Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

Jak zarabiać na szachach. Wywiad z Michałem Kanarkiewiczem

  z dnia: 7 czerwca 2021

Szachy z mojej największej pasji zmieniły się w pracę, z której jestem się w stanie utrzymywać. Prawdopodobnie nie byłoby to możliwe przed erą social mediów – rozmowa z Michałem „SzachMajkiem” Kanarkiewiczem w ramach cyklu Historie Twórców od IMKER.


Prowadzisz własną firmę szkoleniową, występujesz publicznie, uczysz gry w szachy dorosłych, dzieci i gwiazdy, sprzedajesz książki i kursy online, inwestujesz w budowanie własnej społeczności m.in. na TikToku. Kim jest Michał Kanarkiewicz? Człowiekiem-orkiestrą?

Michał Kanarkiewicz, SzachMajk: Jest człowiekiem, który stara się realizować swoje marzenia. Moim celem jest, aby 10 milionów Polaków nauczyło się grać w szachy. Realizuję go głównie poprzez działania popularyzujące tę grę. Uczę zasad gry osoby prywatne i publiczne, np. sportowców, ale szukam też sposobów na szersze dotarcie – stąd projekt SzachMajk. Mój kanał na TikToku, na którym dzielę się wiedzą szachową, ma w tej chwili 108 tys. obserwujących i liczba ta rośnie bardzo szybko. Moje główne źródło przychodów pochodzi jednak ze świata biznesowego. Prowadzę szkolenia z myślenia strategicznego na podstawie gry w szachy, świadczę usługi konsultingowo-doradcze dla firm oraz biorę udział jako mówca w eventach – głównie dla korporacji. Moje szachowe projekty są bardzo fajne i cieszę się, że są realizowane, jednak obecnie skupiam się głównie na działalności biznesowej.

Czy miałeś plan określający dokładnie, co chcesz osiągnąć, i krok po kroku go realizowałeś?

Muszę uczciwie przyznać: na początku chciałem po prostu zarabiać pieniądze. Moja przygoda z biznesem zaczęła się od roznoszenia ulotek w wieku 16 lat. Później zacząłem uczyć dzieci i znajomych gry w szachy.

Od początku wiedziałeś, że chcesz być przedsiębiorcą?

Tak. Gdy roznosiłem ulotki, chciałem mieć wyższą stawkę godzinową niż pozostali, ponieważ uważałem, że robię to lepiej. Wtedy w Trójmieście zarabiało się średnio 7-8 zł za godzinę, a ja od pewnego momentu dostawałem 12 zł. Roznosiłem ulotki dla firmy zajmującej się wykańczaniem łazienek, której właścicielem był zresztą jeden z moich pierwszych trenerów szachowych – Maciej Kuśmierz. Jeździłem więc po placach budowy, po nowych trójmiejskich osiedlach. Nie rozdawałem ulotek losowym turystom na Monciaku w Sopocie, tylko potencjalnie zainteresowanym ludziom, którzy kupują mieszkanie w stanie deweloperskim. Dzięki temu moja stawka mogła być wyraźnie wyższa. Wtedy myślałem, że jestem geniuszem przedsiębiorczości…

Potem zacząłeś uczyć gry w szachy.

Gdy tylko osiągnąłem pełnoletność, założyłem jednoosobową działalność gospodarczą. Bardzo zależało mi, by być w pełni transparentnym w kwestiach finansowych. Wymagali też tego ode mnie ówcześni partnerzy biznesowi, czyli głównie szkoły i przedszkola, w których prowadziłem zajęcia szachowe. Niedawno podliczyłem sobie, że łącznie przez siedem lat pracowałem w ponad 50 różnych placówkach edukacyjnych.

Jak trafiłeś z szachami do świata biznesu?

