
Przechodziłem różne fazy. Najpierw była faza: “Wytłumaczę wszystkim wszystko!”. Potem wkurzony wołałem: “Dlaczego wy wszyscy tego nie rozumiecie!?”. Później był żal do całego świata: “Jak możecie być tacy głupi!”. A teraz wiem, że jest tylko część ludzi, do których można dotrzeć – mówi Jan Świtała, ratownik medyczny, znany na Instagramie jako Yanek43.
Bartek Przybyszewski: Jak to jest być ratownikiem medycznym, dobrze?
Jan Świtała: Wie pan, moim zdaniem to nie jest tak, że dobrze albo że niedobrze. (śmiech) A poważnie: no, super jest nim być. Uważam, że wykonywanie tego zawodu niesie ze sobą ogromną satysfakcję. Nadaje wielu sytuacjom sens i pozwala uczestniczyć w wielu trudnych, ale ważnych momentach. A może nawet historycznych, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało. I maksymalnie intymnych, w których jesteś sam na sam z drugim człowiekiem.
Zabrzmiało jak: “zarobki słabe, reszta spoko”.
Kiedyś były na pewno słabe. Ja swoją pierwszą umowę podpisałem na 200 złotych brutto mniej, niż wynosiła wówczas najniższa krajowa. Po pandemii się to zmieniło, a ja też zmieniłem sposób pracy – obecnie robię na kontrakcie. Nie mogę narzekać, ale szału nie ma. Nie jest tak źle, jak wtedy, gdy zaczynałem, ale wciąż wydatek emocjonalny nie wyrównuje się, gdy patrzysz na przelew.
Ile zarabiałeś na początku?
Pamiętam czasy, gdy pogotowie w Warszawie oferowało 17 złotych za godzinę brutto. To wcale nie było tak dawno temu! Do tej pory znam ratowników medycznych, którzy całkiem niedawno zarabiali 1400 złotych miesięcznie. Dodaj do tego wszechobecny marazm i bylejakość. Ja – i jako ratownik medyczny, i jako, tfu, influencer – walczyłem o zmiany i o uświadomienie społeczeństwa, jak jest źle. I zrozumiałem, że niestety, ale nie mam na to wpływu. Bo medycyna jest i była reformowana w Polsce “happeningowo”. Czyli żeby coś się zmieniło, musi się u nas coś konkretnego wydarzyć.
Na przykład?
Weźmy choćby historię ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Jeszcze 16 lat temu politycy nie mogli się dogadać co do jej ostatecznego kształtu. Po czym zawaliła się hala na Śląsku, podczas Międzynarodowych Targów Katowickich w 2006 roku. I proszę bardzo: miesiąc później ustawa przyjęta.
Gdy środowisko ratownicze mocno domagało się nowelizacji uprawnień, uporządkowania tego wszystkiego i znowu nie można się było dogadać – wydarzyła się katastrofa kolejowa w Szczekocinach. I zmiany przyszły błyskawicznie.
W jaki sposób te wydarzenia miały wpływ na ochronę zdrowia?
Opinia publiczna zaczęła po prostu wywierać presję. I ta presja zrobiła się istotna tu i teraz. A żeby system działał poprawnie, to nie może być zmieniany pod wpływem chwilowych emocji. Tu musi być merytoryka. A jej zwyczajnie brakuje.
Żałujesz, że wybrałeś ten kierunek w swoim życiu?
Nie, nawet przez sekundę nie żałowałem wyboru studiów! I poszedłbym na nie raz jeszcze. Ale gdybyś zadał pytanie, czy żałuję, że pracowałem jako ratownik w Polsce? No – to już tak, żałuję.
Ratownicy stąd wyjeżdżają?
Wyjeżdżają. Tacy, którzy są o wiele bardziej doświadczeni ode mnie, są znakomitym towarem eksportowym. A oferty pracy za granicą są dla nas nierzadko drzwiami do lepszego życia. I to gdziekolwiek tylko byś chciał. Gdzie chcesz pracować? Norwegia i szyby naftowe? Proszę bardzo. A może Dubaj i ochrona mundialu? Jasne! Prywatne firmy medyczne realizujące zlecenia dla NATO? Ależ oczywiście. Tych ofert jest od groma i coraz więcej ludzi wyjeżdża.
