Tworzenie książki daje mi poczucie sprawczości – wywiad z Mateuszem Żłobińskim

  z dnia: 6 marca 2023

– Przyjemnością było dla mnie tworzenie pierwszej książki o bilansowaniu diety i generalnie o tym, które pokarmy są wartościowe, a które nie. Pisałem ją kilkanaście miesięcy. Zawsze po przyjściu z pracy do domu, czyli około godziny 19:00, robiłem godzinną przerwę i zabierałem się do roboty. Zazwyczaj kończyłem o 24:00 – wspomina Mateusz Żłobiński, autor bloga Salaterka.pl, na którym dzieli się przepisami i wiedzą o zdrowym odżywianiu.


W tym artykule przeczytasz o:

Na swoim blogu wspominasz, że nie zawsze wiedziałeś, jak zdrowo jeść. Co zmotywowało Cię do zmiany stylu życia?

Gdy byłem dzieckiem, to w zasadzie nie wyobrażałem sobie życia bez sportu. Podczas studiów wszystko się zmieniło. Przestałem się ruszać, ważyłem 100 kg przy wzroście 172 cm, moje zdrowie podupadło i dodatkowo miałem nerwicę natręctw. W tamtym okresie praktycznie nie miałem sił, żeby funkcjonować. Zacząłem szukać jakiegoś rozwiązania. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to bieganie. Przeczytałem nawet na ten temat dwie książki. Czułem się gotowy mentalnie, jednak mój organizm odmówił współpracy. Już w drodze na pierwszy trening biegowy mój pulsometr wskazał, że powinienem się zrelaksować, a gdy w końcu doszedłem do parku, to moje tętno osiągnęło maksymalny poziom. Wtedy wiedziałem, że jest już naprawdę źle.

To też był taki moment w moim życiu, w którym zrezygnowałem z mięsa z powodów etycznych. Chciałem zmniejszyć ilość cierpienia do którego się przykładam, a przy okazji założyłem, że dieta roślinna jest zdrowa i pomoże mi schudnąć. I faktycznie tak się stało – zrzuciłem 30 kilogramów, zacząłem biegać, a dodatkowo całkiem szybko rzuciłem palenie. Jednak cały czas nie wiedziałem, czy dobrze bilansuję swoją dietę. Już wtedy dość mocno interesowałem się dietetyką i czytałem różne podręczniki tematyczne – ale teoria jest teorią, a mi każdej nocy śniło się, że wypadają mi zęby z braku wapnia. Z wykształcenia jestem informatykiem, więc umysł mam mocno ścisły, dlatego od razu zacząłem szukać metody, która pozwoliłaby mi porównać ze sobą produkty pod względem zawartości składników odżywczych. Gdy już ją znalazłem, to okazało się, że dietę roślinną naprawdę łatwo zbilansować, a warzywa to w zasadzie bogactwo wartości odżywczych.

Uznałem, że warto się tym odkryciem podzielić z innymi, więc wszystko opisałem na blogu. Ze zdziwieniem obserwowałem, jak moi czytelnicy domagają się ode mnie wydania książki. Stwierdziłem wtedy, że w sumie to fajna sprawa i warto spróbować. Moja droga była o tyle prostsza, że choć z wykształcenia jestem, dość słabym, ale jednak informatykiem, to pracowałem też jako grafik komputerowy. Mogłem więc sobie i wszystko poobliczać, ale też złożyć graficznie książkę. Wcześniej zajmowałem się składaniem katalogów graficznych dla marketów, więc było to dla mnie dość łatwe zadanie.


Informatyka a dietetyka. Dość duży przeskok.

