Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

“Prowadziłam psychoedukację w sieci w sposób obrazkowy zanim stało się to modne” – rozmowa z Agnieszką Zapart, autorką bloga Obrazkoterapia

  z dnia: 9 lipca 2021

Blog dał mi możliwość rozwoju na wielu płaszczyznach. Od takiej prostej rzeczy, jaką jest ćwiczenie umiejętności pisania, aż po odwagę, asertywność i nieprzejmowanie się tym, co pomyślą o mnie inni. Nauczyłam się podejścia, że albo kupujecie mnie taką, jaką jestem, albo nie – w końcu internet pełen jest ludzi, nikt nikogo tutaj na siłę nie trzyma – o budowaniu swojej marki oraz edukacji w sieci, w ramach cyklu Historie Twórców rozmawiamy z Agnieszką Zapart, autorką bloga Obrazkoterapia.

Joanna Broniewska: Jesteś psycholożką i psychoterapeutką. Po godzinach prowadzisz Obrazkoterapię, która, jak sama piszesz, „jest prostą formą przekazania trudnej wiedzy o ludzkiej psychice”. Robisz to, o czym wielu marzy – Twoja praca jest Twoją pasją. Czy to prawda, że to daje poczucie, jakbyś nigdy nie była w pracy?

Agnieszka Zapart, Obrazkoterapia: To na pewno daje masę przestrzeni. Dzisiaj miałam taką refleksję, że przygotowuję sprzedaż książki, robię obrazki, jestem zmęczona, bo wiadomo – trzeba trochę posiedzieć przed ekranem, ale czy ja w ogóle pracuję? Mi to naprawdę sprawia przyjemność. Nienawidzę się w pracy nudzić, a ponieważ mam ADHD to nawet nie mogę sobie na nudę pozwolić, bo wtedy nic mi nie wychodzi i nic dobrego się w mojej pracy nie wydarza.

Miałaś momenty nudy zanim założyłaś bloga?

Pracując jak psychoterapeutka – nigdy. Podczas pracy z klientami w gabinecie zawsze się coś dzieje. To jest spotkanie z drugim człowiekiem, każda sesja jest inna niż poprzednia. Moja praca jest za to bardzo obciążająca emocjonalnie. To dlatego raczej przenoszę ciężar zarabiania na Obrazkoterapię – żeby mniej pracować w gabinecie. W końcu robię to już od jedenastu lat i bardzo długo było to moje jedyne zajęcie.

Obrazkoterapię zaczęłam tworzyć jako hobby – uwielbiam rysować, więc po prostu sobie rysowałam. Aż w końcu przyszedł w moim życiu moment rozwodu… i nagle zostałam samodzielną mamą dwójki malutkich dzieci. Potrzebowałam mieć finansową drugą nogę. Praca w gabinecie ma to do siebie, że jak nie pracuję, to nie zarabiam. Bardzo wtedy potrzebowałam stworzyć sobie taki sposób generowania dochodu, który nie będzie do końca zależny od mojego zdrowia czy samopoczucia i nie będzie wymagał ode mnie aż takiego zaangażowania. 

Czyli blog powstał z pasji, a dopiero później pomyślałaś o nim jak o źródle dochodu.

Siedem lat temu miałam taką zajawkę, że zacznę sobie rysować i edukować ludzi na temat psychoterapii i życia w zgodzie ze sobą. Śmieję, że prowadziłam psychoedukację w sieci w sposób obrazkowy jeszcze zanim stało się to modne. W Polsce faktycznie byłam prekursorką. Potem Instagram stał się dużo bardziej popularny i w zasadzie obecnie wszystkie kanały, które zajmują się edukacją robią to w sposób obrazkowy. To jest fajny sposób przekazywania wartościowych treści. 

Wtedy absolutnie o tym nie myślałam jak o biznesie. Natomiast później życiowe okoliczności sprawiły, że pomyślałam: „Dobra, to jest dobry pomysł, żeby zacząć na tym zarabiać”. Miałam wtedy około 30-35 tys. followersów na Facebooku i byłam w trakcie zakładania Instagrama.

