
– Przez to, że pracuję od lat w sieci, to jest mi troszkę łatwiej, mam większą świadomość dotyczącą tego, co dzieje się choćby w social mediach. A znam rodziców, którzy nie mają pojęcia, co oglądają i w co grają ich pociechy – mówi Ewa Wojtan, autorka bloga parentingowego Moje Dzieci Kreatywnie.
Bartek Przybyszewski: Oboje urodziliśmy się w latach 80. I oboje pamiętamy świat bez powszechnego dostępu do internetu. W takim świecie byliśmy dziećmi. Za naszego życia zaczęła się rewolucja, która zmieniła sposób funkcjonowania rodzin i metody wychowywania dzieci.
Ewa Wojtan, Moje Dzieci Kreatywnie: Tak, pamiętam nawet, jak w domu pojawił się pierwszy komputer osobisty. Co oznacza, że wcześniej nie mieliśmy takiego urządzenia. Ale nie znaczy to, że nie miałam co robić. Jako dziecko dużo czasu spędzałam u dziadków, jeździłam z nimi na działkę. Miałam dużo czasu na rozwój, na poszukiwanie siebie. Dzisiejsze dzieci nierzadko wychowują się przy ekranach, prawie bez kontroli. I niestety czasem oglądają szkodliwe, nie zawsze rozwijające treści.
Twoi synowie dorastali już w świecie, w którym Internet był codziennością.
Tak, gdy byli młodsi, to mocno im go ograniczałam. Na szczęście jeszcze nie było smartfonów, one upowszechniły się chyba dopiero, gdy urodziłam drugiego syna. Więc monitor był wtedy jeszcze komputerem albo telewizorem, a nie urządzeniem przenośnym. A teraz mamy to wszystko w dłoni, w kieszeni. I korzystają z tego już dwulatki. Sama bym na to nie pozwoliła na tak wczesnym etapie rozwoju. Wiem, że jest to czasem wygodne dla rodzica, ale bywa szkodliwe dla dziecka i trzeba przynajmniej zachować umiar.
A obecnie twoi synowie korzystają z urządzeń?
Tak, jasne. Nie jestem zwolenniczką zakazywania dostępu starszym dzieciom, to wszystko powinno się dostosowywać do wieku latorośli, przy jednoczesnym zwracaniu uwagi na oglądane treści oraz ograniczaniu czasu. A rodzice powinni brać za to odpowiedzialność.
Co dla ciebie znaczy słowo „odpowiedzialność”?
Odpowiedzialność, czyli to, na co pozwalamy dzieciom. Do czego otrzymują dostęp i na ile czasu dziennie? Czy dzieci są na to odpowiednio przygotowane? Zanim jeszcze urodziłam synów, pracowałam w domu dziecka. I tam, gdy pojawiły się komputery, to szybko wprowadzono dla naszych podopiecznych system zapisów – w tygodniu w pewnych godzinach nie mogli korzystać, za to w weekendy każdy w zależności od wieku mógł na godzinę czy dwie do komputera usiąść. To są zasady, które później przekazałam swoim dzieciom, dodatkowo zaś byłam wyczulona na to, co przed monitorem robią.
Niestety w niektórych domach komputery, smartfony i inne urządzenia są w trybie „no limit”. Rodzice nawet nie wiedzą, co ich dzieci oglądają i jakie czyhają na nich zagrożenia. To jest moim zdaniem utrata odpowiedzialności na tym polu. Odpowiedzialny rodzic powinien mieć nad tym kontrolę.
Prowadzisz kanał, który namawia rodziców między innymi do wykonywania prac manualnych wspólnie z dziećmi. W szkole byłaś dobra z ZPT i z plastyki?
Nie pamiętam dokładnie, jak było z ZPT. Ale wiem, że na pewno kochałam tego rodzaju zajęcia i uwielbiałam rysować. Pamiętam nawet taki sprawdzian z historii, na który się nie przygotowałam. Więc siedziałam 45 minut i się nudziłam. No i zaczęłam coś rysować. Oddałam nauczycielowi ten rysunek – oczywiście dostałam jedynkę. (śmiech) To się zawsze u mnie przewijało – wyrażanie siebie za pośrednictwem szeroko rozumianej twórczości. Uwielbiałam lepić z plasteliny, kombinowałam jakieś instalacje i przedmioty z patyków, kamieni, kasztanów. To zawsze była moja pasja.