Szachy umożliwiają poznawanie ciekawych ludzi. Dostawałem od nich sygnały, że to, co robię, jest potrzebne i ważne i że mogę swoją wiedzę zaoferować światu szerzej. Z czasem opracowałem koncepcję szkoleń z myślenia strategicznego na bazie gry w szachy, czego nikt w Polsce wtedy nie proponował. To był rok 2017 i byłem świeżo po lekturze książki na temat strategii błękitnego oceanu. Zainspirowała mnie, by połączyć wiedzę szachową – temat zupełnie wówczas nieporuszany w biznesie – z modnym tematem myślenia strategicznego. Z miejsca stałem się dość rozpoznawalny, bo byłem pierwszą osobą oferującą tego typu szkolenia. Z drugiej strony na początku miałem dosyć ciężko, bo nie było żadnych benchmarków dla tego, co robię. Czasem trudno było mi wytłumaczyć osobom decyzyjnym w korporacjach, na czym konkretnie polegają moje szkolenia i czemu mogą być im potrzebne.

Równolegle rozwijałeś swoją stronę internetową i społeczność.

Dziś jest jasne, że sama „poczta pantoflowa” nie przyniesie klientów. Nie zrobi tego, bo nikt nie zna twoich usług. W branży szkoleniowej utarło się przekonanie, że trzeba czekać wiele lat, żeby zbudować swoją markę – może to trwać 5, 10 albo i 15 lat. To nie jest bliski mi sposób myślenia. Towarzyszyło mi poczucie, że względnie szybko poprzebijałem się przez różne szczeble. Nie chciałem czekać długo. Inspirowałem się tym, co mówił wtedy trener mentalny olimpijczyków Jakub B. Bączek: „Jaki jest sens czekania, jeżeli doświadczenie i tak przyjdzie?”. To była bardzo ważna i cenna dla mnie lekcja.

Co Ci najbardziej pomogło rozwinąć się biznesowo?

Wykorzystywałem i cały czas wykorzystuję swoje szanse. Jeżeli jest jakaś jednorazowa akcja, która może być turbo boostem dla mojego rozwoju, to zrobię bardzo wiele, żeby wziąć w niej udział. Od początku miałem taki mocno sportowy mindset. Oglądałem niedawno film o Cristiano Ronaldo, w którym powiedział, że po latach ludzie pamiętają tylko zwycięzców – nieważne w jakim stylu zwyciężyli. Przegranych nikt nie pamięta, nawet jeżeli to była piękna i romantyczna historia. Mam trochę podobne nastawienie. Aktywnie wypatruję przełomowych dla mnie momentów. Jeżeli pojawia się coś, co najpewniej popchnie moją karierę do przodu, to się na to rzucam.

Co było największym z takich przełomów?

W 2018 roku wystąpiłem na scenie z Nickiem Vujicicem w ramach wydarzenia „Życie bez ograniczeń”. Wcześniej musiałem przejść konkurs eliminacyjny. W pierwszym etapie należało nagrać filmik, w którym przekonujesz internautów, dlaczego warto na ciebie głosować. Jak dostałeś się do finałowej dziesiątki, to głosowali na ciebie uczestnicy wydarzenia, czyli osoby, które kupiły na nie bilet. Wideo konkursowe zrobiłem megaprofesjonalnie. Pojechałem specjalnie do Krakowa – jest tam bulwar, gdzie stoi charakterystyczny stoliczek szachowy, który pamiętałem z filmu „Vinci”. Zatrudniłem doświadczonego filmowca. Za 2-minutowy film zapłaciłem sporo pieniędzy, jak na tamte czasy. Wiedziałem jednak, że to szalenie ważne, by moje wideo było wysokiej jakości, a nie nagrane telefonem. Do tego byłem pierwszą osobą, która opublikowała film konkursowy. Stwierdziłem, że bycie pierwszym na Facebooku da mi większą szansę zaistnienia – i rzeczywiście tak było. Do drugiego etapu wykorzystałem strategię, która już dzisiaj nie jest możliwa, ale wtedy jeszcze Facebook na to pozwalał. Wszedłem na wydarzenie facebookowe i do wszystkich osób – a było ich kilka tysięcy! – które kliknęły „wezmę udział”, wysłałem prywatną wiadomość. Do dzisiaj mam takie sytuacje, że ktoś z tamtych uczestników przyjmuje mnie do znajomych. Po 3 latach od wydarzenia! Pamiętam doskonale, jak pisałem do tych tysięcy osób, bo specjalnie zerwałem się wcześniej z imprezy urodzinowej kolegi. Głosowanie trwało do niedzielnego południa. W sobotę, niedługo przed północą jestem na tej imprezie i wiem, że są na niej fantastyczni ludzie, ale też mam poczucie, że muszę wrócić do domu i zawalczyć o coś, co może zmienić moją karierę. Więc zrobiłem to, by zaprosić te tysiące osób do znajomych i zachęcić ich do głosowania na mnie.

