie jak teraz polegało na tworzeniu społeczności i więzi.
Z czasem moja ścieżka skręciła w inną stronę – poszłam na studia informatyczne, przeprowadziłam się do Krakowa i odłożyłam social media na bok. Przez kilka lat Instagram był dla mnie po prostu miejscem na wrzucenie zdjęcia z wakacji czy urodzin – tak jak robiła to większość użytkowników. Mimo to zawsze czułam, że lubię tworzyć, dzielić się, że to mnie kręci – dlatego do tego wróciłam.
Kiedy poczułaś, że z obecności w sieci może wyniknąć coś więcej?
Przełom nastąpił, gdy zaszłam w ciążę. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że od swojej obecności w mediach społecznościowych potrzebuję czegoś więcej – nie tylko rozrywki, ale także formy samorealizacji. Choć bycie mamą wypełniało mi codzienność, czułam, że brakuje mi pracy kreatywnej. Mój mózg potrzebował stymulacji. Postanowiłam wrócić do social mediów i zaczęłam tworzyć treści parentingowe – bardzo mnie wciągnął wówczas temat macierzyństwa i chciałam się nim dzielić, zwłaszcza, że moja baza obserwujących – składająca się głównie ze znajomych w podobnym wieku – także wchodziła w etap rodzicielstwa.
Jednak źle do tego podeszłam. Miałam wtedy nadzieję, że skoro tyle z siebie daję, to w końcu pojawią się oferty współprac. Prowadziłam nie tylko Instagrama, ale też bloga, który zawsze był mi bliski. I choć dostawałam reakcje od znajomych, czułam niedosyt. Liczyłam, że ktoś „z zewnątrz” to zauważy, że mój wysiłek się najzwyczajniej w świecie opłaci. Dziś uczę moich kursantów, że to nie tak działa. Nie czekamy na propozycje. Tworzymy własną ofertę i sami szukamy przestrzeni do działania. Współprace mogą być efektem ubocznym budowania obecności w internecie, ale nie celem samym w sobie. Tego nauczyło mnie moje własne doświadczenie.
Przez dwanaście miesięcy dawałam z siebie wszystko — byłam zdeterminowana i naprawdę mocno starałam się zdobyć rozpoznawalność i pierwsze współprace. Po zakończeniu urlopu macierzyńskiego musiałam jednak przyznać przed sobą, że tym razem się nie udało. Uznałam, że może tak miało być i wróciłam na etat. Instagram znowu zszedł na dalszy plan.
Czy moment, w którym postanowiłaś wrócić na etat, był dla Ciebie rozczarowaniem? Czy odebrałaś to jako porażkę?
Nie nazwałabym tego porażką. Uważam, że w całym tym procesie nie poniosłam żadnej porażki. Wszystko, co się wydarza, dzieje się z jakiegoś powodu — traktuję to jako lekcję, a nie jako przegraną. Im więcej takich lekcji mamy za sobą, tym szybciej potrafimy znaleźć właściwe rozwiązania w różnych obszarach życia. Zawsze powtarzam, że te wszystkie próby — i te z przeszłości, i te, które podejmuję dziś — pokazują mi, która droga jest dla mnie odpowiednia, a która nie.
Co skłoniło Cię do powrotu na media społecznościowe?
Była to druga ciąża, a w zasadzie – ponownie – urlop macierzyński. Czułam, że mam przestrzeń, żeby spróbować jeszcze raz. Przychodziło mi do głowy dużo pomysłów i chciałam podjąć się czegoś zupełnie nowego wykorzystując czas, który miałam. Jednocześnie nie dysponowałam budżetem, żeby zacząć swój biznes, a nie chciałam brać pożyczek. W tematach biznesowych zaczynałam zresztą zupełnie od zera – wiedziałam, że inwestuje się albo czas albo pieniądze.
Pomogła mi rozmowa z przyjaciółką, która powiedziała coś bardzo prostego: „Zastanów się, co już masz – nie co chciałabyś mieć.” Miałam komputer, internet i doświadczenie. To mi wtedy otworzyło oczy. Dotarło do mnie, że przecież ja to wszystko już kiedyś robiłam – tworzyłam treści, byłam w tym dobra i lubiłam to. Zrozumiałam, że wcześniej traktowałam to jako hobby, a mogę podejść do tego jak do biznesu. Wcześniej szukałam jakichś rzeczy, na których zupełnie się nie znałam, zamiast zacząć od tego co już umiem.