To prawda, przeskok był bardzo duży. Co ciekawe, na studiach informatycznych wybrałem specjalizację związaną z grafiką komputerową 3D i mówiąc nieskromnie – byłem w tym naprawdę dobry. Po roku studiów, gdy pracowałem jeszcze nad swoim filmem animowanym, znalazłem pracę w branży. Po dwóch miesiącach stwierdziłem, że to jednak nie jest dla mnie. Wiedziałem, że nigdy nie otworzę własnej firmy – do tego potrzebne jest i wielkie studio i duże nakłady finansowe. Nie chciałem być zależny od innych i postanowiłem się przebranżowić – poszedłem w grafikę 2D. Wbrew pozorom, to są całkowicie dwie różne rzeczy, więc zacząłem wszystko od nowa, z myślą, że pięć lat studiów informatycznych i późniejsze lata doszkalania w grafice 3D poszły, delikatnie mówiąc, na marne. Z perspektywy czasu, była to dobra decyzja. Dzięki grafice 2D nauczyłem się masy rzeczy, które bardzo często wykorzystuję w obecnej pracy. Jak widać, w życiu nic nie jest pewne, dlatego skończyłem zafascynowany dietetyką. Mówiąc poważnie, to najważniejsze jest dla mnie, aby robić coś, co sprawia mi frajdę, a przy okazji dobrze wykorzystywać umiejętności, które posiadam.


Czy zauważyłeś różnicę w odbiorze przez ludzi przed i po schudnięciu?

Generalnie bardzo często oceniamy po okładce, ale osobiście nie odczułem nic takiego. Może to jest też kwestia nastawienia. Ja miałem podejście, że w każdym momencie mogę schudnąć. Jednak wiem, że istnieją programy dotyczące odchudzania, w których wmawia się uczestnikom, że już zawsze będą nosić łatkę osoby otyłej. Paranoja – to tak jakby wmawiać dziecku, że całe życie będzie głupie, bo nie nauczyło się chodzić przed swoimi pierwszymi urodzinami.


Kultura diety jest cały czas obecna w mediach.

Dokładnie. Szczególnie w mediach społecznościowych, na których często pokazujemy przekłamany obraz. Można nauczyć się tak pozować, że zawsze będzie się wyglądało super. A później człowiek patrzy w dół i mówi: kurczę, wcale tak nie wyglądam. Niby mamy świadomość, że media społecznościowe nie pokazują całej prawdy, no ale jednak – jak wchodzisz na Instagram i widzisz, że wszyscy oprócz Ciebie spędzają wspaniały czas na plaży, to mimowolnie łapiesz tego doła.


Wrócę jeszcze do tematu żywienia. Łatwo wyrobiłeś nowe nawyki?

Dopiero teraz, gdy zajmuję się tym zawodowo, lepiej rozumiem pewne rzeczy. Budowanie nawyków nie jest w ogóle związane z myśleniem przyszłościowym, ważne jest tylko tu i teraz. Mówiąc inaczej, wszystko co robimy w życiu i chcemy, żeby zostało z nami na stałe, musi być po prostu przyjemne. Dlatego o wiele łatwiej zbudować nawyk jedzenia frytek, niż zdrowego, pełnowartościowego jedzenia. Mi zmiana nawyków żywieniowych po prostu sprawiała przyjemność – to pewnie wynikało też z tego, że gdy zrzuciłem 30 kg, to automatycznie lepiej się poczułem. Pewnie gdybym ważył 75 kg i bym schudł 5 kilo, to bym już takiej różnicy nie zobaczył. Dodatkowo, miałem bardzo dużą chęć zmiany świata. Zależało mi na tym, żeby inni zobaczyli, że dieta roślinna jest wartościowa. Była we mnie też duża niezgoda na to, co się dzieje ze zwierzętami. To wszystko dawało mi naprawdę dużego kopa do działania.

Przyjemnością było dla mnie też tworzenie pierwszej książki o bilansowaniu diety i generalnie o tym, które pokarmy są wartościowe, a które nie. Pisałem ją kilkanaście miesięcy. Zawsze po przyjściu z pracy do domu, czyli około godziny 19:00, robiłem godzinną przerwę i zabierałem się do roboty. Zazwyczaj kończyłem o 24:00.


Większość osób, które znam, wolałaby poświęć czas wolny na relaks.