Czyli można powiedzieć, że to był Twój moment przełomowy?

Tak. Wtedy zaczęłam myśleć o blogu w kontekście biznesowym. Można powiedzieć, że moja pierwsza książka – zeszyt ćwiczeń terapeutycznych „Miłość i szacunek się robi” – powstała “na kanwie” rozwodu i rozwoju osobistego. Żadne wydawnictwo tego nie chciało, więc stwierdziłam, że wydam to sobie sama. Przeczytałam wszystkie case’y Michała Szafrańskiego i skontaktowałam się z Krzysztofem Bartnikiem, który przeprowadził mnie krok po kroczku po całym procesie. Bardzo mi wtedy pomógł. W 2018 skończyłam pisać, a z Krzysztofem pracowałam od początku 2019. Pamiętam, że regularnie spotykaliśmy się na Skypie i wszystko omawialiśmy. 

We wrześniu była premiera.

Jak odbiła się na Twoim blogu?

Przede wszystkim dostałam odzew, że w końcu stworzyłam coś, co mogą mieć moi czytelnicy. Że mogą mieć Kreseczkę w domu, że mogą zrobić coś dla siebie, że pojawiło się coś więcej. Nie obyło się bez głosów typu „sprzedała się”, ale zawsze tak jest, już się z tym oswoiłam. Wtedy przy każdym mailu, z informacją że kolejne osoby przestały mnie subskrybować myślałam: “o nie, już mnie nie lubią”. Teraz przygotowując kampanię jest zupełnie inaczej – myślę sobie tylko: “wasza strata!”. 

Nie umiem powiedzieć, czy dzięki publikacji pojawiło się więcej osób na moim blogu, ale mam wrażenie, że nie. Po prostu jest coś, co ludzie mogą mieć i wiem, że jest to dla nich ważne i wartościowe. To też coś, dzięki czemu ja mogę zarabiać. 

Sprzedajesz nie tylko swoje książki.

Tak, są też pocztówki i plakaty, ale to był totalny niewypał. To jest przykład tego, jak można zapytać swoją społeczność: „słuchajcie, co chcielibyście zobaczyć w sklepie?”, dostać konkretną odpowiedź, po czym gdy produkt powstaje, nie osiągnąć celów sprzedażowych. 

Oczywiście to nie jest tak, że nikt nigdy nie kupił pocztówek, ale nie sprzedają się tak dobrze, jak ja na to liczyłam. Już to sobie trochę odpuściłam, stwierdziłam, że to jest bardziej drobnica, która jest na stronie i jak ktoś będzie chciał, to sobie kupi, a jak nie, to trudno. Skupiłam się po prostu na tworzeniu większych rzeczy, bo na nich też więcej zarabiam. Teraz wejdzie do sprzedaży e-book i audiobook. To zupełnie inna skala.

Wydałaś jeszcze kalendarz.

Tak, dużo osób powiedziało, że chciałoby kalendarz i ten faktycznie dobrze się sprzedał. W zasadzie w całości narysowałam go sama – włącznie z ramkami i numerkami, a moja graficzka to tylko poskładała. To był kalendarz terapeutyczny, więc oprócz dni roku były w nim ćwiczenia i pytania – raz w tygodniu na jego stronach spotykałaś Kreseczkę, która dawała ci coś do przemyślenia.

Przygotowałam 500 egzemplarzy. Trochę się przeliczyłam, bo sprzedałam około 300, ale w sumie nie wyszło źle. Stwierdziłam, że jestem zadowolona i nie będę już więcej naciskała na sprzedaż, zwłaszcza, że to był przełom 2020 i 2021 roku, a ja byłam już zdrowotnie zmęczona. To, co się nie sprzedało, trafiło do fundacji „Dajemy dzieciom siłę”.

Myślałaś kiedykolwiek o rozpoczęciu działalności wydawniczej? O wydawaniu innych tytułów z Twojej branży?

