fbpx

Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

“W podcastach jestem zawsze na drugim miejscu. Albo tuż za Myszką, albo za Okuniewską” – wywiad z Justyną Mazur

  z dnia: 17 listopada 2021

Justyna Mazur

– Kilka lat przed tym, jak wystartowałam z podcastami, odpuściłam sobie przy blogu. Miałam już pierwsze sukcesy i współprace, co pozwoliło mi przetrwać pół roku na “bezrobociu”. Ale później poszłam do pracy, “dla bezpieczeństwa”. Zamiast rozwijać siebie i swoje pasje przez całe dnie, rozpoczęłam niesatysfakcjonujący etat za 3 tys. złotych miesięcznie. I blog zszedł na dalszy plan, a ja nie dostałam już drugiej szansy. Jeśli mamy przeczucie, że się uda, to warto zacisnąć pasa, może zaoszczędzić trochę pieniędzy i skoczyć na główkę” – mówi Justyna Mazur, autorka podcastów (w tym m.in. audycji kryminalnej “Piąte: Nie zabijaj”), blogerka i autorka książki “Małe końce świata”.


Bartek Przybyszewski: Niedawno wydałaś swoją pierwszą książkę, “Małe końce świata”. Jak się czuje świeżo upieczona debiutantka?

Justyna Mazur: Bardzo fajnie się czuję. Jestem dumna, że ta książka powstała po mojemu. Bo z początku miała zostać wydana w klasycznym wydawnictwie, ale wtedy straciłabym kontrolę nad wieloma decyzjami dotyczącymi papieru, okładki, ilustracji… Dzięki temu, że zdecydowałam się na selfpublishing, “Małe końce świata” wyglądają idealnie. Dokładnie tak jak chciałam.


No właśnie, kiedy zdecydowałaś się na selfpublishing?

Wtedy, gdy oddałam wydawnictwu książkę, a oni stwierdzili, że jej nie wydadzą (śmiech). 


Dlaczego?

Dostałam feedback, że książka jest beznadziejna i że nie spełnia standardów wydawnictwa. Co mnie strasznie podminowało, bo sama wiem, że “Małe końce świata” są dobre i potrzebne. Pracowałam nad nimi tak długo i cała ta robota ma iść do szuflady? Zaczęłam szukać innego wydawnictwa, a moja menadżerka, Marta, zapytała: “Czemu nie wydasz tego sama? Zarobisz więcej i będziesz miała wpływ na każdy, nawet najmniejszy aspekt książki”.

Marta miała już doświadczenia związane z publikacją selfpublishingową u jej innej klientki, Joanny Okuniewskiej. Jednocześnie poleciła mi usługi IMKER, z czego jestem bardzo zadowolona. Oni proponują twórcom niemalże kompleksowe usługi – logistykę, magazynowanie, wysyłkę. Mogłam przyjechać i podpisać część nakładu, poznałam właścicieli, czyli Ewę i Krzysztofa Bartników. Jako twórczyni czuję się w IMKER po prostu zaopiekowana.


Zarobiłaś więcej niż zarobiłabyś dzięki tradycyjnej drodze wydawniczej?

Powiem tak: w wydawnictwie za każdy sprzedany egzemplarz miałam zarobić po 2 złote brutto. To było około 5 proc. od ceny. Wyliczyłam, że przy pierwszym nakładzie zarobiłabym maksymalnie około 16 tysięcy złotych. Plus zyski z audiobooka, chociaż z tym był problem i musiałam to negocjować. Wiedziałam, że muszę zdecydować się również na tę formę, bo przecież ludzie kojarzą w pierwszej kolejności mój głos. I wyobraź sobie, że dla wielu polskich wydawnictw koszt 4 tys. złotych za realizację audiobooka był nie do przejścia. No to o czym my tu rozmawiamy?

Małe końce świata


Ile finalnie sprzedałaś?