Dokładnie. Dla mnie pisanie książki było przyjemnością, w sumie trochę relaksem, więc przerodziło się to w codzienny nawyk. Dlatego też jeżeli chcemy np. więcej się ruszać, to warto spróbować różnych sportów i wybrać taki, który nam najbardziej odpowiada, a nie ten, który jest obecnie najbardziej popularny.


Trudno było ci przejść na dietę roślinną?

Na samym początku mojej przygody z weganizmem myślałem, że nie będę mógł nic jeść. Okazało się jednak, że właściwie nie ma żadnej różnicy. Co prawda, musiałem nauczyć się gotować nowe rzeczy, ale to nie było trudne. Wystarczyła kasza, strączki i jakieś proste warzywa. Muszę się też przyznać, że przez obecny, szeroki wybór wegańskich słodyczy w sklepach jest mi trochę trudniej. Coraz częściej muszę powstrzymywać się przed ich zakupem. Kiedyś nie było takiego problemu.


Czego nie może zabraknąć w Twojej diecie?

Warzyw – bez nich, to nie wiem, co mógłbym jeść. Mówiąc jednak poważnie, to nie ma chyba takiej rzeczy, bez której nie wyobrażam sobie życia. Po zabiegu wybielania zębów nie mogłem przez 2 tygodnie jeść nic kolorowego, z przypraw też musiałam w zasadzie zrezygnować. Cała moja dieta bazowała wtedy na kaszy z brokułami. Nie był to jednak dla mnie problem nie do przeskoczenia. Dietę traktuję trochę jako drugi plan, jako coś co ma mi pomóc w życiu. Nie chcę, żeby wszystkie moje myśli krążyły wokół jedzenia.

Jeśli musiałbym wybrać, to najbardziej przydatnymi produktami w mojej diecie są strączki, które mają dużo białka i wiele innych wartości odżywczych. Bardzo lubię też produkty sojowe, owoce jagodowe czy zielone warzywa


Jak to naprawdę jest – dieta roślinna się opłaca?

To zależy. Jeżeli sezonowa, to bardzo. Teraz są tanie warzywa korzeniowe czy kapustne i to na nie warto postawić. Zrobiliśmy też kiedyś wpis o najtańszych produktach spożywczych. I wygrały właśnie te roślinne. Według obliczeń, 2000 kalorii ze strączków i fasoli to plus minus 5 złotych.

Prowadzimy też kreator jadłospisów online – Jadłodajnie. Można tam szukać przepisów budżetowych przez cały rok. Ceny są dość aktualne bo spisane w listopadzie i grudniu 2022 r. I okazuje się, że bez problemu można ułożyć jadłospis 2000 kalorii, który kosztuje nas mniej niż 30 zł na dzień. Nie wydaje mi się to bardzo wygórowaną kwotą za zróżnicowane i pełnowartościowe dania.


Masz swój ulubiony przepis?

Tak! Bardzo lubię liście limonki kaffir, one dają taki truskawkowy posmak, dodaję je do zup, np. brokułowej z curry. Często rano, gdy nie mam czasu, robię owsiankę z mlekiem sojowym i mrożonymi malinami. Lubię kakao oraz różnego rodzaju gulasze czy zupy jednogarnkowe. Generalnie, jestem dość stały w mojej diecie i często gotuję danie, które można zawekować – wychodzi po 6-7 słoików, które chowam do lodówki. Całość starcza nam na około tydzień.


Wekowanie zmienia życie.

Tak, to naprawdę jest wygodne. Ludzie kojarzą wekowanie z czymś bardzo pracochłonnym, a tak naprawdę to cała zabawa opiera się na wrzuceniu gorącego dania w słoiku na 30 minut do piekarnika na 130 ° i to tyle – mamy zawekowane danie. Jak ktoś zacznie wekować, to dopiero wtedy zaczyna się zastanawiać nad tym, ile czasu tracił na codziennym gotowaniu.

Podobnie jest z mrożeniem. Niewiele osób wie, że na przykład batoniki czy kotlety można zamrozić na bardzo długi czas. Gdy robiliśmy remont kuchni, to specjalnie kupiłem taką lodówkę, która ma pół zamrażarki a pół lodówki – właśnie po to, żeby można było faktycznie dużo rzeczy przechowywać na później.


