fbpx

Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

Nie działamy jak typowe wydawnictwo – wywiad z Kamilą Kruk z OSMPower

  z dnia: 8 stycznia 2024

„W OSMPower wydajemy głównie książki biznesowe, jednak nie narzucamy sobie jednego gatunku. Mam poczucie, że jesteśmy bliżej naszych klientów i często wiemy, co może ich zainteresować” – mówi Kamila Kruk, współwłaścicielka wydawnictwa OSMPower, autorka i wydawczyni książek zagranicznych.


W tym artykule przeczytasz o:

Jak wygląda proces wyszukiwania tytułów zagranicznych w OSMPower? W jaki sposób podejmujecie decyzje, że chcecie wydać daną książkę?

Ostatnio coraz więcej osób zgłasza się do nas z prośbą o konsultacje w temacie wydania książki zagranicznej. Wiem z doświadczenia, że wydanie pierwszej książki stanowi duże wyzwanie. My na początku chcieliśmy wydać “Money” Tony’ego Robbinsa, ale okazało, że mamy za małe portfolio. Idąc za ciosem zapytaliśmy agenta, jakie mają nowe biznesowe pozycje. I tak pojawiły się u nas książki Todda Henry’ego, które przeczytaliśmy i się nam spodobały oraz dzieła Fredrika Eklunda. Na początku mieliśmy w związku z tymi publikacjami sporo wątpliwości, bo Eklund jest homoseksualistą, więc nie było wiadomo, jak zostanie to przyjęte w Polsce. Również nasz agent zwrócił na to uwagę. Co ciekawe, nawet nie wiedzieliśmy, że już wtedy był o nim program w telewizji. Dlatego zawsze warto wcześniej sprawdzić swojego autora w internecie.

W tej chwili propozycje książek podrzucają nam coraz częściej różne osoby. Zdarza się również, że sami trafiamy na fajną osobę w internecie. Oglądamy wideo danego twórcy, podoba nam się i od razu sprawdzamy czy i jakie książki wydała ta osoba. Często musi być ten “klik”, czyli jak czytamy czy to opis, czy całą książkę, to chcemy, żeby to była książka, z której my sami skorzystamy.


Czy Kamila Kruk morsuje? Dla niewtajemniczonych, pytam o to w nawiązaniu do książki Wima Hofa, którą wydaliście, o kąpieli w zimnie, o tym, jak sobie z tym radzić i jak takie kąpiele mogą na nas wpłynąć. Marcin był tym zajarany, ale chcę zobaczyć tę drugą stronę medalu.

Kamila Kruk nie morsuje. Wim Hof to nie tylko morsowanie, ale też zimne prysznice, technika oddechowa i głównie je stosowałam. Byłam z Marcinem raz na morsowaniu, po czym okazało się, że jestem w ciąży i nie chciałam nastawiać mojego ciała na dodatkowe wyzwania. Stąd morsowania na razie nie było, oprócz tego pierwszego razu. Natomiast ja też jestem zajawiona technikami i całym podejściem proponowanym przez Wima Hofa.


A czy nie czułaś jako wydawczyni, że to nie jest książka dla waszej grupy docelowej? Do tej pory wydawaliście tytuły biznesowe. Co zatem przekonało cię do wydania tej książki?

Chyba nie działamy jak typowe wydawnictwo – nie narzucamy sobie tego, żeby trzymać się jednego gatunku. Mam poczucie, że jesteśmy bliżej naszych klientów i często wiemy, co może ich zainteresować. Uważam, że książka Wima Hofa mieści się w nurcie budowania pewnego rodzaju świadomości, czy to biznesowej, czy w innych obszarach życia. Natomiast ja zawsze mam wątpliwości co do pomysłów Marcina i taka trochę moja rola w tym naszym teamie. U nas bardzo często wygląda to tak, że ja wręcz specjalnie staję w opozycji i szukam dziur, ale jak już podejmujemy decyzję, że robimy daną rzecz, to robimy to na sto procent.


Jak wygląda proces kupowania praw do książki zagranicznej? Czy mogłabyś opisać go krok po kroku?