Konkursu nie wygrałeś, ale mimo to wystąpiłeś na scenie.

Tamten konkurs jednym głosem wygrał Łukasz Krasoń. Łukasz Milewski, czyli organizator wydarzenia „Życie bez ograniczeń”, postanowił, że ja też wystąpię – oddał mi część swojego czasu. To było przełomowe wydarzenie z wielu powodów. Po pierwsze, do dziś ludzie kojarzą mnie z tego wydarzenia. Po drugie, udowodniłem samemu sobie, że potrafię być naprawdę zdeterminowany, jeśli chcę coś osiągnąć. Po trzecie, nauczyłem się, jak prowadzić działania marketingowe. Powstałe wtedy materiały i zdjęcia potrafiłem dobrze wykorzystać w różnych kontekstach. Na ich bazie powstała nawet moja strona internetowa. Dziś już wiem, jak wykorzystywać nadarzające się okazje. Na przykład, gdy ktoś dzwoni, że mogę uczyć gry w szachy piłkarza ręcznego i króla strzelców Igrzysk Olimpijskich w 2016 roku – Karola Bieleckiego, mistrza świata w siatkówce – Krzyśka Ignaczaka czy Kamila Grabarę – kapitana reprezentacji Polski w piłce nożnej U-21 – to daję wtedy z siebie wszystko, bo wiem, że dzięki takim pojedynczym szansom mogę się dalej wybić.

Czy w ogóle uważasz się za influencera?

Dla mnie zaskoczeniem jest popularność SzachMajka na TikToku. Myślę, że mam sporą szansę, żeby zbudować tam duży projekt, choć też bardzo wiele zmiennych zdecyduje o tym, czy będzie to sukces, czy nie. Sporo ostatnio inwestuję też w YouTuba, bo wydaje mi się, że to jest platforma, która była, jest i będzie ważna. W tej chwili nie mam tam spektakularnych wyników. Ale z biegiem czasu: kto wie? Często to jest kwestia jednego czy dwóch filmów. Tak było na TikToku – mój pierwszy film po prostu stał się viralem i od tego wszystko się zaczęło. Mam przeczucie, że na YouTubie może być podobnie. Cały czas dość zachowawczo rozwijam projekt SzachMajk. Zdarza się, że różni twórcy internetowi, żeby zdobyć uwagę publiczności, przesuwają granicę tego, co można zrobić w internecie. Ja nie chcę tak działać.

Nic na siłę?

Pewnie niektóre rzeczy bardzo dobrze sprzedałyby mi się na YouTubie, ale funkcjonuję w świecie biznesu i nie chcę pewnych granic przesuwać. W tym momencie kanały SzachMajk traktuję jako uzupełnienie mojej działalności i realizację misji popularyzacji szachów. Nie chcę, by moja działalność influencerska w jakikolwiek sposób godziła w interesy mojej marki osobistej, którą wypracowałem sobie przez lata. Chcę popularyzować szachy z poczuciem smaku. Chcę iść bardziej w kierunku szczerze zainteresowanego szachami internauty niż masowego odbiorcy, który klika w mój film, bo to clickbait. Mówię o tym świadomie, bo wielokrotnie ten temat wraca. Wiem, że można używać mocniejszych określeń czy przekleństw i wtedy prawie na pewno zdobywa się większą publiczność. Ale zawsze jest coś za coś. Gdybym był bardziej kontrowersyjny, być może nie byłbym traktowany poważnie w świecie biznesu.