Pierwszy nakład – 5 tys. egzemplarzy – zszedł prawie cały, zostało kilkadziesiąt sztuk. Domówiony jest drugi – 5 tys. książek. I jeszcze sprzedało się 10 tys. audiobooków. Więc gdybym mogła trafić na listę bestsellerów Empiku, to pewnie bym trafiła.


A jak twoje zarobki mają się do tej maksymalnej kwoty, którą wzięłabyś w wydawnictwie?

Szacuję, że zarobiłam pięciokrotnie więcej.


Wydawnictwu twoja książka się nie podobała, a jaki był feedback od czytelników?

Dostaję wiadomości, że książka towarzyszy im w trudnych chwilach. I świetnie, bo dokładnie o to mi chodziło – żeby powiedzieć komuś: nie jesteś sam, nie jesteś sama.

Jestem z siebie dumna. Bo to było jednak ogromne wyzwanie. Czym innym jest pisanie krótkich form, a czym innym książka na prawie 300 stron, która musi mieć jakiś zamysł i być spójna. A zarazem nie może być czytadłem, tylko czymś, co niesie ze sobą pewien ładunek emocjonalny. Czymś, co może komuś pomóc.


Piszesz o momentach granicznych w życiu każdego człowieka. Bazę czytelników budowałaś przez lata jako blogerka i influencerka. Jaki był twój moment graniczny – czyli ten, w którym stwierdziłaś, że nie chcesz być na etacie, a zamiast tego będziesz się chciała utrzymać z bycia influencerką?

Gdy prowadziłam już dwa podcasty, to jeszcze pracowałam na etacie w agencji reklamowej – normalna biurowa robota od 9 do 17. To było jedno z najbardziej toksycznych miejsc, w których w życiu byłam. Nabawiłam się w nim wypalenia zawodowego i stanów lękowych. W którymś momencie dostałam zwolnienie psychiatryczne, żebym sobie po prostu odpoczęła. To było latem, spędziłam kilka tygodni sama ze sobą robiąc tylko te rzeczy, które sprawiały mi przyjemność i przynosiły satysfakcję. Gdy po tym okresie wróciłam do agencji, powrócił chaos, presja, stres. Po dwóch tygodniach złożyłam wypowiedzenie.


Ulga?

Wielka. Ale i trochę niepokoju, bo to był skok na głęboką wodę, nie byłam specjalnie zabezpieczona – nigdy nie miałam oszczędności. Na szczęście gdy tuż po złożeniu wypowiedzenia powiedziałam słuchaczom, że rzuciłam pracę, jeden z nich szybko zaproponował mi zdalną posadę copywriterki. Przyjęłam tę propozycję i odkryłam, że praca może być wygodna, a nie frustrująca! A jeszcze później zauważyłam, że wyciągam na tyle duże pieniądze z samych podcastów, że mogę poświęcić się tylko im. Miałam więc bardzo “miękkie” przejście od etatu do profesjonalizacji działalności internetowej.


Osób takich jak ty kiedyś – rozrzuconych po koszmarnych agencjach reklamowych, pracujących na demotywujących posadkach, wypalonych i tworzących na boku coś swojego – jest na pewno w Polsce mnóstwo. Co byś doradziła komuś, kto zastanawia się nad rzuceniem etatu i zajęciem się tym, co kocha?

Moim zdaniem trzeba spróbować. Bo jak się tego nie zrobi, to już zawsze będzie się miało w głowie pytania “czemu nie spróbowałem?” albo “dlaczego nie skorzystałam z okazji?”. Przecież nawet, jeśli nie wyjdzie, to po takim ruchu zawsze można wrócić do pracy na etacie. A koniunktura na twój podcast może już nie wrócić, to może być jednorazowa szansa.