Bo wystarczy znajomość języka.
Oraz kursy i certyfikaty, które są do zrobienia w pół roku. Zresztą ja sam chciałem wyjechać do Ukrainy i jeszcze przed wybuchem wojny pracować dla OBWE. Więc naprawdę, ilość pracy dla nas i miejsc, w których nasze kompetencje – miękkie i twarde – mogłyby się przydać, jest ogromna.
Gdybym miał jednym zdaniem określić studia, które skończyłem, to powiedziałbym, że one przygotowują cię do robienia dobrych rzeczy w złych miejscach. Jest pełno dobrych rzeczy do zrobienia i złych miejsc, w których można je uskuteczniać. Więc jeśli ktoś zaciśnie zęby i “przepęka” te 2-3 lata na państwowej pańszczyźnie, nabierze doświadczenia, nauczy się strzelać w ludzi prądem, obsługiwać respirator, zapakuje kilka ciał do worka oraz zaliczy kilka spektakularnych akcji zakończonych sukcesem, to cały świat będzie na niego czekać z otwartymi ramionami.
Czemu w takim razie ty tu zostałeś?
Bo udało mi się przenieść środek ciężkości mojego utrzymania z pracy wyłącznie dla systemu na bycie podwykonawcą pogotowia, pracującym w ramach działalności gospodarczej. Polska mnie do tego zmusiła. Skoro założyłem firmę, to zacząłem co miesiąc kombinować, z czego opłacić ZUS i podatki. Zacząłem więc szkolić ludzi z pierwszej pomocy. Tych szkoleń z kolejnymi miesiącami było coraz więcej. Do tego zarabiam w internecie, udało mi się na drobną skalę handlować sprzętem medycznym. Gdybyś chciał kupić defibrylator do biura, to ci ogarnę.
Więc jako – tfu! – influencer i przedsiębiorca nie mam na co narzekać. Czasem dobija mnie księgowość oraz poczucie, że składka zdrowotna, którą płacę z miesiąca na miesiąc coraz wyższą, wcale nie idzie na ochronę zdrowia. Natomiast gdybym był tylko i wyłącznie ratownikiem medycznym, nie był w stałym związku, nie miał tu rodziny, która mnie tu trzyma, to raczej bym tu nie został.
Jak ci się zaczął ten influensing?
Ta historia jest jakby trzytorowa. Po pierwsze: nigdy nie chciałem być instagramerem. Założyłem Instagrama tylko dlatego, że jechałem na stopa do Iranu. Instagram był wtedy jedną z niewielu aplikacji, z pomocą której mogłem bezpiecznie dawać znać, że żyję i że wszystko w porządku. Potem zacząłem siedzieć coraz mocniej w medycznym środowisku. Zacząłem sam obserwować ludzi prowadzących różne konta – aktywistyczne czy edukacyjne. I stwierdziłem: kurde, może też popiszę o swojej rzeczywistości. Początkowo jedynie dla siebie i dla znajomych. To grono się stopniowo powiększało – tysiąc, dwa, trzy.
A potem pojawiło się zderzenie z ochroną zdrowia na pełnej k***ie. Takie uderzenie mordą o beton, gdzie nagle okazuje się, że jesteś sam wobec tego wszystkiego. I nie ma nikogo z zewnątrz, kto może ci pomóc. Więc żeby się usprawiedliwić, zaczynasz ludziom tłumaczyć, dlaczego czekają po osiem godzin na SOR. I widzisz, że jeśli edukujesz swojego pacjenta, to on sobie z wieloma rzeczami poradzi sam i nie będzie potrzebował twojej pomocy. I to jest sukces.
A potem przyszła pandemia, gdy ludzie naturalnie zaczęli szukać informacji z pierwszej ręki. A ja zacząłem w pandemii szczekać, bo najzwyczajniej na świecie nie podobał mi się ani partyjny przekaz w reżimowej telewizji, ani naginanie rzeczywistości w mediach po drugiej stronie. Więc ludzie zaczęli do mnie przychodzić, odpowiadał im też mój czarny humor… i jakoś to poszło.