Dbasz o spójność wizerunkową.

Dbam o swoją markę osobistą. Mówię o tym, bo wiem, że mogą nas czytać osoby, które rozważają różne ścieżki. Rekomenduję po prostu znaleźć złoty środek. Z jednej strony zastanowić się, co robić w internecie, żeby to nie było nudne i sztampowe, ale z drugiej – stawiać sobie granice, żeby być spójnym z samym sobą.

Szachy przeżywają renesans. To efekt „Gambitu Królowej”, ale i samej pandemii – można w nie grać online i w każdym miejscu. Czy Ty odczuwasz wzrost zainteresowania szachami?

Zdecydowanie tak. Moim zdaniem jest jeszcze jeden istotny powód wzrostu popularności szachów w Polsce – Jan Krzysztof Duda, najlepszy polski szachista, który przebił się do światowej czołówki, pokonując w zeszłym roku Magnusa Carlsena, czym przerwał jego ponad 2-letnią serię partii bez porażki. Widzimy istotnie większe zainteresowanie szachami w tzw. mainstreamie. Chociaż trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że szachy pozostają niszowe i żeby to zmienić, sporo musi się jeszcze wydarzyć.

Obowiązkowe lekcje szachów w szkole?

To jest jedna z dróg. Taka lekcja mogłaby być wspierająca dla rozwoju dziecka. Ale nie jestem zwolennikiem przymusu. Lepiej pójść w kierunku, by w szkołach wprowadzić jedną godzinę lekcji gier logicznych. Na przykład dziecko wybiera sobie szachy, warcaby albo coś innego. Inną drogą jest organizowanie masowych eventów związanych z szachami – np. pokazowe turnieje szachowe z gwiazdami. Choć w czasie pandemii zrobiliśmy ogromny krok w kierunku umasowienia tej dyscypliny, to wciąż daleko im do popularności piłki nożnej, koszykówki czy tenisa. Po trzecie, na pewno musi pojawić się więcej osób gotowych zainwestować spore pieniądze w szachy – w sponsoring wydarzeń, w najlepszych sportowców. Wydaje mi się, że stoimy przed ogromną szansą, może nawet największą w ostatnich 20 latach, aby uczynić z nich sport masowy w Polsce. To oczywiście zależy od bardzo wielu czynników, ale widzę sporo pozytywnych zmian.

Co Ci dały szachy?

Nauczyłem się planować i podejmować decyzje. Brak decyzji też jest decyzją, co świetnie widać w szachach, gdy czas ucieka. Potrafię myśleć o swoich mocnych stronach, wiem, jak je wykorzystywać, a jednocześnie minimalizować zagrożenia i nie skupiać się na tym, czego nie potrafię, bo to nie ma sensu. Nawet jeżeli z kompletnego beztalencia stanę się mniejszym beztalenciem, to nic prawdopodobnie nie zmieni się w moim życiu. Dlatego warto skupiać się na tym, w czym jestem dobry, i to wzmacniać. Szachy z mojej największej pasji zmieniły się w pracę, z której jestem się w stanie utrzymywać. Prawdopodobnie nie byłoby to możliwe przed erą social mediów. Oczywiście już wcześniej byli trenerzy szachowi, ale pieniądze z tego tytułu nie są aż tak duże, żeby żyć tylko z tego. Gdybym nie grał w szachy i i innych działań z nimi związanych, nie poznałbym tych wszystkich wspaniałych sportowców, piosenkarzy czy wokalistek, których uczę grać w szachy. Mógłbym co najwyżej ich “poznać”, oglądając koncert czy mecz w telewizji. Jako dziecko chciałem być sportowcem, a konkretnie piłkarzem, więc teraz każdy moment, gdy uczę sportowców – a w szczególności piłkarzy – wiąże się z poczuciem, że skoro nie mogłem wejść drzwiami, to spróbuję oknem, a jeżeli nie uda się oknem, to spróbuję kominem. I trochę takim kominem do tego świata piłkarskiego wkroczyłem. Mimo że nie gram zawodowo w piłkę, to mam kontakt z naprawdę topowymi zawodnikami z Ekstraklasy i Polakami, którzy grają za granicą. To jest wartość dodana, której nie da się przeliczyć na żadne pieniądze. To jest sfera marzeń, a dla mnie marzenia są nienegocjowalne.