Kilka lat przed startem moich podcastów odpuściłam sobie przy blogu. Miałam już pierwsze sukcesy i współprace, co pozwoliło mi przetrwać pół roku na “bezrobociu”. Ale później poszłam do pracy, “dla bezpieczeństwa”. Zamiast rozwijać siebie i swoje pasje przez cały dzień, rozpoczęłam niesatysfakcjonujący etat za 3 tys. złotych miesięcznie. I blog zszedł na dalszy plan, a ja nie dostałam już drugiej szansy. Jeśli mamy przeczucie, że się uda, to warto zacisnąć pasa, może zaoszczędzić trochę pieniędzy i skoczyć na główkę. A jeśli tym czymś, co tworzysz na boku jest podcast, to zwłaszcza teraz jest dobry moment na pójście w to głębiej.


No właśnie, podcastów pojawia się coraz więcej. Cieszy cię to czy niepokoi?

Czuję oddech na plecach, ale nie stresuje mnie to. Jeśli jest gdzieś ktoś lepszy ode mnie – a na pewno jest – to trudno, niech tworzy. Staram się po prostu robić swoje, a jeśli ktoś mnie prześcignie, to trudno. Ja też kiedyś kogoś prześcignęłam. Internet jest tak pojemnym miejscem, że starczy miejsca dla każdego.


Już teraz mocno konkurujesz z Marcinem Myszką z podcastu „Kryminatorium”, również truecrime’owego.

Tak, Marcin był pierwszym Polakiem, który totalnie sprofesjonalizował swoje audycje. On pierwszy miał grupę researcherów czy montażystów. I on zainspirował mnie do tego, żeby zlecić część procesu innym ludziom. A to nie była łatwa decyzja, bo… no, lubię mieć kontrolę.

Ja się w ogóle zawsze śmieję, że w podcastach jestem zawsze druga: albo po Myszce, albo po Okuniewskiej. Ale szczerze powiedziawszy przyjmuję to z godnością, to srebro jest naprawdę w porządku (śmiech).


Uważasz, że rynek podcastowy będzie rósł w najbliższych latach?

Myślę, że tak. I nie słuchałabym fatalistów, którzy twierdzą, że to się zaraz skończy albo że bańka pęknie. Pięć lat temu różni specjaliści przewidywali, że skończy się YouTube – i dziś wiemy, że nie mieli racji.


Dziesiątki lat temu byli i tacy, którzy przewidywali koniec radia, bo ludzie będą woleli oglądać niż słuchać. A radiostacje nie dość, że istnieją i mają się dobrze w XXI wieku, to jeszcze powstały podcasty – forma mocno zbliżona do tego medium.

Tak, przecież podcasty to takie radio-on-demand. Cieszę się, że ludzie słuchają więcej niż kiedyś właśnie dzięki podcastom. Ten rynek będzie w Polsce zbliżał się do tego, jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych – profesjonalizacja będzie postępowała, będzie coraz więcej reklamodawców i współprac.


Czy dziś jest ich wciąż za mało?

Tak, choć sytuacja się poprawia. W ogóle Polsce opcja zarabiania na podcastach jest mocno ograniczona. Zarabianie na wyświetleniach umożliwia YouTube, ale to nie jest platforma dedykowana formom audio. Można się więc opierać na współpracach i na Patronite. A fajnie by było, gdybyśmy mogli zarabiać przez Spotify w sposób pasywny – tylko dlatego, że ludzie nas słuchają. Jak youtuberzy.


Tobie jednak udaje się zarabiać na YouTube.

Tak, część moich podcastów na tej platformie ma wyświetlenia idące w dziesiątki tysięcy. Z tego w dużej mierze żyję.


Z czego jeszcze?

Ze współprac i Patronite’a. Poza tym zdarzają się pojedyncze akcje, np. sprzedaż odcinków na platformę Empik Go. Nagrałam dla Empiku 9 epizodów podcastu kryminalnego na wyłączność. Dostałam za to wynagrodzenie. A ostatnio zrobiłam testowo jeden odcinek płatny na platformie IMKER. Jego wyniki przeszły wszelkie oczekiwania. Spodziewałam się, że łącznie zarobimy na nich jakieś 40 tysięcy złotych. Przy czym ja deklarowałam, że za każdy sprzedany odcinek przekażę połowę kwoty – 5 złotych – fundacji La Strada. I pod koniec września zrobiłyśmy podsumowanie – puściliśmy im przelew za 85 tysięcy…


Czyli polski odbiorca jest przygotowany na to, żeby regularnie płacić za treści?