Jaki jest najpopularniejszy mit żywieniowy o diecie roślinnej?

Chyba to, że produkty roślinne mają niepełnowartościowe białko. Żaden produkt nie ma wszystkich składników odżywczych, ale od roślin właśnie tego oczekujemy. Generalnie, żeby nam zabrakło białka to musielibyśmy po prostu albo mieć mono dietę i na przykład jeść tylko kaszę jaglaną i nic innego, albo po prostu głodować. Problem niedoboru białka jest obecnie głównie w krajach biedniejszych. Jedyna grupa produktów, która faktycznie ma mało białka, to owoce. Często jako “typowych” wegan przedstawia się osoby na diecie frutariańskiej, dla których podstawą diety są właśnie surowe owoce. Zazwyczaj takie osoby mają słabsze zdrowie i to widać – po cerze, po włosach i tak dalej.

Drugi mit dotyczy braku żelaza. Największy problem z tym mają wegetarianie, ale to dlatego, że zastępują mięso nabiałem, który jest całkowicie pozbawiony żelaza, a co więcej – obniża jego przyswajalność. Jeżeli jemy żelazo razem z produktami bogatymi w witaminę C czyli warzywami i owocami, to jego przyswajalność jest wielokrotnie większa.

Trzeci mit, to ten dotyczące bezwartościowych grzybów. Sam nie wiem, skąd pochodzi. Grzyby, po warzywach liściowych, są drugą najbardziej odżywczą grupą produktów. Małe pudełeczko pieczarek dostarcza dzienną dawkę właściwie prawie wszystkich witamin z grupy B, które wzmacniają i włosy, cerę, paznokcie i układ nerwowy.


Jakim rodzajem weganina jesteś – przekonujesz innych do diety roślinnej czy nie jest to dla Ciebie ważne?

Gdy zaczynałem być weganinem, to przez pierwsze dwa tygodnie zasadniczo wszędzie widziałem trupy, ale chyba każdy niejedzący mięsa przechodzi taki etap. Teraz wiem, jak to wszystko działa. Większość ludzi, których kocham, je mięso czy nabiał. Czy to znaczy, że są złymi ludźmi? No nie.

Nie chcę nikogo zmieniać na siłę. Jeżeli ktoś sam o to zapyta i widzę, że jest jakaś przestrzeń do rozmowy, to wtedy owszem, mogę mu podrzucić kilka wegańskich przepisów. Jednak obecnie jestem takim typem weganina, który nie lubi się przyznawać do swojej diety. Nie chcę, żeby inni czuli się oceniani w żaden sposób. Szczególnie, gdy ktoś zapyta, z jakich powodów tego mięsa nie jem. Jeżeli powiem, że z etycznych, bo nie chcę zabijać zwierząt, to boję się, że po prostu w pewnym sensie ta osoba może czuć się zaatakowana.

To jest wrażliwy temat, bo wydaje mi się, że wiele osób ma z tyłu głowy myśl, że robi coś, czego do końca by nie chciała robić. Rozumiem ludzi, którzy nie chcą rezygnować z mięsa, bo boją się tak wielkich zmian.


Niedzielny obiad u babci, czyli schabowy z ziemniakami, to tradycja, z której trudno zrezygnować. 

Dokładnie. Na szczęście dobrze przepracowałem sobie w głowie to, żeby nigdy nikogo nie oceniać.


Dostałeś kiedyś wiadomość od czytelnika, który dzięki Twojemu blogowi przeszedł na dietę roślinną?

Czasem tak, ale nie ma dużo takich osób. Przede wszystkim dlatego, że my naszą treść kierujemy raczej do osób, które już wiedzą, że chcą zmienić dietę. Nasze artykuły ich w tym tylko utwierdzają. Walczymy ze szkodliwymi mitami dotyczącymi jedzenia roślinnego, dzielimy się badaniami i pokazujemy, że dietę roślinną może świetnie zbilansować.


Co jest najtrudniejsze w prowadzeniu bloga żywieniowego? 