Naturalną drogą była więc dla mnie szkoła plastyczna, którą wiele osób mi odradzało – gdzie tam, do takiej szkoły? Przecież tam sami dziwacy… (śmiech) Jaka przyszłość cię czeka? Rodzice mi jednak w końcu zaufali, pozwolili mi iść do „plastyka”. I tych pięć lat to jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia. I nie dość, że bawiłam się świetnie, to jeszcze później wielokrotnie przydawały mi się umiejętności, które tam nabyłam.
Pamiętam swoje lekcje plastyki i techniki – część dzieciaków potrafiła robić te karmniki czy rysować, ale inne zupełnie nie miały do tego drygu i albo się nudziły, albo stresowały. Uważasz, że aktywności, które proponujesz na swoim kanale, są dla wszystkich dzieci? Również dla tych, które mają „dwie lewe ręce”?
Uważam, że szczególnie dla nich! Bo te, które potrafią, nie potrzebują szczególnych zewnętrznych inspiracji czy bodźców, żeby to robić. One będą dalej rozwijały swój talent, być może pod okiem nauczyciela ze szkoły, być może samodzielnie.
Kanały takie, jak mój, przydatne mogą być szczególnie dla tych dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak mają zabrać się za tworzenie. Staram się w swoich treściach pokazywać techniki i sposoby, które zawsze dają ciekawy efekt – to może rozwinąć w dzieciach chęć tworzenia.
Bardzo wiele zależy od nauczycieli. Uważam, że błędem jest na przykład ocenianie prac dzieci na zasadzie: ładne albo nieładne. Po pierwsze: według mnie trudno oceniać sztukę dziecięcą w skali od jednego do sześciu. Tak się nie da, bo każde dziecko wkłada w rysunki swoje serce, umiejętności i ma inne predyspozycje. Ja na przykład podczas moich zajęć kreatywnych, plastycznych czy ceramicznych z dziećmi, zawsze starałam się opisywać efekty ich pracy słownie. „Tu pięknie połączyłeś barwę, tutaj pomysłowo stworzyłeś jakieś postacie, tam zastosowałeś ciekawą perspektywę”. To daje dziecku poczucie dumy, satysfakcji, że jednak coś ciekawego stworzyło. A takie „suche” wystawienie trójki czy czwórki – to dziecku nic nie mówi. I, szczerze mówiąc, niewiele daje.
Nam kiedyś do całej klasy pani od muzyki rzuciła, że nie widzi wśród nas żadnego śpiewaka. No i dziś wiem, że miała rację, ale było to być może demotywujące dla niektórych.
Ja też miałam specyficzną panią od muzyki.
To znaczy?
No, miała specyficzne wymagania, wszystkie nutki zawsze trzeba było wygrać idealnie, więc oceniała ostro. Leciały dwójki, trójki. Więc nawet jeśli ktoś chciałby się faktycznie rozwijać muzycznie od podstaw, to z tą panią raczej miałby problem. Natomiast przy przedmiotach plastycznych nauczyciele byli świetni.
Opowiesz o swoim epizodzie związanym z pracą w domu dziecka? Jesteś z wykształcenia pedagożką, prawda?
Tak. Najpierw zostałam plastyczką ceramiczką, a później zaczęłam się zastanawiać, co mogę po tym robić. Jak ja się z tej plastyki utrzymam. Więc poszłam na pedagogikę, myśląc o świetlicach szkolnych, lekcjach plastyki, zajęciach pozalekcyjnych. Zdecydowałam się na specjalizację opiekuńczo-wychowawczą. Po ukończeniu licencjatu podjęłam pracę w domu dziecka. A w międzyczasie zaocznie ukończyłam studia magisterskie.
Jeszcze nie miałam swoich dzieci, chociaż w międzyczasie poznałam męża. To był świetny okres: zakochanie, narzeczeństwo… I ogromna satysfakcja, którą czerpałam z pracy. Było bardzo rodzinnie, czternaścioro dzieci i ja z nimi na dyżurze. Przepiękne relacje się wtedy wytworzyły.