Moim zdaniem jeszcze nie.


Jakie były reakcje twoich słuchaczy na konieczność zapłaty?

Dwojakie. Z jednej strony entuzjastyczne: super Justyna, go for it, należy ci się za twoją pracę. No i dochodził szczytny cel, co też się ludziom spodobało. I była druga grupa, zbulwersowana rzekomym „żerowaniem na cudzej tragedii”. Byli też tacy, co pytali, czemu wspieram fundację związaną z Sorosem (śmiech).

Ale finalnie było warto. Uważam, że powinniśmy przełamywać tabu monetyzowania swojej pracy. Influencer czy twórca nie jest nic nikomu winien. Powinien być odpowiedzialnym twórcą i mówić prawdę. I nie jestem nikomu winna nic więcej. A dodatkowo przecież ten odcinek był dobrowolny. Jak nie chcesz, to nie słuchaj.


Sama ogarniasz biznesową stronę swojej działalności?

Nie, u mnie w ogóle słabo jest z takim czysto biznesowym podejściem, budowaniem spójnego wizerunku, itd. To załatwia za mnie moja menadżerka, wspomniana wcześniej Marta. Od dwóch lat pracujemy razem i jestem przekonana, że nie byłoby mnie taką, jaka jestem teraz, gdyby nie ona. Ja mogę być sobą i skupić się na tworzeniu, a ktoś inny ogarnia biznesy.


Jakie koszty ponosisz oprócz pensji wypłacanych za menedżment, montaż i research?

Choćby serwery, banki muzyki – bo korzystam z kawałków, które są dość drogie. Tworzą ją twórcy tacy jak Tony Anderson czy Luke Counsel. Uwielbiam ich, ale to koszt ok. 300 dolarów miesięcznie. Czyli jakiś tysiąc złotych. Dochodzą opłaty za różnego rodzaju licencje: na program montażowy, do obróbki zdjęć… No i sprzęt – mam cztery mikrofony, które łącznie kosztowały kilka tysięcy. A jeszcze kable, przetworniki, preampy… Część to były koszty jednorazowe, ale musiałam jednak zapłacić. Obecnie miesięcznie to jest jakieś 1700 złotych. Ale wychodzę na plus. Chociaż jak mi niedawno YouTube zdemonetyzował treści z powodu korzystania z wyrazu „zbrodnia”, to musiałam stoczyć z nimi niezłą batalię, bo te wyświetlenia to moje podstawowe źródło dochodu. Patronite przeznaczam w całości dla mojej siostry, która przejęła montaż i research.


Nie niepokoi cię ten YouTube? Wielu twórców ma problem z demonetyzowaniem naprawdę niewinnych treści i tracą zarobki praktycznie z dnia na dzień.

Właśnie mnie wystraszyłeś (śmiech). A poważnie: nie myślę o tym. W razie czego mam inne platformy, na których zarabiam lub mogę zarabiać więcej. No i mam współprace. Weźmy najgorszą ewentualność – że mój kanał znika z YouTube’a. Wtedy i tak zostaje przy mnie wierne grono słuchaczek i słuchaczy. Nie jestem youtuberką, poradziłabym sobie.


Czy na wszystkich podcastach zarabiasz tak samo?

Na „Piąte: Nie zabijaj” zarabiam najwięcej stale, ale najmniej projektowo. Współprac najwięcej mam w pozostałych podcastach – tam firmy chętniej się lokują.


Czy od początku planowałaś zarabianie na podcastach?