Samo prowadzenie wydawnictwa, żeby wydawać ciekawe tytuły na polskim rynku – jak najbardziej. Czytam dużo fajnych rzeczy po angielsku i już w tej chwili przychodzą mi dwa tytuły do głowy, które z przyjemnością bym wydała. Chodzi mi to po głowie, natomiast nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji. Być może w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat, ale to by się wiązało się z tym, że potrzebowałabym mieć zespół, więcej osób. Na razie moja firma to ja. Mam wirtualną asystentkę, mam graficzkę i wszystkich zatrudniam zadaniowo. Jeszcze nie czuję, żebym musiała rozszerzać firmę. 

Jak w takim razie widzisz rozwój Obrazkoterapii? 

Jestem teraz w takim momencie, że odpowiadam sobie na dużo pytań zawodowych – czy ja chcę dalej prowadzić psychoterapię? W jakim wymiarze? Na ile chcę prowadzić Obrazkoterapię? Mam przed sobą kilka dróg. Wydawnictwo i pójście w tym kierunku to jest jedna z opcji. Inną opcją są warsztaty, szkolenia, webinary rozwojowe, bo i tu mam kilka fajnych współprac, które mają szansę się rozwinąć. To jest też pomysł, żeby zacząć gromadzić ludzi na żywo i nie tylko pracować w Internecie. Trzecią opcją jest pozostanie w tym, co robię teraz – praca w gabinecie w pewnym wymiarze, Obrazkoterapia i raz na rok jakiś projekt wydawniczy. To nie jest tak, że któraś z tych opcji jest gorsza lub lepsza, ja tylko zastanawiam się, co mam robić zawodowo.

Prowadzenie bloga jest opłacalne finansowo? Myślisz, że mogłabyś zająć się tylko tym?

Myślę, że jeszcze nie, ale po sprzedaży e-booka będę w stanie na to pytanie lepiej odpowiedzieć. Dla mnie problematyczne jest, że prowadząc bloga i wykonując pracę projektową nie mam stałego przychodu – jeżeli dobrze pójdzie ci sprzedaż, to raz, dwa, trzy razy w roku jesteś w stanie dostać większy zastrzyk gotówki. To są fajne pieniądze, natomiast kłopot polega na tym, że to nie jest stały przychód. W momencie kiedy mam małe dzieci i jestem tą osobą, która głównie zarabia w rodzinie, potrzebuję mieć bezpieczeństwo finansowe. Wiem jednak, że z bloga da się wyżyć. Znam ludzi, którzy z tego żyją i być może ja też dojdę do tego momentu, ale to jeszcze nie teraz.

Pomijając aspekt finansowy, co jeszcze dało Ci blogowanie?

Rozwój na wielu różnych płaszczyznach. Od takiej prostej rzeczy, jaką jest ćwiczenie umiejętności pisania, aż po odwagę i asertywność, nieprzejmowanie się tym, co pomyślą o mnie inni. Nauczyłam się podejścia, że albo kupujecie mnie taką, jaka jestem, albo nie – w końcu Internet pełen jest ludzi, nikt nikogo tutaj na siłę nie trzyma. Mam świadomość, że jestem dosyć charakterystyczna i trzeba to kupić – albo i nie. 

Poza tym blogowanie i obecność w mediach społecznościowych dały mi fajne znajomości, co jest dla mnie mega wartością. Poznałam mnóstwo świetnych ludzi, z których z częścią utrzymuję relacje prywatnie. Dla przykładu – miałam z kimś live’a, a teraz raz na miesiąc spotykamy się na kawę, nawet na Zoomie. 