Skąd pomysł na tematykę monetyzacji twórczości internetowej?
Zaczęłam od analizy własnych umiejętności i zainteresowań. Kocham nagrywać, montować, robić zdjęcia – to zawsze sprawiało mi przyjemność. Pomyślałam: skoro ja się tego nauczyłam bez budżetu, to mogę pokazać to innym. I zaczęłam to robić. Zaczęłam dzielić się swoim procesem, emocjami, pierwszymi produktami i ich tworzeniem. Ludzie to widzieli i to ich wciągało – nawet jeśli nie interesowali się nagrywaniem, to ciekawił ich sam progres.
Od początku też wiedziałam, że chcę mieć ofertę. Nawet zanim zbuduję społeczność. To teraz powtarzam moim kursantom: nie czekaj, aż ktoś Cię „odkryje”. Wiedz, co oferujesz – nawet jeśli na początku to tylko pomysł. Rozwój konta czy współprace to nie cel, tylko efekt uboczny dobrze przemyślanej drogi.
Pomimo tego, że się obraziłaś na Instagrama, wróciłaś na niego i głównie na nim działasz. Czy da się go „ograć”, żeby działał na naszą korzyść?
Nie wierzę w magiczne triki, hacki czy tajne sztuczki, które „ogrywają” algorytm. Ostatnio jedna z moich kursantek powiedziała mi coś bardzo ciekawego. Jest już na takim etapie rozwoju, że kompletnie nie interesują ją zasięgi. Ona chce po prostu dotrzeć do swoich klientów. I ja to rozumiem – ale jednocześnie uważam, że jedno z drugim się łączy. Bo żeby trafiać do większej liczby klientów, musisz mieć zasięgi. A żeby mieć zasięgi, musisz zrozumieć, jak ta platforma działa.
Instagram to po prostu maszyna. Algorytm. Możesz się na niego złościć, narzekać, że nie działa tak, jak byś chciała – albo możesz to zaakceptować. Nie musisz znać każdego update’u, wystarczy że znasz podstawy. Na przykład to, że ta maszyna „lubi” powtarzalność, konkretne tematy, określoną strukturę treści. Ludzie często się buntują – „ja nie będę się wpisywać w te ramy!”. W porządku, ale wtedy trzeba się liczyć z tym, że to po prostu nie zadziała.
Czasem to nie platforma jest problemem – tylko nasz własny opór. Jeśli odrzucasz sprawdzone mechanizmy tylko dlatego, że ci się nie podobają, to nie walczysz z algorytmem, tylko z własnym nastawieniem. A to właśnie mindset jest kluczowy – nie tylko na Insta, ale w całym budowaniu biznesu.
Mówisz dużo o mindsetcie. Co konkretnie masz na myśli? Jakie nastawienie powinien mieć ktoś, kto naprawdę chce działać w social mediach?
Dla mnie mindset to przede wszystkim gotowość na działanie mimo braku gwarancji. To nie jest tak, że dostajesz przepis, robisz krok po kroku i po tygodniu masz wyniki. Czasem robisz wszystko dobrze przez miesiąc, trzy, pół roku – i nadal nie widzisz spektakularnych efektów. I właśnie wtedy liczy się to, czy jesteś gotowy dalej próbować. Czy szukasz rozwiązań, czy się poddajesz.
To też kwestia odpowiedzialności – żeby nie zrzucać winy na algorytm, na platformę, na świat. Jeśli coś nie działa, to pytam siebie: co mogę poprawić? A nie „czemu Instagram mnie nie lubi”. Mam wrażenie, że wiele osób nadal czeka, że coś się „samo zadzieje”. Tylko że nic się samo nie zadzieje, jeśli nie weźmiesz sterów w swoje ręce.
Mindset to też otwartość na testy. Nie musisz od razu wiedzieć, co zadziała – ale musisz być gotowy sprawdzać, obserwować, wyciągać wnioski. I nie traktować porażek jak klęsk, tylko jak informację zwrotną. Ja zawsze powtarzam: nie masz obowiązku wiedzieć wszystkiego na starcie. Ale masz obowiązek próbować, jeśli chcesz coś zmienić.
I najważniejsze – trzeba umieć działać wtedy, kiedy nie widzisz jeszcze efektu. Bo to właśnie wtedy budujesz fundamenty. To jest ten moment, który rozdziela tych, którzy „chcą” od tych, którzy naprawdę „robią”.