Absolutnie nie, najpierw to była zajawka. Początkowo nie wiedziałam praktycznie nic o podcastach. Do tego stopnia, że zdarzało mi się mylić słowa “bootleg” i “podcast”… Więc w ogóle nie myślałam o monetyzacji. Po co ktoś miałby się lokować w audycji, której nikt nie słucha? Jak pokazać produkt, jeśli nie można umieścić w treści jego zdjęcia? Takie miałam wątpliwości.


Do dziś polscy youtuberzy mają nieporównywalnie wyższe zasięgi niż nawet najlepsi podcasterzy. Nie kusiło cię, żeby pójść w wideo?

Może był moment, w którym się nad tym zastanawiałam, ale szybko stwierdziłam, że byłoby przy tym tak dużo roboty, że nie miałoby to większego sensu. Zresztą nauczyłam się tego, żeby się nie porównywać z innymi twórcami internetowymi. A jeśli już to robię, to tylko z innymi podcasterami i podcasterkami.


Czemu nie lubisz się porównywać?

Demotywuje mnie to. I frustruje, gdy nie mogę przekroczyć pewnego pułapu wyświetleń. Wolę więc tego nie robić i nie mieć zbyt dużych oczekiwań w stosunku do zasięgów. Wtedy mogę się tylko pozytywnie zaskoczyć.


Co zajmuje ci najwięcej czasu przy tworzeniu podcastów?

Zdecydowanie research do kryminalnych audycji. Są tematy, które mogę zresearchować w kilka godzin, a inne wymagają dwóch-trzech tygodni pracy. Im lepiej udokumentowana jest dana sprawa, tym więcej jest roboty – trzeba obejrzeć mnóstwo filmów, przeczytać masę artykułów, poszukać książek.


A montaż?

Kiedyś był uciążliwy, ale tu na szczęście, jak już wspomniałam, wyręcza mnie siostra, która to lubi. Ja montażu nie cierpiałam. I zdarzało mi się się popełniać błędy, raz na przykład nie wycięłam beknięcia… Jestem perfekcjonistką, więc wyobraź sobie, jak się z tym czułam.


Ten perfekcjonizm pomaga ci w tworzeniu, czy przeszkadza i wkurza?

W tworzeniu przeszkadza, ale pomaga w odbiorze. To, że od początku jakość moich audycji była bardzo wysoka, od razu je wyróżniało na tle większości. Jakość merytoryczna była dla mnie zawsze kluczowa – nigdy nie pozwoliłam sobie na coś takiego, żeby nie dać z siebie wszystkiego. Jeśli ktoś wytknie mi, że nie poruszyłam jakiegoś wątku i okazuje się, że to przez moją nieuwagę, to… no, ciężko mi z tym. Mój perfekcjonizm to coś, czego nie potrafię odpuścić. Nawet, jeśli odbija się to na częstotliwości.


A jesteś control freakówą?

Montażu po mojej siostrze nie sprawdzam… Ale research już tak. I nie przyczepiam się do szczegółów, tylko chciałabym, żeby nauczyła się myśleć jak ja i baaardzo głęboko wchodzić do króliczej nory. Rozumiem jednak, że ona w tym siedzi od roku, podczas gdy ja fascynuję się tymi tematami od lat kilkunastu. Ale pracuje nam się świetnie.

Więc odpowiadając na twoje pytanie – lubię mieć kontrolę, ale zdaję sobie sprawę z tego, że będę musiała oddawać coraz więcej i więcej pola. Mam plan budowy imperium podcastowego i nie uda mi się to, jeśli nie oddam części obowiązków. Jeśli najpierw musisz zrobić research, później nagrać, a na koniec jeszcze obrobić i rozdystrybuować, to ilość pracy zaczyna się robić przytłaczająca.


W “Piąte: Nie zabijaj” skupiasz się momentami na bardzo ponurych sprawach. Dołują cię czasem twoje tematy?