Masz z niektórymi z tych osób kontakt do dziś?
Tak. Większość z nich ma już swoje rodziny i dzieci. Więc przepracowałam tam kilka lat, a gdy urodziłam swoich synów, stwierdziłam, że emocjonalnie nie daję rady. Zbyt dużo serca, emocji i siebie zostawiałam w pracy i gdy wracałam do domu, to byłam zupełnie wyczerpana. A to była praca i obowiązki niekiedy weekendowe, niekiedy świąteczne. Musiałam się z domem dziecka pożegnać i robiłam to ze łzami w oczach. Był to jednak etap, w którym musiałam wybrać: albo rodzina, albo praca. I gdy zostałam bez stałego zajęcia, zaczęłam zastanawiać się, co dalej. Niedługo później powstał blog.
Zakładam, że ten początek prowadzenia bloga, kiedy pewnie on nie przynosił jeszcze żadnych wymiernych korzyści, musiał być ciężki, prawda? Rozkręcanie tego wszystkiego, przebywanie z dziećmi, prowadzenie domu, inne obowiązki…
Te pierwsze lata były bardzo trudne, i to mimo wsparcia męża. Zresztą początkowo – w 2013 roku – blog służył mi za pewnego rodzaju portfolio. I publikowałam na nim różne rzeczy, zabawy, które sama uskuteczniałam z dziećmi – to był 2013 rok. Nie podejrzewałam, że odniesie taki sukces, zyska duże grono czytelników i kiedyś będzie przynosił mi dochody.
Co więc z niego miałaś?
Dzięki niemu zaczęłam prowadzić w Trójmieście bezpłatne warsztaty animacyjne. Gdy je organizowałam, mój mąż zabierał nasze dzieci w ciekawe miejsca i spędzał z nimi fajny czas. A ja w tym czasie bawiłam się z innymi dziećmi, prowadząc warsztaty kreatywne. Więc my wspólnie pracowaliśmy na to, żeby blog odniósł sukces, przynosił dumę i satysfakcję, a docelowo również pieniądze.
Później dostałam propozycję z Centrum Kultury w Gdańsku i tam zaczęłam prowadzić warsztaty kreatywne. Był jeszcze klub twórczego malucha – i to był czas powrotu na etat. A w międzyczasie powoli zauważałam, że faktycznie ten blog to też może być jakaś przyszłość, że trafiam do co raz liczniejszej grupy odbiorców, że z niego można coś zarobić, Zaczęłam też prowadzić profil na Facebooku, bo Instagrama jeszcze wtedy nie było. No i na tym Facebooku pamiętam, jak wrzucałam te wpisy z bloga to wzbudzało to ogromne zainteresowanie. Ludziom bardzo się to podobało czułam, że autentycznie inspirują się i zaczynają spędzać czas z dziećmi podobnie jak my. Strasznie szybko mi ten Facebook urósł.
Kiedy przyszły pierwsze zarobki?
Po jakichś trzech latach, ale to były drobne sumy i jakieś bartery. Później zaczęłam jeździć na konferencje i dowiadywać się, jak mogą wyglądać realne stawki w tej branży. Na większe pieniądze musiałam poczekać jeszcze jakiś rok. Zrezygnowałam z etatu w 2017 roku, założyłam wtedy firmę i skupiłam się już wyłącznie na prowadzeniu bloga.
Twoje filmy przypominają trochę programy z naszego dzieciństwa – „Mama i ja” albo „Domowe przedszkole”. Czy czerpiesz z nich inspirację? A może przyglądałaś się zachodnim influencerkom zajmującym się podobnymi tematami?
Blogów z zagranicy nie oglądałam wcale. W ogóle miałam mało biznesowe podejście do tego wszystkiego na początku. Programy telewizyjne, które wspomniałeś, tez oglądałam, ale to raczej nie była inspiracja. Chęć robienia filmów wynikała u mnie z tego, że czasem ciężko było mi opisać pewne rzeczy – lepiej było to sfilmować i w trakcie pokazać i wytłumaczyć. No i okazało się to strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza na Facebooku filmy dystrybuowały się znakomicie.