Są dwie drogi – jedna, jeżeli książka ma agenta i jest reprezentowana, a druga, jeśli rozmawiasz z autorem. Tak czy inaczej, albo są negocjacje, albo tak zwane licytacje. Podczas negocjacji z agentem to my najczęściej dostajemy propozycje kwoty i warunków. W przypadku negocjacji z autorem, często on pyta, jakie warunki proponujemy. Licytacje (których staramy się unikać) polegają na tym, że wydawcy licytują między sobą jakiś tytuł. Zdarzyła nam się też już taka sytuacja, że zdzwanialiśmy się z innym wydawcą, bo domyśliliśmy się, że licytuje on przeciwko nam. I łatwiej jest w takim przypadku się dogadać. Po co sobie podbijać wzajemnie stawki?


Stawka jest za licencję, zaliczkę? Jak to wygląda?

Na początku uiszcza się opłatę licencyjną, powiedzmy tysiąc dolarów. Jest ona płatna od razu, ale jest to na poczet przyszłych tantiem, czyli potem od każdego egzemplarza książki płaci się tantiemy. One też są różnej wysokości, ale zwykle ich kwoty wahają się od kilku do kilkunastu procent. Nie płacimy tantiem za pierwsze książki, dopóki nie wyczerpiemy tych tysiąca dolarów. Czyli tak czy inaczej, jeśli byśmy nawet nie zapłacili tego tysiąca, to później byłoby to w tantiemach. Opłata licencyjna jest pewnikiem dla wydawcy, stanowi pewnego rodzaju gwarancję związana z umową. Inaczej sprawa wygląda z e-bookami i audiobookami. Tu są już procenty od kwoty, za którą zostały sprzedane pliki. Czyli już nie od sztuki, a od łącznego przychodu.


Co się później dzieje z książką od momentu nabycia praw do umieszczenia jej w magazynie?

Jeśli warunki są uniwersalne, nie ma większych wyzwań. Jest kwestia podpisania umowy, co obecnie robimy online. Kiedyś było z tym trochę więcej zabawy, bo trzeba było wysłać skany, dokumenty, a teraz jest to rzeczywiście uproszczony proces. Zwykle już wcześniej mamy maszynopis. Czasem czekamy jeszcze na jego ostateczną wersję. Książki staramy się wydawać jak najszybciej, chociaż nie zawsze jest to możliwe. Było tak np. w przypadku pozycji Gary’ego Vaynerchuka, które chcieliśmy wydać w tym samym czasie, kiedy miała miejsce amerykańska premiera. Musieliśmy jednak czekać na ostateczny maszynopis amerykański, więc nawet gdybyśmy byli gotowi wcześniej z tłumaczeniem, to Amerykanie robią jeszcze poprawki przed wydaniem. Później dochodzi do tego jeszcze praca tłumacza oraz redakcja merytoryczna, którą robię ja i która polega na czytaniu książki ze zrozumieniem, sprawdzeniu, czy wszystko zostało dobrze przetłumaczone pod kątem merytorycznym.

Nie chodzi o to, żeby sprawdzać po tłumaczu każde słowo, bo to byłoby bez sensu. Gdy w trakcie czytania trafię na zdanie, którego nie rozumiem albo coś mi zgrzyta, nie pasuje, na przykład kontekstowo, to wtedy zwracam na to uwagę. Był taki przykład w książce Tima Grovera, że Kobe Bryant był na konferencji prasowej i dziennikarze zapytali go, co z jego nagrodami. A on odpowiedział: „włożę je do banku”. I tutaj coś mi nie pasowało. Niby miałoby to jakiś sens, ale w całym kontekście książki nie do końca. Okazało się, że chodziło o amerykańskie powiedzenie „you have it in a bank”, co po polsku przetłumaczylibyśmy jako “masz to jak w banku”. Więc to są takie drobne zgrzyty, które może by i przeszły niezauważone, ale się je wyłapuje.

Następnym etapem jest redakcja językowo-korektorska, skład książki, korekta techniczna (jedna, czasem zdarzają się dwie). Nadal polega ona na poprawieniu literówek i błędów językowych, ale obejmuje też coś, czego ludzie nie widzą, czyli przenoszenie wyrazów, prace nad rozłożeniem tekstu. Dla czytelnika z pozoru może to nie mieć dużego znaczenia, ale jest to kwestia przyjemności z czytania czy oglądania książki. Po korekcie technicznej następuje czasami kilka wymian między składaczem a korektorem technicznym. Potem książka idzie do druku, a w międzyczasie jeszcze musi powstać okładka, czyli z jednej strony koncepcja, co my na tej okładce robimy, z drugiej tłumaczenie tytułu. Bardzo często tytuły książek są grą słów i ciężko jest je przetłumaczyć dosłownie, zachowując sens i moc.