Najtrudniejszą rzeczą jest to, że nie ma obok Ciebie zespołu ludzi. Praktycznie cały czas pracuje się samemu. Nawet jak masz jakichś współpracowników, to i tak przeważnie działacie zdalnie. To duża strata, bo najlepsze pomysły przychodzą podczas współpracy, gdy cały zespół siedzi obok siebie. Ludzie do szczęścia potrzebują innych ludzi – nie tylko ich głosu czy wiadomości na slacku. Wydaje mi się, że brak kontaktu to łatwa droga do wypalenia zawodowego.


Czułeś się kiedyś wypalony zawodowo? 

Miałem momenty, może nie wypalenia, ale przesytu pewnymi rzeczami, przez co zaniedbałem trochę bloga. Najgorzej jest, jeżeli robisz coś non stop i nie czujesz żadnej sprawczości. Na początku, gdy 100 osób lajkuje nasze rzeczy, to jest nam fajnie, no ale później to są po prostu cyferki, które nie wpływają na wzrost motywacji. Na przykład, taki dietetyk widzi, że pacjent przychodzi, chudnie, odzyskuje zdrowie i jest zadowolony z diety. Taki pojedynczy feedback to już jest coś, co może motywować i nadać sens pracy.

Okropnym momentem było, gdy przestałem uczyć się nowych rzeczy. Miłosz Brzeziński w swoim wywiadzie opowiadał, że najgorsza praca to jest taka, w której dużo zarabiasz, ale się nie rozwijasz i robisz ciągle to samo. To trochę złota klatka, ciężko ci z niej wyjść, a robisz coś, co ci nie sprawia już żadnej przyjemności. Dlatego szukam rzeczy, których mogę się uczyć bez końca i które będą sprawiały mi radość.

Poczucie sprawczości daje mi na przykład tworzenie książki – nasza kultura lubi posiadać różne rzeczy. W pewnym momencie stwierdziłem, że będę wydawać tylko e-booki. Jednak szybko porzuciłem ten pomysł i wróciłem do książek papierowych. Jakoś pdf nie daje mi takiej dawki motywacji.


Miło jest mieć własną książkę na półce.

Dla mnie najfajniejszym etapem jest praca nad książką. Gdy ją już wydam, to czuję ekscytację w pierwszy, może drugi dzień po, a potem wszystko wraca do normalności. Kiedyś namówiłem znajomą dietetyczkę, żeby w końcu wydała książkę, Myślała o tym od dłuższego czasu, miała ją już nawet spisaną, ale obawiała się o jej sprzedaż. Postanowiła jednak to zrobić. Zapytałem ją, jak się czuje po debiucie, na co mi odpowiedziała: “całkiem normalnie”.


Dlaczego zdecydowałeś się na selfpublishing?

Chciałem na moich książkach zarabiać. Wydając pierwszą książkę wiedziałem, że pójdę w selfpublishing. Wpis Michała Szafrańskiego tylko mnie w tym utwierdził. Kiedyś miałem nawet spotkania z dwoma wydawnictwami, które chciały wznowić druk mojej pierwszej książki. Właściwie nie oferowali mi żadnych konkretów, a początkowy nakład to był 2000 egzemplarzy. Co więcej, wydawnictwa chciały zmieniać rozmiar książki, no i nie mogłoby być też spirali w jadłospisach. Nie wyobrażam sobie tego, bo właśnie dzięki tej spirali tak świetnie się gotuje z naszych przepisów.

Drugą rzeczą jest to, że jakbyśmy, załóżmy, sprzedawali w księgarni książkę, która kosztowałaby 30 zł, to za egzemplarz mielibyśmy 3 zł. Sprzedając ich 1000, mielibyśmy 3000 zł. Jak sprzedajemy samemu za 50 zł, no to zarabiamy blisko połowę tej kwoty – przy sprzedanych 1000 egzemplarzach mamy 25000 zł. To po prostu zupełnie inna suma, dzięki której możemy się utrzymać. A że jestem grafikiem, to mogę sam zaprojektować wygląd książki, nie muszę nikogo do tego zatrudniać.