Czy mindset to według Ciebie najważniejszy czynnik sukcesu w social mediach?
Zdecydowanie tak. Niezależnie od tego, czy rozmawiam z kimś o ofertach, o strategii, o tworzeniu treści – wszystko i tak sprowadza się do jednej rzeczy: nastawienia. Ludzie chcą efektów, ale często nie są gotowi na proces. Chcą działać „po swojemu”, mimo że dostają ode mnie konkretną instrukcję. I w efekcie nie trzymają się jej, a potem mówią, że to nie działa. No nie działa, bo nie zrobiłaś tego tak, jak trzeba.
Co miesiąc robię audyty wśród moich kursantów na platformie Biznes na Insta. I te same problemy wracają jak bumerang. Ludzie narzekają, że po tygodniu nagrywania rolek nie mają efektów. Ale to nie działa tak szybko. I ja nie jestem z tych, którzy głaszczą po głowie – mam raczej mocny styl komunikacji. Tłumaczę, wspieram, ale też mówię wprost: nie chcesz próbować naprawdę, nie oczekuj wyników.
Instagram nie jest wrogiem. On po prostu działa według konkretnych reguł. Jeśli je zrozumiesz, nauczysz się je wykorzystywać i będziesz gotowa na zmiany – wtedy zaczynają się efekty.
Na czym polegają instrukcje, których udzielasz swoim kursantom? Tłumaczysz, jak się wpasować w trendy, czy jak “przypodobać się” algorytmowi? Co głównie się przewija w Twoich treściach?
Zanim w ogóle powstała platforma Biznes na Insta, zrobiłam trzy edycje kursu mentoringowego o tej samej nazwie. I właśnie wtedy dotarłam do ściany. Ludzie przychodzili, byli na zajęciach, aktywnie uczestniczyli, ale… nie wdrażali. Dla mnie jako twórczyni to był ogromny zgrzyt – co z tego, że ktoś słucha, skoro nic potem z tym nie robi?
Postanowiłam przetestować coś zupełnie innego – wyzwanie publikacji rolek. Pokazywałam przykład wideo, wyjaśniałam, na co zwrócić uwagę, a potem kursant miał to zrobić po swojemu. Chodziło o krótką, praktyczną instrukcję i realne działanie. I nagle się okazało, że to działa. Ludzie w końcu zaczęli tworzyć.
Jak dziś wygląda Twoje podejście do tych wyzwań?
Z czasem wypracowałam swój własny format. Każda instrukcja opiera się na kilku krokach. Najpierw kursanci muszą wiedzieć, na jakim etapie lejka sprzedażowego się znajdują: czy chodzi o to, by zostać zauważonym, wzbudzić sympatię, zbudować zaufanie, czy może już sprzedać. Potem określamy cel konkretnej rolki – co ma osiągnąć.
Dopiero wtedy dochodzimy do pomysłu na format – czasem jest to coś na bazie trendu, ale nie jestem fanką ślepego gonienia za viralami. Dobry trend może pomóc, ale tylko jeśli wspiera Twój cel. Kluczowe jest zadanie, które kursant ma wykonać – a obok niego przykład, który pomaga sobie to zwizualizować. To nie ma być sucha teoria. Pokazuję też, jak to wygląda u mnie lub innych, żeby zainspirować do działania.
Na czym jeszcze się skupiasz, poza formatem rolek?
Przede wszystkim – na grupie docelowej. Bez znajomości bolączek, pragnień i potrzeb odbiorcy nie zrobisz skutecznych treści. Możesz nagrać rolkę, ale jeśli nie wiesz do kogo mówisz – to nie zadziała. Dlatego bardzo mocno na to naciskam. Wyzwania mają uruchomić nie tylko kreatywność, ale i myślenie strategiczne.
Ostatnio coraz częściej wplatam także prompty AI. Sama mam dość kreatywne myślenie, ale wiem, że inni mogą potrzebować wsparcia. Dlatego AI może być świetnym wsparciem, zwłaszcza dla osób, którym brakuje pomysłów. Prompty pomagają wygenerować treść, ale… znowu – tylko jeśli znasz swojego odbiorcę. Sam prompt nic nie da, jeśli nie masz tej podstawy.
Jak Twoi kursanci uczą się w praktyce?