Natomiast ja się cały czas uczę, żeby w miarę odpowiedzialnie mieć na tych ludzi wpływ. Bo łatwo jest przegiąć w dowolną stronę. Jak ci nagle 10 tysięcy osób pisze: “O kurde, ale jesteś zajebisty”, to łatwo w to uwierzyć. A jednocześnie wiesz, że źle postawiony przecinek może sprawić, że ktoś może zrobić sobie krzywdę. Wychodzę więc z założenia, że za wszystko, co robię, co piszę i co pokazuję, ponoszę i odpowiedzialność etyczną, jako twórca, i zawodową – jako ratownik medyczny.
Domyślam się, że takie podejście odbija się na współpracach, które podejmujesz.
Jasne. Zresztą niektóre firmy przychodzą do mnie z tak debilnymi pomysłami, że ja nie wierzę, że ktoś mógł na to wpaść. Ale część, oczywiście, przyjmuję. Przy czym bardzo mocno je selekcjonuję. To nie jest tak, że przyjdziesz do mnie i powiesz: “To są moje rękawiczki, weź je zareklamuj”. O, nie.
Środowisko jest o te współprace zazdrosne?
Tak. Ludzie bywają zawistni o to, że oni muszą wziąć kolejny dyżur, a ja akurat nie. Sam fakt, że wielu medyków współpracuje z różnymi markami – nie jest to żadne tabu. Nie mam problemu z tym, żeby pochwalić się tym, że realizowałem projekt z Googlem albo z Samsungiem. Po prostu w pewnych momentach nasze ścieżki się stykały i rodziło się pole do współpracy. Robota była zrobiona, wszyscy osiągnęliśmy zamierzone cele i żyjemy dalej. I ja z tym nie mam problemu.
Problem mam z tym, jak ktoś mnie próbuje zmusić, żebym wciskał ludziom g***o. A nie ma takiej kasy, za którą powiedziałbym ludziom, że trzeba żreć suplementy diety, które były swego czasu modne. Dostawałem wówczas dużo intratnych propozycji. Myślę, że w 2021 roku odmówiłem zleceniom na 60-80 tysięcy złotych. I trudno. Ale wychodzę z założenia, że sku***ć się można raz. I tak dużo jest w internecie głupich ludzi ze zdecydowanie zbyt dużym wpływem na odbiorców. Nie muszę dołączać do tego grona.
Jaki jest u ciebie klucz doboru współprac?
One wszystkie były merytoryczne. I te produkty czy usługi czy świadczenia – one nigdy nie były tematem numer jeden, na zasadzie “często pytacie mnie, u kogo robię wymaz z nosa”. Tylko raczej: “Słuchajcie, dostałem hajs, więc mogłem zrobić coś razem z marką”. Jednocześnie zależy mi na tym, żeby wszystkie były dobrze oznaczone. Wkurzają mnie twórcy, którzy robią to niewystarczająco wyraźnie albo ściemniają, że coś nie jest współpracą, a jest.
Dużo czasu dziennie zabierają ci “obowiązki influencerskie”?
Oj, tak. I nie spodziewałem się, że będzie tego aż tak dużo. Są momenty, w których tej drogi jakoś tam żałuję. Ale z drugiej strony całe środowisko wiele zawdzięcza temu, że medycy wreszcie zaczęli mówić, a nawet krzyczeć, pokazując przy tym własną twarz. Wcześniej reprezentanci środowiska mówili tyłem do kamery, bez nazwiska, z rozpikselowaną twarzą. Jak przestępcy. A ja stwierdziłem, że przecież nie mam się czego wstydzić!
Z czego wynikał ten ich wstyd?
Obecna sytuacja w ochronie zdrowia pasuje wielu osobom. Bo w bałaganie łatwiej jest ukryć niektóre niedociągnięcia. Łatwiej jest w takich warunkach rządzić strachem i uzależnić od siebie ludzi. A ja nigdy nie chciałem być od nikogo uzależniony. Nie miałem się czego bać, ja nie mam kredytu, dzieci… mam kota i dziewczynę. Bardzo łatwo sobie w ochronie zdrowia załatwić wilczy bilet. I podejrzewam, że są miejsca w Polsce, w których nigdy nie dostałbym pracy, choćby mieli straszne braki kadrowe. Ale to jest ich problem.
