fbpx

Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

– Ludzie strasznie upraszczają prawo i zbyt często brną w bezsensowne spory – rozmowa z Mikołajem Lechem

  z dnia: 5 stycznia 2022

– Kiedyś przesłuchiwaliśmy w sądzie mężczyznę, który zawinął matce domenę internetową i zgłosił ją jako znak towarowy. Wszyscy płakali, poza pełnomocnikami i kolegium orzekającym. Matka pytała przez łzy: “Czemu mi to zrobiłeś?”. Finalnie wygraliśmy dla niej ten spór, ale co z tego, jak syn ma trójkę dzieci i ona nie ma kontaktu ani z nim, ani z wnukami? Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, po wszystkim czułem się fatalnie. Wróciłem do domu i przytuliłem swojego 2-letniego synka – mówi Mikołaj Lech, rzecznik patentowy, autor bloga i kanału YouTube “Znaki towarowe”, zajmującego się prawną ochroną marki.

Bartek Przybyszewski: Kiedyś w jednej małej miejscowości widziałem sklep odzieżowy nazywający się Face Book. Logo trochę wystylizowane na oryginał, ale nie niebieskie, tylko różowe. Czy twoim zdaniem stąpali po cienkim lodzie?

Mikołaj Lech, blog “Znaki towarowe”: Mam podobną historię. W Gruzji, niedaleko słynnej Cerkwi Świętej Trójcy, znajduje się mały sklepik o nazwie Market Google, wykorzystujący stare logo wyszukiwarki. Kiedyś pisałem o nim na blogu. Takie rzeczy zdarzają się na całym świecie i z całą pewnością jest to naruszenie praw autorskich do logo. Nie wiem, czy te dwa przypadki skończą się w sądzie, ale asekuracyjnie uważam, że przy planowaniu własnego biznesu nie warto ryzykować sporu, zbliżając się w ten sposób do znanej marki.

Naprawdę Googlowi chciałoby się nasyłać prawników na właściciela gruzińskiego warzywniaka?

Takie sytuacje się zdarzają, nawet w Polsce.

To prawda. Na przykład Apple miał sprawę sądową z Polakiem, właścicielem sklepu ap.pl.

Tak, miałem okazję z tym człowiekiem rozmawiać. Wydawało mi się, że Apple ma szansę zablokować działalność sklepu – znałem takie historie z przeszłości i z reguły w takich przypadkach właściciele znaków są w stanie blokować tego typu działalności. Tym bardziej, że to nie był przypadek, bo ten człowiek wówczas sprzedawał między innymi sprzęt marki Apple. To nie był sklep z owocami. 

Apple jednak nie dopiął swego. Dlaczego?

Słyszałem, że uzasadnienie wyroku oparte było na tym, że w Polsce przyjmuje się, że końcówka “.pl”, czyli element domeny, jest niedystynktywna. To po prostu zwykła informacja, że oferta sklepu skierowana jest na rynek polski. A samo “ap” to za mało, żeby Apple wygrało z właścicielem sklepu. Korporacja liczyła na to, że domena będzie czytana jako całość. Tymczasem sąd stwierdził, że elementem fantazyjnym było tylko to, co znajdowało się przed kropką. Dlatego właścicielowi sklepu udało się pokonać giganta. Albo inaczej – nie przegrać z nim, jak wielu właścicieli biznesów przed nim.

I obecnie gość zarabia na sprytnym skojarzeniu.

Tak. Podobnie jak osoby parodiujące znane marki. Na przykład koszulki ze skaczącym guźcem podpisanym “Pumba” – zamiast Puma. Czemu to się świetnie sprzedaje? Bo zachodzi tu puszczenie oka do odbiorcy. A zarazem im lepiej się oryginalna Puma reklamuje, im większą ma rozpoznawalność i im lepsze kampanie prowadzi, tym lepiej sprzedaje się Pumba. Ktoś czerpie korzyści z wywołanych skojarzeń. Nikt nie pomyli jednego logo z drugim, ale jako właściciel Pumby w ogóle nie muszę reklamować swojej marki, bo liczę na marketing Pumy. Moim zdaniem takie działanie jest niezgodne z prawem. Właściciel sparodiowanej marki czerpie bowiem nienależne korzyści ze skojarzeń z renomowanym znakiem towarowym.

To szalenie ciekawy temat, który na wielu przykładach opisałem na blogu.

Po co wielkie marki sądzą się z małymi żuczkami i żartownisiami? Czemu nie mogą odpuścić takich drobnych spraw?

To jest świadoma polityka. Duże firmy są tak agresywne, żeby wszyscy wokół wiedzieli, aby się do nich nadmiernie nie zbliżać. Kiedyś konsultowałem nazwę firmy, która miała zajmować się technologią płacenia twarzą – jak w Chinach, że podchodzisz i możesz zapłacić na podstawie swoich rysów. Mieli nazwę fonetycznie zbliżoną nieco do Apple. Rekomendowałem Klientowi wejść w inną, bo wiedziałem, że Amerykanie to monitorują. I na pewno by go zaatakowali. O to chodzi wielkim firmom – chcą odstraszać konkurencję. Wiem to ja i cały rynek osób zajmujących się własnością intelektualną. 

Dowiedziałem się z twoich tekstów, że możliwość lub brak możliwości rejestracji zależy przede wszystkim od danej branży. Czyli jeśli nazwa mojej firmy jest fonetycznie podobna do Apple’a, ale zajmuję się hodowlą jedwabników, to Amerykanie nie mieliby czego szukać w sądzie.