W pewnym momencie zaczęli wrzucać swoje rolki w komentarzach na platformie i to było niesamowite – inspirowali się nawzajem. Tworzyło się poczucie wspólnoty, wzajemnego wsparcia, ale też zdrowej współrywalizacji. To bardzo pomagało ruszyć z miejsca.
Oprócz tego pokazuję im, jak usprawniać działania. To już bardziej zaawansowany etap, ale bardzo potrzebny, bo… nie mamy czasu. Moi kursanci, jak każdy z nas, mają milion innych obowiązków. I jeśli mają znaleźć cały dzień tylko na nagrywki – to już samo w sobie jest wyzwaniem.
Do kogo właściwie kierujesz swoją platformę?
Na początku planowałam ją dla początkujących – żeby pomóc im wystartować, stworzyć pierwsze treści, zrozumieć, jak działa komunikacja w social mediach. Ale szybko się okazało, że korzystają z niej też doświadczeni przedsiębiorcy. Dlaczego? Bo nawet jeśli masz firmę, to wcale nie znaczy, że masz czas albo zasoby, by codziennie wymyślać nowe pomysły na content. A przecież najpierw musisz wiedzieć, co nagrywać, potem to zaplanować, stworzyć, nagrać, zmontować…
Nie każdy może sobie pozwolić na zatrudnienie stratega treści czy montażysty. Dlatego wielu przedsiębiorców mówi mi wprost, że ta platforma to dla nich złoto. Bo wchodzą, mają konkretne pomysły, mogą je dopasować do siebie i działać.
Czyli chodzi nie tylko o wiedzę, ale i o oszczędność czasu?
Dokładnie. Idealny przedsiębiorca to ktoś, kto deleguje, kto ma dzień na nagrania, dzień na planowanie – gratuluję, jeżeli to Ty ale często na starcie realia są inne. Dlatego stworzyłam przestrzeń, w której można działać elastycznie, bez konieczności planowania z miesięcznym wyprzedzeniem. Wchodzisz, robisz, publikujesz – i widzisz efekty. A co najważniejsze – uczysz się tworzyć treści w każdej chwili, nie czekając na „idealne warunki”.
Gdy tworzysz swoje produkty – kursy, konsultacje, wyzwania – to czy dla Ciebie większym wyzwaniem jest stworzenie wartościowej treści, wpadnięcie na pomysł, czy sama sprzedaż?
Trudno to porównać. Kiedy już nauczysz się dobrze sprzedawać, to sprzedaż sama w sobie przestaje być największym wyzwaniem. Dla mnie teraz znacznie trudniejsze jest znalezienie odpowiedniego formatu przekazywania wiedzy. Wiem, co chcę przekazać – pytanie brzmi: jak to zrobić, by maksymalnie ułatwić klientowi działanie.
Tworzę wszystko etapami. Czasem wystarczy kilka dni, ale jeśli zależy mi na jakościowym, przemyślanym produkcie, który ma naprawdę pomagać, to ten proces siłą rzeczy trwa dłużej. To już nie jest tylko stworzenie treści – to dopasowanie formy, przetestowanie, poprawianie.
Jeśli chodzi o kampanie, mam już wypracowane schematy, które działają, więc największym wyzwaniem jest dziś znalezienie osoby, która zrealizuje je za mnie – na takim poziomie, jaki mnie interesuje. Wbrew pozorom nie jest łatwo o kogoś takiego. Zdarza się, że osoby, które świetnie prowadzą kampanie, mają już „pod opieką” klientów z podobnymi produktami i nie mogą wziąć kolejnej marki z tej samej branży.
Sama zresztą zaczęłam działać w Menedżerze Reklam, bo choć przez długi czas miałam opór – głównie ze względu na inne obowiązki i brak przestrzeni – dziś naprawdę lubię analizować wyniki, testować, optymalizować.
Oczywiście kluczowy jest też budżet – im więcej zarabiasz, tym więcej możesz zainwestować. Ale mocno wierzę w to, że nawet przy niskim budżecie da się dobrze sprzedawać. Wszystko zależy od tego, co oferujesz i jak to komunikujesz. I właśnie tego też uczę: nie zaczynamy od dużych kwot. Najpierw testy, dopiero później skalowanie.
Czy na ten moment działasz sama, czy masz zespół, który pomaga Ci w tworzeniu treści?