W swojej działalności bardzo organicznie angażujesz rodzinę do swoich działań. Jak to jest z twoimi synami? Od początku chcieli być częścią twoich działań, chcieli być na Facebooku czy YouTubie, czy jakoś musiałaś ich do tego namawiać?
Początki były z ich strony nieświadome. Ja po prostu zaczęłam publikować nasze wspólne zabawy, w ogóle się nie zastanawiając nad tym, że udostępniam wizerunek dzieci. Potem z czasem zaczęło się coraz więcej mówić na temat bezpieczeństwa, na temat udostępniania wizerunku najmłodszych. Od początku mojej działalności w sieci kluczowe było dla mnie to, żeby materiały w żaden sposób ich nie ośmieszały, żeby nie były kontrowersyjne. Nigdy nie poruszałam kontrowersyjnych czy dyskusyjnych tematów na blogu. Nie podejmowałam się budzących wątpliwości współprac. Więc zawsze byli przedstawiani w pozytywnym świetle.
Ale później i tak miewałam czasem wątpliwości. Zastanawiałam się, czy to dobrze, że ich pokazywałam, że może powinnam przestać? No i naturalnie oni byli coraz starsi, więc stopniowo pokazywałam im, jak działa Internet. W końcu zaczęłam ich też każdorazowo pytać, czy nie mają nic przeciwko temu, żeby opublikować jakieś zdjęcie albo coś, co robiliśmy. I zapewnili mnie, że nie, i do tej pory w zasadzie nie mają z tym żadnego problemu. A oni już wiedzą, że to wiąże się z pewną popularnością, że ludzie rozpoznają nas na ulicy, że reakcje są pozytywne. Nie spotkaliśmy się z hejtem, więc moje dzieci nie mają nic przeciwko temu.
Twoi synowie to jakie roczniki?
2008 i 2011.
Czyli jeden z nich ma już prawie 15 lat. Myślisz, że powoli będzie wycofywał się z występów na kanale?
Tak, siłą rzeczy tak się zdarzy. Przy czym taki był plan od początku – ja sama mam już taką rozpoznawalność i zaufanie odbiorców, że jestem w stanie pojawiać się na filmach bez synów. Wiedziałam, że w końcu przyjdzie taki moment.
Wróćmy na chwilę do technologii. Czy uważasz, że da się całkowicie uchronić swoje dzieci przed niekontrolowanym dostępem do internetu? Przecież jeśli zabroni rodzic, to dziecko pójdzie do szkoły i tam będzie miało dostęp do smartfonów kolegów.
To bardzo złożony temat. Sama wiem, że już w przedszkolach są trzy-, cztero- czy pięcioletnie dzieci, u których pojawia się problem nadmiernego korzystania ze smartfonów. Stają się nadpobudliwe, jeśli tata czy mama czegoś tam nie pozwolą im obejrzeć na ekranie. Są dzieci, które podczas jedzenia potrzebują cały czas patrzeć w monitor, wpatrzeni przykładowo w ulubione bajki. To są często spotykane obrazki choćby w hotelach. Oczywiście nie oceniam tego, bo są różne dzieci, różne historie. Może czasem tak trzeba, żeby dzieci spokojnie zjadły lub jest wygodniej, żeby wyrobić się w czasie. Ale najważniejszy jest zdrowy rozsądek i umiar.
Uzależnienie może pojawić się już w wieku przedszkolnym, później w szkole zaczynają się gry online – szalenie wciągająca rzecz. Widzę to doskonale u moich dzieci. Muszę im ograniczać ilość czasu przy komputerze, czy ze smartfonem, bo inaczej spędzaliby tak zbyt duża część dnia. Gry online to dla nich fajny kontakt z rówieśnikami, wspólne emocje i zabawa. Jednak mam świadomość, że dla ich rozwoju lepsze jest realne życie tu i teraz, a nie tylko online. Dlatego wolę, żeby spędzali ten wolny czas aktywnie, też na dworze, rozmawiając podczas zabawy czy gry w piłkę, albo konstruując w domu z klocków. Więc tu widzę pole do tej odpowiedzialności u rodziców – bo dziecko samo się nie ograniczy. Wiem, że to trudna rola dla rodzica, ale bardzo ważna.