Miałeś poważne rozmowy z ludźmi, którzy woleliby, żebyś przestał “nadawać”? Żebyś dał spokój?
Próbowano wywierać na mnie tego rodzaju wpływ. Ale nie wiedzieli, k***a, na kogo trafili. (śmiech)
Wiesz, pracownikiem się bywa, a człowiekiem, który przekazuje kontrowersyjne treści pokazując twarz – jest się na stałe. Ponosiłem więc konsekwencje towarzyskie swojej drogi. Zdarzało mi się słyszeć w środowisku: “Ooo, idzie ten instagramer pier***ony”. Na jednej stacji pogotowia miałem też ksywę “influencer”. Co jest zrozumiałe, bo jak się wystawiasz na publiczny widok, to takie reakcje są niewykluczone. I musiałem im udowodnić, że też potrafię obsługiwać sprzęt medyczny.
Na szczęście przed wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami uchroniła mnie prywatna zasada, że nie otwierałem gęby, jeżeli nie byłem czegoś pewien w stu procentach. Mimo czasów, w których żyjemy, jednak ciężko jest komuś zrobić krzywdę za mówienie prawdy. Nie naruszałem prawa, przestrzegałem zapisów moich umów, więc nie bardzo było się do czego przyczepić. Ale gdyby ktoś chciał mi zrobić krzywdę, to nie powinien mieć z tym większego problemu. Bo dokumentacja medyczna zabezpieczana jest przez 30 lat. Więc jeszcze w 2050 roku będzie mnie można pociągnąć do odpowiedzialności na przykład za rzeczy, które zrobiłem na początku pandemii.
Rozpoznał cię kiedyś jakiś twój pacjent?
Jedna pacjentka. To zabawna historia – pracowałem w szpitalu, który miał podpisaną umowę z policją. Więc nasi lekarze badali osoby zatrzymane do PDOZ [pomieszczenia dla osób zatrzymanych – przyp. red.]. Tylko to była dodatkowa kasa dla szpitala, dodatkowa dla lekarzy za wykonanie badania, a my mieliśmy tylko więcej roboty, bez pieniędzy. Więc zbuntowałem się i stwierdziłem, że pie***lę, nie będę robił za frajer. Unikałem tych obowiązków jak ognia.
I jeden z lekarzy, którego darzyłem raczej szorstkim szacunkiem, zakomunikował mi któregoś dnia, że jest krew do pobrania od pacjentki. Powiedziałem grzecznie, że nie ma takiej opcji, że pan doktor też miał to w toku nauczania i też może pobrać. A ja nie będę za darmo pracował. A on mi na to, że ma akurat ciężkiego pacjenta i nie ma czasu. Nie była to prawda, miał w innym pomieszczeniu kogoś ze złamaniem otwartym. Więc mu odpowiadam, że ja się tym pacjentem zajmę, a on niech pobierze krew od pacjentki.
I nagle ta kobieta – nawalona jak Messerschmitt – patrzy na mnie i mówi: “Ja cię znam! Jesteś tym ratownikiem z internetu! Walczysz o swoje! Zajebiście!”. Mówię: “Dobra, chodź ci tę krew pobiorę, bo jak on to zrobi, to ci żyła pęknie”. (śmiech)
Takich sytuacji pewnie będzie coraz więcej. I ciekaw jestem tego dysonansu poznawczego, do którego może dojść przy takiej okazji. Bo ci ludzie, którzy znają mnie z internetu, znają tylko mój internetowy image. Wiedzą, że na filmikach jestem śmieszny i mam dystans. A w sytuacji zagrożenia życia nie ma miejsca na śmieszki i kompromisy. Więc może się to skończyć tak, że będę dla kogoś niemiły. Albo że ktoś usłyszy jakiś fragment mojej rozmowy z kimś tam – i wyciągnie błędne wnioski. Ale wydaje mi się, że nie mam się za bardzo czego wstydzić. Jak każdy ratownik mam na koncie porażki i sukcesy. A te sukcesy chodzą po ulicach.