Myślę też, że jest to fajna dawka motywacji i dopaminy – złożyć coś samemu od początku do końca i osiągać naprawdę dobre wyniki.


W swoim artykule o zarabianiu na społeczności użyłeś porównania “małych sklepików przeciwko centrum handlowemu”.

To jest trochę tak, że chcemy naśladować działania wielkich hipermarketów, a sami jesteśmy małym sklepikiem. Jak otworzy się wielka galeria, to ona nie musi się reklamować – każdy o niej wie i każdy do niej przyjdzie, jedyne co musi robić, to świetnie działać. Co innego jest właśnie z małym sklepem, który musi znaleźć swoją niszę, mieć produkty, które będą innych interesować i cały czas się reklamować. Z nami jest podobnie – każdy chce naśladować działania największych influencerów, mimo tego że powinniśmy mieć inną strategię. Jeżeli chcesz zarabiać na blogu czy na social mediach, to jedną z najważniejszych rzeczy jest budowanie społeczności wokół swojego produktu. Jak już zarobisz jakiekolwiek pieniądze, to możesz je wydać na reklamę i powiększyć liczbę odbiorców. Dzięki temu prawdopodobnie zwiększysz też swoją sprzedaż.


Jakie treści cieszą się największą popularnością na blogu? 

Mity żywieniowe i najlepsze źródła składników odżywczych – ale to z tego względu, że one są dobrze wypozycjonowane w wyszukiwarce. Artykuł o najlepszym źródle żelaza ma w tej chwili milion odsłon i jest to nasz najpopularniejszy tekst. Jednak mam wrażenie, że blogi odchodzą już w zapomnienie.


Jak wyglądają teraz twoje statystyki na blogu?

Dawniej liczba unikalnych użytkowników wahała się od 100 000 i dochodziła do 150 000 miesięcznie. Teraz mamy ich około 30 000, czyli zasadniczo pięciokrotnie mniej. Jak na przykład opublikujemy newsletter w naszej bazie, w której mamy 20 000 osób, to wchodzi w tekst około 2000-3000 osób. Dawniej było to 10 000. Po prostu widać, że ludzie mniej chętnie czytają takie rzeczy.


Planujesz przejść na inne platformy?

Planuję wejść z krótkimi filmami. Zawsze śmiałem się z Tik Toka, bo był dla mnie trochę infantylny. Z czasem to się sprofesjonalizowało i już można znaleźć bardzo dobre kanały. Nie ma też w sumie innego wyjścia, trzeba wejść w takie rzeczy.

Mi to w zasadzie odpowiada, bo nie lubię dużo pisać – są tematy, które po prostu się wyczerpują w kilku zdaniach. Mam sporo pomysłów na krótkie filmy, spisałem ich już około 30. Muszę je tylko nagrać i puścić na TikToku i na shortach na YouTube. Na pewno będę intensywnie w to wchodził.


Jaką jedną lekcję wyciągnąłeś jako twórca internetowy?

Jeżeli czymś się pasjonujemy, to po prostu to zgłębiajmy. Gdy coś lubimy, to zajmujmy się tym kompleksowo, piszmy o tym w różny sposób i nie zamykajmy sobie drzwi. Wcześniej prowadziłem bloga o tworzeniu logotypów i identyfikacji dla firm. No i właściwie po kilku wpisach, wiele osób zaczęło mnie traktować jako jakiegoś specjalistę w tej dziedzinie, zgłaszali się do mnie klienci. Nigdy nie wiadomo, do czego przydadzą się nasze umiejętności.

Co więcej, jak coś tworzymy i chcemy na tym zarabiać, to warto żebyśmy jako twórcy nie byli zawsze w centrum. Jak idziemy na ryby, to nie wrzucamy rybom brokuła albo frytek, tylko raczej robaki, więc wydaje mi się, że po prostu warto patrzeć na to, czego chcą odbiorcy, a nie na to, co my lubimy.

facebook twitter youtube vimeo linkedin instagram whatsup