Dodatkowo na rodzicach ciąży dziś obowiązek orientowania się w tym, co dzieje się w popkulturze – w grach wideo, na Netfliksie, na YouTubie.
Tak. Ja nie ukrywam, że przez to, że pracuję od lat w sieci, to jest mi troszkę łatwiej, mam większą świadomość, co dzieje się choćby w social mediach. A znam rodziców, którzy nie mają pojęcia, co oglądają i w co grają ich pociechy.
Na przykład patoinfluencerzy… Kiedyś sama przysiadłam, żeby obejrzeć tego czy innego pato-twórcę. To było przykre. Nie do wiary, że to jest legalne, żeby coś takiego publikować. Wiem, że zdarza się, że kanał jest usuwany. Ale to nie zmienia faktu, że rodzice muszą być świadomi tego rodzaju zagrożeń. W mojej ocenie blogerzy parentingowi powinni bardziej te tematy poruszać, uświadamiać rodziców i zwracać uwagę na zagrożenia, na które narażone są ich dzieci w sieci.
Twoi synowie takich treści nie oglądają?
Młodszy ma ciągle nowe zainteresowania – ostatnio oglądał np. filmy o łowieniu ryb. A starszy syn zaczął się interesować muzyką, polskim rapem. Słownictwo bywa wulgarne, ale sama słuchałam różnej muzyki. (śmiech) Wiem, jak to jest.
W jaki sposób pandemia i lockdowny wpłynęły na twoje życie i twórczość?
Był ogromny bum na moje treści, blog wyskoczył mi zasięgowo w kosmos. Nigdy nie miałam takich zasięgów, bo rodzice rzucili się, by dzieciom zorganizować czas. Po tym takim pierwszym bumie przyszły wakacje i ludzie bardziej wyluzowali. A potem, mam wrażenie, że każdy był już zmęczony, każdy już miał dosyć. I nie dziwię się. Uważam, że dzieci ogromnie dużo straciły, nie tylko kontaktów społecznych, ale niektóre popadły w różne psychiczne problemy i czuły się samotne. W tej chwili dostać się do psychologa dziecięcego prawie graniczy z cudem, nawet prywatnie. Powinno się o tym zdecydowanie więcej mówić.
Mimo wszystko myślę, że udało mi się bardzo pozytywnie i twórczo przejść ten trudny czas pandemii. Zaczęłam na poważnie myśleć o samodzielnym wydaniu książki lub e-booka. Dużo czytałam na ten temat w sieci, dokształcam się i w końcu podjęliśmy wspólnie z mężem decyzję, że spróbujemy wydać samodzielnie książkę.
Co sprawiło, że zdecydowałaś się na wydanie książki i dlaczego wybrałaś self-publishing?
O książce lub e-booku myślałam już od dawna, ale zawsze brakowało mi odwagi i nie mogłam się zdecydować która opcja będzie lepsza. E-book jest bezpieczniejszy, mniejsze ryzyko finansowe, łatwiejsza logistyka i dystrybucja. Jednak moja książka miała trafiać głównie do dzieci, a przy okazji inspirować rodziców, nauczycieli.
Na blogu jest mnóstwo treści i inspiracji zebranych z prawie 10 lat twórczości, można powiedzieć, że to taki trochę wielki e-book. A dla dzieci super jest właśnie papierowa wersja książki. Tak aby młody czytelnik mógł z niej korzystać bez komputera.
Książkę, na przykład nasz ”Dziennik Zabaw”, można otworzyć na stole, przejrzeć spis treści, obejrzeć zdjęcia i wybrać, co chcemy robić. To zdecydowanie bardziej przyjazna wersja wydawnicza dla dzieci, która zachęca je do zabawy, tworzenia i nie rozprasza uwagi.
A do self-publishingu zainspirował mnie najbardziej Michał Szafrański oraz kilka historii innych twórców. Poczytałam o ich ścieżkach i zebranych doświadczeniach i pomyślałam, że skoro im się udało, to czemu ja nie miałabym spróbować pójść tą drogą!