No dobra, edukacja edukacją, a ludzie i tak wierzą w treści nienaukowe, powątpiewają w medycynę i tak dalej. Było to szczególnie widoczne w trakcie pandemii. Jak na to reagujesz?
Przechodziłem różne fazy. Najpierw była faza: “Wytłumaczę wszystkim wszystko!”. Potem wkurzony wołałem: “Dlaczego wy wszyscy tego nie rozumiecie!?”. Później był żal do całego świata: “Jak możecie być tacy głupi!”. A teraz wiem, że jest tylko część ludzi, do których można dotrzeć. I do nich staram się docierać. I są tacy, którzy – dopóki do ogniska nie wpadną – to nie będą ufali, że ogień jest gorący. A są i tacy, którzy spalą się żywcem, a i tak nie dadzą wiary. I ciągle będą krzyczeć, że to wcale nie jest ogień, albo że jest niegroźny. Nie mam na to wpływu, ale bolą mnie cały czas wszyscy ci, którzy w kontekście chociażby COVID-a, ponoszą konsekwencje wyborów innych ludzi. I umierają z powodu nieostrożności albo głupoty innych. Jednocześnie jednak staram się mieć w sobie trochę zrozumienia.
To znaczy?
Pamiętam takiego przedsiębiorcę, który powiedział, że jest ciężko, że są lockdowny, że spadają obroty. Ja wtedy na takim pełnym wkurzeniu napisałem post, że ciężko to jest, k***a, tym pod respiratorami. Wtedy była we mnie masa żalu, bezsilności, bezradności. Dziś jednak widzę, że tak bardzo zapatrzyłem się w tę walkę na poziomie medycznym, że całkowicie zatraciłem spojrzenie na całą resztę. Decyzji o pierwszym lockdownie – włącznie z zamknięciem lasów – naprawdę będę bronił. Bo wtedy było tak, że nikt nie wiedział, co się dokładnie będzie działo. Byliśmy jak dzieci we mgle, każdy robił, co mógł. Wyszło jak wyszło, trudno. To tak, jakbym się nabijał z samego siebie, że na balu przebierańców w przedszkolu wyglądałem jak debil. No cóż, to jest taki wiek, że zdarza ci się wyglądać jak debil.
Ale można mieć ogromny żal do tego, co działo się później. Do tego, że zasady były niejasne, że mówiono przez pół roku, że nic nie będą robić, a nagle w ciągu tygodnia wprowadzali niemalże godzinę policyjną.
Powstał nawet internetowy generator nowych restrykcji.
No właśnie. I o to można mieć żal, tu przedsiębiorców jak najbardziej rozumiem. Doprowadzono w Polsce do sytuacji, w której całkowicie pozbawiono kogokolwiek jakiegokolwiek autorytetu. I jak profesorowie wychodzili i mówili: “Nie idźmy tą drogą, idźmy w stronę przeciwną”, to uruchamiali się politycy i mówili, że nie wolno, bo to będzie miało taki a nie inny wpływ na wyniki wyborów. W Polsce choćbyś miał Nobla, to nikt ci w nic nie uwierzy. Bo twoje argumenty błyskawicznie “odbije” nastolatka na Instagramie, pisząc, żebyś się nie ze***ł.
W trakcie pandemii Agnieszka Sztyler-Turovsky napisała książkę pt. “Oddział zakaźny. Historie bez cenzury”. Mam w niej swój rozdział, ale mniejsza z tym. Pamiętam, że trafił do mnie mocno fragment z wypowiedzią pracownika zakładu pogrzebowego. A to w pandemii było – w cudzysłowie – przedłużenie naszej działalności. Bo ktoś się tymi ciałami musiał zajmować. I ten gość powiedział wprost, że ustawa, która wprowadziła zakaz sprzedaży kombinezonów i maseczek komukolwiek poza szpitalami i podmiotami leczniczymi, pomogła medykom, ale uderzyła w zakłady pogrzebowe. Ja o tych ludziach nie myślałem! Nie zdawałem sobie pojęcia z tego, że oni też potrzebują dokładnie tego samego sprzętu. Na logikę jest to całkowicie zasadne. Ale w momencie, w którym patrzysz tunelowo, przychodzisz na dyżur i masz dwie maseczki chirurgiczne na trzydzieści osób, to raczej nie myślisz o innych ludziach.