Oprócz tego, dzięki temu, że rzeczy, które robię są ciekawe i wartościowe, to kiedy przychodzę do ludzi, którzy mają większe zasięgi, oni już wiedzą kim jestem, więc łatwiej mi jest chociażby dograć współpracę albo zrobić coś razem. Nie ma takiego poczucia, które ja mam czasami, kiedy piszą do mnie ludzie i chcieliby się przewieźć na moich zasięgach lub mojej pracy. Są jednak takie inicjatywy, z którymi nie mam problemu – żeby udostępnić jakąś informację albo żeby coś zrobić, zwłaszcza jak piszą do mnie studenci. Działałam całe studia w organizacji pozarządowej i dobrze wiem, jak to jest być po tej drugiej stronie – kiedy piszesz do jakiejś szychy i ona się na coś zgodzi. Jaka to jest radość, kiedy robisz projekt, bo jesteś zajawionym, ideowym studentem i ktoś gdzieś tam stwierdził, że to kupuje. 

Powiedziałaś, że zawarłaś różne fajne znajomości z niektórymi czytelnikami Twojego bloga. Jak ogólnie określasz kontakt ze swoimi odbiorcami?

Dostaję maile, komentarze, zawsze pojawiają się dyskusje pod moimi postami, ale trudno mi powiedzieć, czy ten kontakt jest mocny czy nie. Coś, co absolutnie uwielbiam w mojej społeczności to to, że nawet jak wrzucam jakieś kontrowersyjne rzeczy, to nie ma hejtu, nie ma obrażania. Jasne, zdarza się, ale to są naprawdę incydenty. Wtedy zanim ja zareaguję, reaguje moja społeczność. Za to chyba najbardziej ją cenię. Dzięki temu mam poczucie, że jest tam przestrzeń na dialog, jest dużo empatii i chęci zrozumienia dla ludzkiej inności. 

Osobiście doświadczyłaś kiedyś hejtu?

Nigdy. Nie mówię o jakiś absolutnie incydentalnych komentarzach w stylu, że jestem głupia, bo tego nawet nie odbieram jako hejtu. Obserwuję jednak dużo innych osób z różnych branży, chociażby edukatorki seksualne, takie jak kasia_coztymseksem, i to jest dramat. Albo Pani Swojego Czasu, która jest z zupełnie innej bajki, a hejtu też dostaje mnóstwo. W zasadzie nie wiem dlaczego. Bo robi coś fajnego? Bo jest wyrazista? Ja się jeszcze z tym nie spotkałam. Czasami śmieję się, że w momencie, w którym będę miała swoich hejterów, będę mogła powiedzieć, że jestem popularna. Na razie nie jestem. (śmiech)

Wspominałaś, że czasami publikujesz kontrowersyjne rzeczy. Jak dobierasz treści? Co jest Twoją inspiracją?

Inspiracje są trzy. Najczęściej są to moi klienci. Kiedy siedzę na sesji, o czymś rozmawiamy i ktoś rzuca jakiś tekst, albo opisuje jakąś sytuację, a ja momentalnie mam w głowie obrazek. Wracam do domu i rysuję. 

Mnóstwo inspiracji znajduję też w życiu codziennym, zwłaszcza obracając się wśród rodziców. Wystarczy pójść na plac zabawach – tam można się załamać, wrócić i narysować książkę na temat tego, jak nie traktować dzieci. 

Aż w końcu, ponieważ to się nazywa Obrazkoterapia, to i ja mielę różne swoje tematy, swoje kryzysy i trudne emocje. Rysuję, a potem ta wszystkie obrazki trafiają na bloga lub do mediów społecznościowych razem z tekstami. 

Do kogo chciałaś z tym na początku trafić? Jak zaczynałaś całą swoją przygodę z Obrazkoterapią, jaką miałaś motywację?

Nie odpowiadałam sobie w ogóle na takie pytania. Rysuję od zawsze i dla mnie to jest sposób na nudę, sposób wyrażania siebie, sposób przemyśliwania rzeczy. Gdy zaczęłam tworzyć Obrazkoterapię, mój syn miał półtora roku, a ja miałam poczucie pustki w życiu. Chciałam coś robić, ale nie wiedziałam co. I zaczęłam rysować. Później zaczęłam to wrzucać do sieci i ludziom się spodobało, więc rysowałam więcej i ludziom się jeszcze bardziej podobało. I tak to już zostało. Było w tym absolutnie zero strategii. Być może miałabym lepsze zasięgi, gdybym ogarniała takie rzeczy. Ale nie, ja po prostu rysuję i albo ktoś chce na to patrzeć, albo nie.