Jakie miejsce w tych marzeniach ma Twoja działalność influencerska i wydawnicza?

Sprzedaję swoje książki przez dystrybutorów i przez swoją stronę internetową. Mam z tego całkiem przyzwoite pieniądze. Wiem jednak, że jeśli chcę więcej sprzedawać, muszę mocniej rozwinąć markę SzachMajk. Wymagałoby to ode mnie innej pracy i znacznie większych nakładów czasu i pieniędzy niż dzisiaj na to poświęcam. W tej chwili nie skupiam się na jak najszybszej monetyzacji swojej marki, a raczej na tym, żeby budować wartość i ją dawać mojej grupie odbiorców. Wierzę, że z czasem to zaprocentuje, tak jak to się stało w przypadku wielu polskich twórców internetowych. Najpierw dajesz wartość, a później społeczność zaczyna u ciebie kupować w ramach wdzięczności. Nawet jeżeli jest trochę drożej, to kupują u ciebie, bo ci ufają i cię cenią. W tej chwili zależy mi na budowaniu relacji, ale nie ukrywam, że monetyzacja jest istotna. Kiedyś czytałem książkę Blowka, jednego z najpopularniejszych polskich youtuberów, i puenta była mniej więcej taka: „jeżeli nie zarabiasz, to musisz skończyć karierę, bo bycie influencerem kosztuje”.

To co radzisz początkującym twórcom internetowym?

Jeżeli budowanie swojej społeczności to dla ciebie projekt poboczny, to jest to bardzo dobre rozwiązanie. Jeżeli możesz w nie zainwestować jakieś środki prywatne, to też fajnie, ale polecam sobie to dobrze wykalkulować, bo na początku naprawdę ciężko jest zarabiać z twórczej działalności internetowej. Jeżeli jesteś młodym człowiekiem, to szalej i rób, co ci w duszy gra. Natomiast jeżeli już masz swój biznes czy zobowiązania, to nie rzucaj wszystkiego, nie wyjeżdżaj w Bieszczady i nie zostawaj pełnoetatowym youtuberem, bo to zwykle na początku nie daje pieniędzy. Moje kanały jeszcze się same nie finansują. To sprawia, że moje decyzje – np. pod kątem rozwoju kanału na YouTubie – są wyważone. TikTok jest taką platformą, na której można robić prawie wszystko za darmo, ale jeżeli chcesz robić YouTube na jakimś przyzwoitym poziomie, to to już kosztuje. Dzięki aktywnej obecności w mediach społecznościowych mam zapewne nieco większą sprzedaż książek czy kursów. Nie jest to całkowicie mierzalne, więc podchodzę do tego ostrożnie. Wiem natomiast, że twórczość internetowa wymaga ogromnego poświęcenia czasu i środków. Dobrze o tym pamiętać.

Zuzanna Szybisty
Zuzanna Szybisty

Zuzanna Szybisty - ekspertka ds. komunikacji. Lubi rozmawiać z ludźmi i czytać książki o pisarkach. Współzarządzająca agencją PR Profeina, współzałożycielka portalu Briefly. Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Warszawskim i Polskiej Szkoły Reportażu.