Czasami zostawiamy oryginalny tytuł. Było tak chociażby w przypadku “Fuck You Money”, bo to określenie pojawiało się w książce w wielu miejscach i nie miało dobrego polskiego odpowiednika. W takich sytuacjach dajemy taki podtytuł, żeby tłumaczył dobrze po polsku, o czym jest książka. W razie chęci zmiany oryginalnego tytułu potrzebna jest zgoda agenta. Z okładką bywa podobnie. Czasami agentowi czy autorowi bardzo zależy na tym, żeby okładka była identyczna jak w oryginale i wtedy też musimy dokupić prawa do tego wzoru. Zdarza się jednak, że mamy wolną rękę w tych kwestiach. Gdy środek książki mamy gotowy, okładkę też trzeba poddać korekcie. Przypominam, bo zdarzało się, że niektórzy nasi self-publisherzy zapominali o tym drobnym elemencie. No i na koniec drukujemy. Wydruk zależy w dużej mierze od drukarni.


Czy robicie druk próbny?

Teraz najczęściej współpracujemy z drukarnią, która oferuje onlinowe wersje próbne, więc jesteśmy w stanie w ten sposób zobaczyć wszystkie rozrysy, zgięcia, cięcia itd. Wcześniej przy każdej książce robiliśmy wydruk próbny. Szczególnie ważne są okładki, bo mają one kolory i małe elementy.


Sprzedajecie książki bezpośrednio. Mówisz, że okładka nadal ma spore znaczenie, pomimo tego, że ta książka jest dostępna tylko u was, nie ma jej w tradycyjnych punktach sprzedaży.

Tak, okładka nawet w takim przypadku ma znaczenie. Książki sprzedajemy również na konferencjach. Mamy stoisko i to wówczas widać, która pozycja przyciąga wzrok ludzi. Oczywiście czasem książki są wybierane przez klientów ze względu, na przykład, na tytuł, ale wszystko musi ze sobą współgrać.

Kiedyś próbowałam robić całkiem inne okładki, chciałam trochę zmienić charakter. Nie jest to takie proste, bo jeśli książka ma np. czarno-czerwono-białe kolory i poszarpane litery, to od razu kojarzy się z horrorem. Kryminały też mają swój ustalony wygląd, więc gdy chciałam w tym przypadku poszaleć z okładką, bałam się, że wpadnę w nurt duchowości. A książka zupełnie nie była o duchowości.

Chodzi bardziej o to, żeby ułatwić czytelnikowi skojarzenie, co znajdzie w danej książce albo z jakiej dziedziny jest dana publikacja. Okładka powinna z jednej strony przyciągać uwagę, ale z drugiej być również podpowiedzią dla czytelnika. Nie zawsze się tak jednak da. Teraz w ogóle jest taka moda, że wydawcy, zwłaszcza amerykańscy, idą w same napisy na okładkach.


Jeden kolor i napisy i nic więcej.

Tak, dokładnie. Ale z drugiej strony jakieś elementy powinny sugerować czytelnikowi, co znajdzie w książce. Bardzo ważne jest, żeby nie zmylić odbiorcy. My nauczyliśmy się, że metaforyczne, ambitne okładki okazują się nieczytelne dla ludzi. Wczoraj przeglądałam Depositphotos w poszukiwaniu inspiracji na okładki. I znalazłam kilka. Zdarza się też, że zapisuję sobie daną grafikę na później, jeśli mi się spodoba.


A czy próbowałaś narzędzi AI do tworzenia okładek np. Midjourney, żeby wygenerować jakiś obrazek?

Na razie mamy cały czas tę samą osobę, która robi nam okładki i mam poczucie, że dobrze wie o co chodzi, czuje to. Norbert ma dobre oko, fajne pomysły. Z drugiej strony, jak my mamy konkretny pomysł, rozrysowujemy go albo robimy uproszczoną wersję w Canvie, a później prosimy Norberta o przygotowanie ładniejszej, bardziej profesjonalnej wersji tej grafiki.


Trochę to brzmi tak, jakby grafik był dla was osobą, która umie po prostu korzystać z narzędzia do tworzenia grafik. Bo wy wiecie już co chcecie na tej okładce przekazać.

Z jednej strony tak, ale czasem trzeba np. zrobić inną czcionkę i wtedy grafik ją dobiera. Albo dorzuca jakiś kolor, gdy mu się wydaje, że jest go za mało. Albo ikonki, które lepiej pasują. Nazwałabym ten proces wspólną pracą twórczą.