Są takie odcinki, po których musiałam odpocząć. Jeden był o małym dziecku zagłodzonym przez rodziców i wyrzuconym do stawu. To był jedyny materiał wideo, jaki zrobiłam, bo pojechaliśmy wtedy do miejsc związanych ze sprawą. Potem przez kilka tygodni nie byłam w stanie niczego nagrać. Po tym odcinku wiem, że raczej nie będę chciała nagrywać spraw dotyczących dzieci. To dla mnie za duży koszt emocjonalny.


Czemu to sobie robisz?

Bo w zbrodniach wciąż najbardziej interesują mnie aspekty psychologiczne i socjologiczne. To fascynująca łamigłówka: jak to się dzieje, że zwyczajny pan Bartłomiej Przybyszewski z dziennikarza może zmienić się w mordercę? Jak do tego doszło, że jednego dnia przeprowadza wywiad, a drugiego trafia na ławę oskarżonych? To niezwykle interesujące.


Miewasz problemy z empatią dla sprawców?

Przy wspomnianym odcinku z martwym dzieckiem nie miałam krzty zrozumienia dla sprawców.


Osądzałaś ich w głowie?

Czasem osądzam sprawców i sprawczynie, a czasem ich otoczenie. Patrzę na matki, ojców, babcie, dziadków i włącza mi się myślenie: „ludzie, ogarnijcie się, przecież to się musiało tak skończyć”. Ale nawet, jeśli nie mam ani trochę empatii, to staram się zrozumieć, czym osoba mogła się kierować. Jedno z drugim nie musi się kłócić. Uważam, że zbrodnia jest zawsze zła, ale też każdy jest do niej zdolny, jeśli zostanie postawiony przed konkretnymi okolicznościami, w konkretnej sytuacji.


W takim potocznym dyskursie jest bardzo niewiele zrozumienia dla sprawców najcięższych zbrodni. Według badania zleconego w tym roku przez Ministerstwo Sprawiedliwości, 43 proc. Polaków chciałoby przywrócenia kary śmierci, 41 proc. jest przeciwko takiemu rozwiązaniu. Wprowadzenie kary chłosty dopuszczałaby ponad 1/5 rodaków.

Ludzie często postrzegają różne sytuacje w nieco uproszczony sposób, nie patrząc na okoliczności. A przecież zbrodnia zbrodni nierówna, nawet jeśli kategoria czynu jest ta sama! Są takie przestępstwa, które były popełniane przez osoby mocno zaburzone lub upośledzone. Są też takie popełniane w efekcie wielu lat tortur psychicznych czy fizycznych.


Czytasz czasem komentarze w stylu: “O rany, co ta Mazur się tak lituje nad tymi zwyrodnialcami, po co ta litość”?

Czytam. Szczególnie kontrowersyjnym był odcinek, w którym mąż zabił żonę prawie na oczach dzieci i dostał bardzo niską karę. Brzmi to jak klasyczna historia z cyklu: przemoc domowa, sadystyczna głowa rodziny. A okazało się, że on od lat był ofiarą przemocy psychicznej ze strony żony. Ona się nad nim po prostu pastwiła. A do zbrodni doszło, gdy po rozstaniu zaprosiła go po jego rzeczy i doprowadziła do sytuacji, w której zastał ją i jej nowego partnera w łóżku.

Gdy on się rozpłakał i wyznał jej miłość, ona wzięła ich wspólne zdjęcie i podarła na jego oczach. To był taki trigger, że facet chwycił za nóż, dźgnął ją i od razu zadzwonił na pogotowie, a następnie oddał się w ręce policji. Czy to sytuacja jednoznaczna? Moim zdaniem nie. Oczywiście doszło do zbrodni i nie uważam, że ofiara była odpowiedzialna za to, że straciła swoje życie. Ale empatię dla sprawcy jestem w stanie wykrzesać.

Bartek Przybyszewski
Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski - dziennikarz, PR-owiec, miłośnik komiksów i filmów, student filmoznawstwa. Prowadzi bloga "Liczne rany kłute" (www.fb.com/liczneranyklute). Pisał m.in. dla Onetu, Gazety.pl, Wirtualnej Polski, Popmoderny.