Co jest dla ciebie szczególnie trudne – jako dla influencera?
Trudne jest na przykład odmawianie osobom, które wysyłają mi prośby o podanie dalej zbiórki na tę czy inną chorą osobę. Odmawiam niemal zawsze. Za każdym razem staram się takim ludziom odpisywać – nawet po miesiącu, jak jestem zarobiony, ale jednak – i tłumaczyć, czemu nie chcę spełnić ich prośby.
Czemu?
Bo nierzadko ci ludzie zbierają na jakieś szemrane, niedziałające, alternatywne terapie. Albo zbierają na operację w Stanach, która w Polsce lub w Niemczech wyjdzie dużo taniej. Czasem jest też tak, że na przykład czyjeś dziecko jest śmiertelnie chore i konwencjonalna medycyna nie ma im niczego do zaoferowania. I czasem pojawi się pan profesor obiecujący rodzicom takiej osoby złote góry… a będący w stanie przedłużyć agonię najwyżej o tydzień. W takich sytuacjach merytoryka nie współgra z emocjami. I do ludzi nie dociera, że środki przeznaczone na tę jedną osobę mogłyby pomóc dziesiątkom innych ludzi.
Dziwisz się temu?
Oczywiście, że nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby to moje dziecko wymagało pomocy, to stanąłbym na rzęsach, żeby pomóc.
Więc ci ludzie, który proszą mnie o podanie dalej zbiórki na bliską osobę, po usłyszeniu odmowy wyzywają mnie nierzadko od k***w. I ja to biorę na klatę, bo rozumiem ich emocje. Ale wolę to niż dołożyć się do leczenia dziecka, które albo nie ma szans na przeżycie, albo osoba, która proponuje im pomoc, jest zwykłym szurem lub oszustem. I dawanie takim pacjentom nadziei może być ogromnym okrucieństwem. Powinniśmy mówić wprost, że nie każdemu jesteśmy w stanie pomóc.
W pracy ratownika medycznego często zdarza się, że towarzyszy się chorym i ich rodzinom w ostatnich chwilach. Wielu ratowników wkurza się na takie wyjazdy, a ja nie mam najmniejszego problemu z tym, że przyjeżdżamy tylko po to, żeby uśmierzyć ból. Oczywiście wyręczamy kolejną gałąź systemu, bo tym powinna się zająć Podstawowa Opieka Zdrowotna (POZ) albo hospicjum domowe. Ale tak się nie dzieje. I mogę się do woli denerwować na rzeczywistość, a mogę też wziąć głęboki oddech, pojechać, podać komuś podskórnie morfinę, relanium w mięsień, poczekać aż zaśnie i nie będzie cierpiał. A tylko ostatni sk***ysyn pojechałby i powiedział: “Słuchajcie, jeśli dacie mi cztery bańki, to używając naparu z kiszonej kapusty i laserowego miecza, uleczę raka i dzięki temu wasza babcia przeżyje tydzień dłużej”.
Ale odbiorcy tego sk***ysyna dostaną od niego nadzieję.
Tak, czyli coś, czego my częstokroć nie możemy dać. O tym, jak się powinno przekazywać smutne informacje, pisze się książki i doktoraty. Psychologowie mówią o tym podczas wystąpień na TEDx. Ja na przykład w takich sytuacjach jestem – komunikacyjnie – cienkim Bolkiem. Ale uważam, że najgorsze, co można wtedy zrobić, to kłamać.
Jedną z rzeczy, których nie dano mi do zrozumienia na studiach, a dopiero w pracy zawodowe i w trakcie psychoterapii, jest to, że często to nie jest tak, że my musimy podczas jakiegoś wyjazdu odwalić coś niebywałego pod względem medycznym. Dokonać lekarskiego cudu. Czasem wystarczy, że zrobimy tak, żeby było… dobrze. Po prostu. Chodzi tylko o to, żeby ten człowiek czuł się zaopiekowany. Żeby ta rodzina czuła, że zrobiła wszystko, co mogła zrobić. Że nawet, jeśli coś się nie udało, to to nie jest tak ważne, jak to, że wszyscy czują się dobrze. I to jest też jakiś tam sens naszej roboty.