Wolisz pracować nad swoimi książkami czy nad tymi zagranicznymi?

To jest zupełnie inna praca. A co stoi za Twoim pytaniem?


To, że masz na koncie też swoje własne publikacje, które wydałaś sama i z Marcinem. Ale z tego, co mówisz, wynika, że na co dzień bardziej zajmujesz się książkami zagranicznymi. Jak się ta praca różni?

Swoich mam dziewięć – jako autorka i współautorka, więc trochę się nazbierało. Marcin jeszcze więcej. W przypadku własnych książek masz pełną wolność. Tak naprawdę możesz zrobić, co chcesz. Kuba Bączek, na przykład, wydał jedną ze swoich książek w orientacji poziomej, nie pionowej, jak większość książek. Wygodne to nie jest, szczerze mówiąc, ale tak chciał, więc tak wydał. Ja sobie wymyśliłam, że do mojej książki “Kim jesteś?” narysuję proste grafiki. 

Z książkami tłumaczonymi nie mamy aż takiej wolności, bo po pierwsze musimy się trzymać tego, co autor napisał, a ja czasami miałabym ochotę na przykład zamienić kolejnością rozdziały i u siebie bym to zrobiła, a tutaj nie mam takiej możliwości. Poza tym, nie możemy poszaleć z okładką, bo na przykład autor sobie życzy, że on ma być na okładce. A jak proponujemy jakąś ciekawszą wersję z jego zdjęciem, to się nie zgadza. I okazuje się, że lepiej kupić oryginalną okładkę i tylko przerobić na wersję polską. Z własnymi książkami jest więc więcej zabawy. Z drugiej strony można powiedzieć, że wydanie autorskiej książki wiąże się z większą ilością pracy, bo musisz sam wpaść na pomysł, napisać ją. To już nie jest czytanie ze zrozumieniem i sprawdzanie po kimś, tylko rzeczywiście tworzenie od podstaw. Nieważne, czy Marcin nagra, zrobimy z tego transkrypcję, potem to opracowujemy, redagujemy, czy siadamy i piszemy.


A kto jest w przypadku waszych autorskich książek osobą, która sprawdza po was tekst pod kątem merytorycznym?

Jeżeli piszemy sami, to nie mam poczucia, że muszę to merytorycznie sprawdzać. Wiem też, że redaktorka sprawdzi na przykład nazwiska czy poprawi literówki. Natomiast, gdy robimy książki z transkrypcji, czyli z nagranych materiałów wideo, to wtedy sprawdzam, zwykle coś dopisuję, skreślam. Marcin też poprawia. Podczas pisania naszej ostatniej książki podzieliliśmy się rozdziałami, ale potem zamieniliśmy się na zasadzie, że Marcin czytał moją część, ja jego.


I dawaliście sobie uwagi.

Właściwie dopisywaliśmy. Jako autorzy mamy dużo zaufania do siebie nawzajem pod tym kątem, ale też bardzo dużo luzu, jeśli chodzi o tworzone treści. Rozmawiając z różnymi autorami, widzimy, jak dużą wagę przywiązują oni do swoich książek, jak ważne jest dla nich to, aby każde słowo było wyważone i jak istotna jest dla nich twórczość również w kontekście własności intelektualnej. W “Kim jesteś?” zebrałam 125 zadań i wyzwań, które moim zdaniem były najlepsze, jakie miałam, bardzo rozwojowe. Moja znajoma wówczas zapytała mnie: “ale jak oddajesz swoje najlepsze ćwiczenia, to co będziesz robić z tymi ludźmi później na szkoleniach?” I zasiała we mnie tym takie ziarenko niepewności.


Zablokowało cię to na jakiś czas.

Tak, na chwilę. ale potem sobie pomyślałam, że kończąc książkę miałam już kolejne 10 przykładów w głowie. W ogóle mogłam tam zawrzeć nawet 150 zadań, gdybym chciała, ale nie chciałam robić tego na siłę i doszłam do wniosku, że niewypuszczenie takiej książki to sygnał, że już nic fajnego nie zrobię. A ja co chwilę robię coś fajnego.

Podobnie było z książką “Sprzedawaj więcej” – jest w niej opisanych 100 strategii. Ludzie byli zdziwieni, że aż tyle dostają w tej książce, mnóstwo osób pisało do nas “hej, zastosowałam jedną strategię, zastosowałam trzy strategie, już mi się zwróciło, już zarobiłem”. A my już w trakcie pisania mogliśmy ją uzupełniać o nowe sposoby, bo ciągle coś testujemy, wymyślamy, coś nowego się pojawia. Jeśli ktoś planuje wydawanie swoich książek, zachęcam do tego, żeby dzielił się jak największą wiedzą, jaką ma i na bieżąco budował nową.