Myślę, że i tak bardzo pomagasz tym, co robisz. Co w takim razie uważasz, za Twój największy sukces zawodowy?

Zdecydowanie wydanie zeszytu i kalendarza. Każdy udany projekt, który wymyślam i faktycznie się sprzedaje to dla mnie bardzo duży sukces. A przy okazji tej książki, która teraz wychodzi, miałam taki moment, że się zastanawiałam, czy chcę żeby ona poszła przez tradycyjnego wydawcę. Trochę nie wiedziałam czy chcę pakować w to energię, bo przy self-publishingu jest mnóstwo pracy, którą przy tradycyjnym modelu wydawca ściąga z autora. Miałam więc już bardzo zaawansowane rozmowy z jednym wydawcą, po czym w zasadzie nie wiem dlaczego, oni przestali odpisywać na maile. Na etapie ustalania rzeczy możemy się kontaktować codziennie, ale jak już trzeba doprecyzować kwestie finansowe, to nie ma odpowiedzi przez dwa tygodnie. Stwierdziłam, że podziękuję za współpracę. 

W momencie gdy masz już zgromadzoną jakąkolwiek publiczność, self-publishing jest jedyną sensowną opcją. Tym bardziej, że nawet jak się nie masz tysięcy followersów, to obecnie jest tyle możliwości zgłoszenia do wydruku książki w liczbie chociażby 50 egzemplarzy, a to dalej się bardziej opłaca. 

Wspominałaś w pewnym momencie, że nie czujesz się popularna. Zastanawiałam się, jak to jest w kontekście bycia influencerką – czujesz, że nią jesteś?

Nie, ja tego nie czuję, ale mam świadomość, że nią jestem, bo wszyscy mi mówią, że tak jest. Mam świadomość odpowiedzialności społecznej – tego, że obserwuje mnie ileś ludzi, że jak coś powiem to to ma znaczenie i może dla kogoś być wyznacznikiem. Staram się bardzo świadomie wypowiadać, bo mam świadomość, że to kwestia mojej reputacji oraz tego, że ktoś może sobie na tej podstawie wyrobić zdanie. 

Dla mnie bycie influencerką mimo wszystko łączy się z kwestią sławy, a mi zupełnie nie o to chodzi. To jest dla mnie nieistotny kawałek. 

Co w takim razie poleciłabyś początkującym influencerom? Tym influencerom, którzy chcą przekazać innym coś fajnego i chcą motywować.

Na pewno żeby mieli bardzo jasno określone swoje “po co” – po co chcą to robić. Zupełnie inaczej robi się rzeczy jeśli chcesz coś robić dla sławy i pieniędzy, a inaczej gdy chce się pomagać ludziom – ważne, że każda motywacja jest okej. Dobrze, jeżeli wynikają z niej wszystkie kolejne kroki: to, do jakich ludzi chcesz dotrzeć i z jakimi treściami oraz to, czy chcesz coś sprzedawać. Ja absolutnie nie uważam, że wszyscy powinni coś sprzedawać. 

I jeszcze jedna ważna rzecz – absolutnie nie ilość, tylko jakość. To jest coś takiego, że łatwo się zafiksować – ktoś ma 10 tys. followersów, 100 tys. followersów, 300 tys., followersów. Jak się będzie miało 1000, ale takich, którzy kupią od ciebie wszystko to to w zupełności wystarczy. 

Rozmawiała Joanna Broniewska

Bartek Przybyszewski
Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski - dziennikarz, PR-owiec, miłośnik komiksów i filmów, student filmoznawstwa. Prowadzi bloga "Liczne rany kłute" (www.fb.com/liczneranyklute). Pisał m.in. dla Onetu, Gazety.pl, Wirtualnej Polski, Popmoderny.