Jestem właśnie w trakcie rekrutacji – co samo w sobie jest dla mnie zupełnie nowym wyzwaniem. Od początku współpracowałam z różnymi osobami, najczęściej na zasadach B2B. Nie miałam stałego zespołu, ale zawsze ktoś był – czy to asystentka, czy ktoś od wsparcia technicznego.
Wraz z rozwojem projektów stało się jasne, że muszę to uporządkować i zbudować coś bardziej stałego. Teraz mam osoby od reklamy i kwestii technicznych, ale bardzo zależy mi na znalezieniu kogoś, kto przejmie obsługę platformy – kogoś, kto będzie blisko procesu, a jednocześnie odciąży mnie w codziennych zadaniach.
Jak prowadzenie własnego biznesu i tworzenie treści wpływa na Twoje życie prywatne? Czy udało Ci się wypracować równowagę między pracą a odpoczynkiem?
Wydaje mi się, że trudno porównać pracę na etacie do prowadzenia własnego biznesu. Kiedy pracowałam na etacie, po zakończeniu pracy nie myślałam o niej. Teraz, jako przedsiębiorczyni, wiem, że jeśli coś się zepsuje – na przykład system płatności w niedzielę wieczorem – to niezależnie od dnia tygodnia czy godziny, muszę usiąść do komputera i to naprawić. Tak to przynajmniej wygląda teraz, w chwili, gdy o tym rozmawiamy. Zwłaszcza jeśli nie mam zespołu, który może to przejąć. Chociaż prawda jest taka, że są po prostu sprawy, które muszę załatwić sama.
Pierwszy rok prowadzenia firmy był zupełnym chaosem – wszystko kręciło się wokół mnie, od rana do nocy. Miałam poczucie, że ciągle muszę być dostępna, że ciągle trzeba coś robić. Nie wyznaczałam sobie godzin pracy, nie miałam żadnych granic. Z czasem to się zmieniło. Teraz pracuję od 9 do 15. To była świadoma decyzja – przestałam umawiać spotkania wieczorami, prowadzić live’y czy webinary po godzinach. Jasne, zdarzają się wyjątki, ale na co dzień staram się zamykać komputer o 15:30 i wracać do swojego życia poza pracą.
Nie ukrywam – bardzo lubię pracować. Kocham to, co robię. Ale też coraz bardziej zależy mi na tym, żeby pracować mniej i “żyć więcej”. Mieć przestrzeń na spędzanie czasu w miejscach, które mnie inspirują, i budować codzienność, jaką sobie wizualizuję. Chcę delegować jak najwięcej zadań, a dla siebie zostawić to, co sprawia mi największą frajdę – pracę kreatywną, rozwój, testowanie, praktykowanie. Nawet jeśli moim celem jest pracować mniej, to nie wyobrażam sobie życia bez pracy.
Czy Twoje media społecznościowe same w sobie generują dla Ciebie przychody, czy raczej traktujesz je jako narzędzie do promocji platformy i sprzedaży produktów edukacyjnych?
Głównym celem mojej działalności w tym momencie jest rozwój platformy Biznes na Insta i jej skalowanie, ale znając siebie za kilka miesięcy może być już inny. Obecnie moje media społecznościowe są mocno ukierunkowane na sprzedaż — treści typowo budujące markę osobistą były wcześniej, teraz skupiam się na konkretnych działaniach, które mają przynieść sprzedaż. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie chcę już edukować za darmo na Instagramie. Jeśli ktoś szuka wiedzy – zapraszam na platformę i do zakupu mojego produktu.
Przeszłam do strategii ciągłej sprzedaży, bo ona działa. Ale z perspektywy czasu widzę, że zaniedbałam przy tym nowych odbiorców. Ktoś, kto trafia na mój profil po raz pierwszy, widzi głównie sprzedaż i może nie wiedzieć, o co chodzi. To wszystko jest procesem. Przez ostatnie dwa lata cztery razy zmieniałam niszę, w której działam i cały czas testuję, szukam, nie boję się zmian.
Jeśli chodzi o same funkcje monetyzacji na Instagramie – nie jest to miejsce, które realnie pozwala zarabiać twórcom edukacyjnym. Funkcja „prezentów” to – mówiąc brutalnie – grosze, symboliczna zapłata, która nie ma znaczenia, jeśli nie jesteś influencerem z milionowymi zasięgami. Przez pewien czas korzystałam z opcji subskrypcji, jednak prowizje Instagrama i Apple Store pochłaniały niemal połowę przychodu. W efekcie zamiast 4000 dolarów na koncie pojawiało się jedynie około 2000… Dla osób z ogromną społecznością może to mieć sens, ale w pewnym momencie zaczynasz dostrzegać, że oddajesz za dużo.