Która książka z OSMPower, powinna, twoim zdaniem, mieć lepszą sprzedaż lub większą rozpoznawalność, bo jest świetna, a z jakichś powodów nie zyskała popularności? Marcin powiedział w wywiadzie o jednej – “Bogaty pracownik” Jamesa Altuchera. Czy jest jakaś inna pozycja, która przychodzi ci do głowy?

Zawsze patrzę na to w taki sposób, że to nie jest kwestia ludzi, tylko różnych elementów z związanych z książką, czyli ile o danej książce mówiliśmy, gdzie ona się pojawiła, czy autor już jest znany. Istotne są w tym kontekście również kwestie marketingowe, komunikacyjne.

Książką, której potencjał nie jest moim zdaniem wykorzystany, jest chociażby “Prosto z mostu. Czyżbym wyraził się zbyt subtelnie?” Sama Zella, bo jest on niesamowitym przedsiębiorcą. Nawet jeden z czytelników ostatnio napisał, że oglądał materiały Sama Zella na YouTubie i był zaskoczony, jak zobaczył, że dostępna jest jego książka po polsku. Jest wiele takich fantastycznych biznesowych przykładów – jedną z moich ulubionych książek, które mamy dłużej, jest “Siła przedsiębiorczości, siła upadku” Daymonda Johna.

Uważam, że każdy, kto prowadzi, zaczyna biznes, a nawet działa społecznie, powinien przeczytać tę książkę, bo można w niej znaleźć super przykłady jak zrobić coś z niczego. Z takich najnowszych książek mogę jeszcze wymienić “Śmierć z zerem na koncie”, która, moim zdaniem, jest chyba jedyną taką książką na rynku. Przynajmniej ja się do tej pory nie spotkałam z książką, która uczyłaby tego, jak wydawać pieniądze. Mamy dużo książek o tym jak zarabiać, dużo książek o tym jak inwestować, oszczędzać czy odkładać pieniądze. A tutaj właśnie poruszony jest temat wydawania, który często jest zaniedbywany przez ludzi, bo wydaje im się, że umieją wydawać pieniądze. Jak tylko dostaną pieniądze, to im się rozchodzą. Ta książka świetnie pokazuje, że są pewne rzeczy, których warto się oduczyć i pewne, których warto się nauczyć, i to w szerszym kontekście naszego sensu życia, cieszenia się z życia.


Bardzo dobry tytuł. Ile książek chcecie wydać w tym roku, a ile wydawaliście kiedyś? W ujęciu liczbowym i jakościowym.

Nigdy nie wiemy, ile i jakie książki wydamy w danym roku. Są książki, o które się staramy i są też takie przypadki, że Marcin już od dwóch, może nawet trzech lat jest w kontakcie z ich autorami czy agentami, w razie, gdyby pojawiły się nowe publikacje. Jeśli Gary Vaynerchuk planuje kolejną książkę, to wiemy, że pojawi się ona również w naszych planach. Ten proces jest u nas jednak bardziej intuicyjny. Jeżeli widzimy, że pojawiła się jakaś dobra książka, którą warto wydać na polskim rynku, którą sami chętnie przeczytamy i która spodoba się naszym klientom, to ją po prostu bierzemy. Zdarza się, że mamy nawet dziesięć książek na raz w produkcji i to już jest jak na nasze moce przerobowe sporo.

Teraz mamy cztery książki i raz na jakiś czas myślimy o swojej. Nie wszystko planujemy, bo na przykład zaproszenie do “Biblii biznesu” Maćka Dutko przyszło do nas dość niespodziewanie, wydanie tej książki nie było w naszych planach.

Czasami są też takie projekty, jak książka “Kryzys szansa”, który wymyśliliśmy pod koniec maja, już w czerwcu ogłosiliśmy start projektu, a w grudniu książka była gotowa. W innych przypadkach jednak na licencję na książki trzeba poczekać dłużej, zdarzają się problemy komunikacyjne z agentem czy autorem, co opóźnia cały proces.