Podam ci przykład z wczoraj, gdy wyciągałem staruszkę z krzaków. Ławki były świeżo malowane, ona przycupnęła na takim parkanie i poleciała do tyłu. I zaklinowała się tyłkiem między krzakami i murkiem. I ona nie potrzebowała trzech tysięcy pytań o to, czy jej coś nie boli. Ona potrzebowała tego, żeby ktoś jej pomógł i żeby było dobrze. I tak zrobiliśmy. Czasem jeździmy też do starszych i samotnych ludzi. I oni wszyscy mają gdzieś, czy ja im podam Captopril czy jakiś inny lek. Im zależy na tym, żeby ktoś im zrobił herbatę i z nimi pogadał. I wtedy nie ma skarg ani zażaleń, ani spraw w sądzie przeciwko personelowi medycznemu.
A spotykałeś się w swojej karierze z medykami, którzy zwracali się do pacjentów w sposób niedopuszczalny?
Ja sam taki byłem i tak się zwracałem! Wchodząc do takiego środowiska, szczególnie na początku drogi zawodowej, szybko przejmujesz wzorce zachowań. I umówmy się, są ludzie, którym najzwyczajniej w świecie należy się oschłe traktowanie. Jak ktoś mi po pijaku robił burdy na oddziale, to nie byłem dla niego miły.
Ale jeśli pacjenci dostają w twarz ostrym językiem bez winy ze swojej strony, to jest to ogromny problem. I ja naprawdę rozumiem przemęczenie, przepracowanie, frustrację, bezsilność czy bezradność personelu medycznego. Ale zrozumiałem, że to nie może być wieczne usprawiedliwienie dla każdego zachowania. Jeśli nie jesteś w stanie zachować jako takiego człowieczeństwa jako ratownik medyczny, to zmień robotę. Naprawdę! Można robić tak wiele rzeczy, żeby nie być frustratem, że ja nie widzę sensu, żeby w czymś takim tkwić.
I powiedziawszy to wszystko, muszę podkreślić ponownie: ja też taki byłem! Byłem tą starą, bucerską babą z NFZ-u. Pamiętam taką noc, gdy byłem akurat chwilę po niezwykle ciężkiej reanimacji, no facet był w strasznym stanie. Wychodząc natknąłem się na jego rodzinę, oni wzięli mnie za lekarza i naskoczyli na mnie… emocje były bardzo duże.
Zszedłem roztrzęsiony na dół, była czwarta nad ranem. I nagle zetknąłem się z tą dziewczyną. Ona miała infekcję intymną – zapalenie cewki moczowej. To leczy się antybiotykiem u ginekologa albo u lekarza pierwszego kontaktu. Nie na SOR. Więc się na nią wydarłem. I do dziś jest mi głupio – przepraszałem ją publicznie nieraz i jeśli czyta ten wywiad, to przepraszam ponownie. Coś takiego absolutnie nie powinno mieć miejsca.
Pamiętam też taką sytuację z drugiego roku studiów. Robiłem wtedy wolontariat w szpitalu. Biegłem z laboratorium z workiem krwi – resuscytowaliśmy gościa z wypadku samochodowego. Ten człowiek zmarł. I gdy biegłem z tą krwią, to na korytarzu chwycił mnie za połę uniformu mężczyzna z kolką nerkową. A to jest ból, który może być silniejszy od bólów porodowych. I on mnie grzecznie zapytał, ile jeszcze będzie czekał. A ja, biegnąc, wyrwałem jego rękę i rzuciłem do niego: spier***aj. I jak wróciłem, żeby go przeprosić, to już go tam nie było. Więc jest gdzieś w Polsce człowiek, który – będąc w trudnej sytuacji – usłyszał ode mnie bluzg. Słabo, nie? Ale ja nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Natomiast mimo tego, że żałuję, to za każdym razem zachowałbym się tak samo. Może użyłbym innego słowa… Ale ja wtedy ratowałem czyjeś życie. To jest nasz świat, to jest nasza branża. To są nasze wyzwania i nasza codzienność. I sytuacji trudnych nie da się uniknąć. Można co najwyżej robić wszystko, co w naszej mocy, żeby było ich jak najmniej.