To między innymi dlatego powstała moja platforma. Miałam społeczność zainteresowaną moimi treściami, tylko nie chciałam już dzielić się nimi na warunkach stawianych przez Instagram.
W jaki sposób obecnie monetyzujesz swoją działalność online?
Dziś zarabiam głównie na sprzedaży produktów edukacyjnych, cyfrowych, dostępie do platformy. Cały model opiera się na sprzedaży zautomatyzowanej. Miałam momenty, kiedy sprzedawałam mało, były też takie, kiedy sprzedawałam bardzo dużo. Teraz moim celem jest wyskalować to jeszcze lepiej, tak, żebym mogła nawet wyjechać, przestać pracować operacyjnie, a sprzedaż i tak się toczyła.
Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na automatyzację, była też męcząca forma okien sprzedażowych. Niby co trzy miesiące były skoki sprzedaży, ale przez dwa poprzedzające miesiące byłam wykończona przygotowaniami. Chciałam to zmienić. I udało się.
Czy uważasz, że taki model jest dostępny dla każdego, niezależnie od skali marki?
Zdecydowanie tak. Ostatnio zapytałam moich kursantów, ile ich zdaniem można zarobić na produkcie za 89 zł, którego nie promuje się ani w sklepie, ani w postach, tylko daje mu się 30 zł budżetu dziennie na reklamę. Jedna z osób odpowiedziała, że „to zależy, czy jesteś znany”. A ja uważam, że to nie ma znaczenia. Można zacząć mając dwóch obserwatorów, można dwudziestu — to nie zasięgi decydują. Ważny jest pomysł, system i konsekwencja. Sprzedawać może każdy, kto dobrze poukłada proces.
Jakie masz plany na przyszłość?
Chciałabym dalej rozwijać platformę Biznes na Insta i maksymalnie zautomatyzować sprzedaż. Zależy mi na tym, żeby Instagram był miejscem, w którym mogę się bawić, wrzucać to, co chcę, budować markę osobistą – bez ciśnienia, bez konieczności działania w trybie okien sprzedażowych. Planuję też mocniej delegować zadania, otaczać się zespołem, z którym się dogaduję i który pomaga mi realizować moje cele. Zależy mi na tym, żeby stworzyć przestrzeń na nowe projekty – takie, które naprawdę mnie ekscytują.
Zaczęłam podcast, więc chciałabym także, żeby mój kanał na YouTube się rozwinął. Wychodzę na inne platformy i zależy mi, żeby one też dotarły do nowych osób.
Co powiedziałabyś osobom, które dopiero zaczynają swoją drogę w monetyzowaniu działalności w mediach społecznościowych?
Jest teraz ogromna ilość darmowych treści, od których można zacząć. Naprawdę warto się zastanowić, co sprawia Ci frajdę, jak możesz to sprzedać i w jakiej formie – i po prostu próbować. Na początku to często wygląda bardzo chaotycznie, ale to normalne.
I życzę Wam, żebyście byli wśród ludzi, którzy rozumieją Wasze cele i Was wspierają. Tylko że często tak nie będzie – nie dlatego, że ktoś Wam źle życzy, ale dlatego, że po prostu tego nie rozumie. Dlatego tak ważne jest, żeby znaleźć osoby, które są już w miejscu, w którym Ty chcesz być za pół roku czy rok – i mieć z nimi kontakt. To była jedna z rzeczy, które zmieniły u mnie bardzo dużo.
Niedawno mówiłam moim odbiorcom: szukaj miejsc, w których nie jesteś najmądrzejszy w pokoju. Bo jeśli jesteś, to nie rośniesz – tylko pomagasz innym, wspierasz, ale sam niewiele z tego wynosisz. Oczywiście balans jest ważny, ale warto wychodzić do ludzi, którzy mają większe doświadczenie, więcej osiągnęli, żyją życiem, które Ty też chciałbyś prowadzić. Takie rozmowy są bardzo inspirujące – często dostajesz dzięki nim konkretne wskazówki i nową motywację do działania.