Wiem, że duże wydawnictwa mają zaplanowane daty premier kolejnych książek. My nauczyliśmy się nie trzymać terminów i np. publikujemy książkę w lipcu, pomimo tego, że wydawcy mówią, że to martwy sezon. My wychodzimy z założenia, że ludzie akurat jadą na wakacje, więc chętnie zabiorą ze sobą jakiś nowy tytuł, więc nie bierzemy w ogóle pod uwagę sezonowości. Może czasami staramy się coś zrobić przed świętami, bo to jest dobry czas na wydanie książki. Ale tak poza tym zawsze staramy się wypuścić książkę jak najszybciej, żeby jak najszybciej dotarła ona do ludzi. 


Czytasz książki drukowane czy e-booki?

Czytam drukowane, słucham audiobooków. Jeśli jednak nie mogę dostać danej książki w żadnej z tych form i mam do dyspozycji tylko e-booka, to wtedy po niego sięgam. Dużo czytam na komputerze, bo mam na przykład do przejrzenia publikacje, które planujemy wydać. Czytam również na bieżąco te nasze, gdy robię redakcję merytoryczną, dlatego też gdy mam okazję poczytać dla przyjemności, to sięgam po książkę tradycyjną, a ostatnio, ze względu na dzieciaki, coraz częściej wybieram audiobooki.


Co doradziłabyś osobie, która chciałaby zacząć wydawać książki? Na co powinna ona zwrócić szczególną uwagę?

Istotna jest w tym kontekście kwestia sprzedaży. Warto na to zwrócić uwagę przy wyborze autora. Marcin z jednej strony trafił na szkolenie z metody Wima Hofa, a z drugiej strony już coś tam o nim wiedział. Zobaczył, że wzrasta zainteresowanie morsowaniem, więc uznaliśmy, że ze względu na trendy ta książka może dobrze się sprzedać. Zawsze powtarzam, że jeżeli widzisz, że na rynku jest dwadzieścia książek z danej tematyki i wydaje ci się, że na dwudziestą pierwszą nie ma już miejsca, to zobacz najpierw, czy te dwadzieścia pozycji się sprzedaje, bo jeśli tak, to znaczy, że ludzie są zainteresowani tą tematyką i cały czas szukają więcej.

Gorzej, jak są dwie książki, które się nie sprzedają, bo może się okazać, że wynika to z faktu, iż ludzie nie szukają takiej wiedzy w książkach. Ale z drugiej strony możesz popatrzeć na to w taki sposób, że wydasz taką książkę lepiej, lepiej ją zakomunikujesz marketingowo, żeby trafiła ona precyzyjnie w potrzeby grupy docelowej. Należy więc stale obserwować rynek, sprawdzać autorów, przedsiębiorców, ich publikacje. Zobaczyć, czy fanpage danej osoby obserwują również Polacy, czy ten twórca jest polecany w internecie, czy jest dyskusja na jego temat. Dobry research jest bardzo istotny.

Krzysztof Bartnik
Krzysztof Bartnik

Krzysztof Bartnik - w branży e-commerce obecny od 2005 r. jako współtwórca i inicjator wielu przedsięwzięć internetowych. W 2015 r. uruchomił IMKER - firmę wspierającą twórców i producentów we wprowadzaniu własnych produktów na rynek, przykładając rękę do rozniecenia w Polsce rewolucji self-publishingu. Sprzedaż produktów w internecie to nie tylko jego praca, ale i największa pasja. Mówią o nim, że posiada szósty, ecommercowy, zmysł - potrafi przewidzieć ewentualne błędy w systemach e-sklepów, w mig namierzyć i naprawić powody awarii w oprogramowaniu czy postawić w sytuacji kryzysowej alternatywny sklep. Jest specjalistą od gaszenia pożarów nie tylko w internecie, ale również jako prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Żurawnicy. W wolnym czasie angażuje się lokalnie, m.in. jako skarbnik w Klubie Sportowym ALWA Brody Małe, i czyta książki, nie tylko te wydane przez self-publisherów.

Odbierz wartościowy bonus przy zapisie do newslettera!

Wzór biznesplanu książki dla selfpublishera na 12 miesięcy! Będziemy Ci także regularnie wysyłać ciekawe inspiracje dotyczące świata twórców online.

    Twoje dane osobowe będą przetwarzane w celu obsługi newslettera przez Imker Spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Zamościu, ul. Szczebrzeska 55A, 22-400 Zamość, KRS: 0000967893, na zasadach opisanych w polityce prywatności. W każdej chwili możesz zrezygnować.

    Twoje dane są u nas bezpieczne. 🛡️