Dobrze kombinujesz – jeśli przejrzysz wykaz klas jakiegokolwiek znaku towarowego Apple’a to on ma wszystko pozastrzegane, ale tych jedwabników lub prawdziwych jabłek tam nie ma. Gdybym nazwał warzywniak “Apple”, to nic by nie mogli zrobić, bo to jest nazwa opisowa – w końcu sprzedaję jabłka. Więc nie można też tak upraszczać, że znak renomowany chroni na wszystko. Ale jest i druga strona medalu: gdybym chciał zastrzec znak towarowy Apple dla sieci warzywniaków, to nie byłbym w stanie tego zrobić ponieważ nikt nie może być wyłącznym właścicielem nazwy opisowej. W takiej sytuacji mój sąsiad mógłby założyć inny warzywniak Apple i nic nie mógłbym z tym zrobić.

Niedawno Puma próbowała zablokować rejestrację znaku Puma System – to były jakieś maszyny wiertnicze. Sąd uznał, że może i znak Puma jest renomowany, ale nie ma opcji, żeby ktoś się pomylił podczas kupna. To samo dotyczy okien Rolex – uznano, że patrząc na framugę okna raczej nikt nie pomyśli, że to ta sama marka.

O tym jak sprawdzić czy nazwa jest wolna opowiadałem w poniższym nagraniu:

To po co duże firmy w ogóle wchodziły w ten konflikt?

Bo próbowały wykazać, że ktoś czerpie nienależne korzyści ze skojarzeń – tak jak w przypadku Pumby.

Jeśli chodzi o nazwy, to z reguły sprawa jest jasna – dla każdego zawsze znajdzie się miejsce, alfabet łaciński daje nieskończone możliwości, a jeśli dane słowo jest zbyt podobne do innego, to zawsze możesz dodać pięć liter – i wszystko będzie okej. Natomiast jeżeli chodzi o logo, sygnety i logotypy to wydaje mi się, że tu jest zdecydowanie mniej miejsca, bo w grę wchodzi np. ograniczona liczba kształtów czy figur geometrycznych, które można wykorzystać. Facebook wprowadził niedawno na rynek logo Meta, przypominające nieco rozciągnięty ku dołowi znak nieskończoności. Podobnie wygląda sygnet firmy M-sense, która z tej okazji wyzłośliwiała się na LinkedInie, że ktoś chyba za mocno się inspirował.

Czy myślisz, że firma M-sense jest konkurencją dla Zuckerberga?

Nie wydaje mi się – oni pochodzą z Niemiec i robią aplikację zdrowotną. Teraz pytanie: jak to jest? Czy jeżeli chcę sobie zaprojektować logo, które nie jest po prostu logotypem, czyli graficznym przedstawieniem nazwy, tylko jest sygnetem… to czy muszę uważać żeby ten sygnet nie przypominał jakiegokolwiek innego, powstałego gdziekolwiek na świecie?

Jeżeli Facebook nie jest konkurencją dla firmy M-sense, to na gruncie znaków towarowych dwa identyczne logo są uznawane za niepodobne do siebie, bo oznaczane nimi towary lub usługi są kierowane do różnych kategorii osób. Jeśli restauracja ma taką samą nazwę lub logo jak firma produkująca rajstopy, to nie ma szans, żebyś chciał pójść do niej kupić rajstopy. I na odwrót: do hurtowni rajstop nie pójdziesz na lunch.

My możemy to rozpatrywać na gruncie praw autorskich. Wtedy możemy ocenić, jaka była swoboda twórcza. W tej konkretnej sytuacji bazujemy na znanym znaku nieskończoności, który wygląda w ten sposób i zastanawiamy się, jakie właściwie elementy są twórcze w tym symbolu. Widziałem, że oba są delikatnie rozciągnięte. Ale one są do siebie podobne jak dwa krzesła – to, że w jednym i drugim są cztery nogi i oparcie, nie oznacza, że są identyczne. Czy to może być chronione prawem autorskim? I czy na pewno tylko dwie firmy w historii podobnie przekształciły symbol nieskończoności na użytek znaku towarowego? Gdybyśmy poszukali w internecie, to na pewno okazałoby się, że podobnych znaków było więcej w przeszłości i że M-sense nie był pierwszy. Przy tak prostych symbolach jest ryzyko, że będziemy do kogoś podobni, dlatego ja jestem za tym, aby przy projektowaniu logo stawiać na większą oryginalność

Odradzasz używanie prostych kształtów klientom?

Raczej tak. Z jednym rozmawialiśmy kiedyś o pewnej jego marce i powiedziałem, że do tego, co on chce tam sprzedawać, idealnie pasowałby rysunek pancernika. Bo jego produkt składał się i zwijał.

No ale przecież inna firma też mogłaby sobie wziąć pancernika.

Jasne, tylko jaka jest szansa, że ktoś przypadkowo narysuje pancernika w sposób identyczny? Żadna. Ale gdy mamy jakieś serduszko, gwiazdkę czy symbol nieskończoności, to dużego pola do popisu nie mamy. To proste symbole i niemal z definicji będziemy do kogoś podobni.

No chyba, że grafik, który zaprojektował ci logo, świadomie “zainspirował” się już istniejącym znakiem. Tak było w przypadku influencerki z Ekipy, Wersow, która najpierw używała logo, do którego nie miała praw, a potem – gdy już wybuchła afera – przerobiła je tak, by tylko lekko przypominało poprzedni znak.

To jest moim zdaniem i wina Wersow, i grafika, który stworzył drugi znak. W Polsce pokutuje mit 30 procent. I większość grafików nawet nie wie, że to mit – że jeśli coś przerabiasz, to ponoć musisz zmienić 30 procent oryginału, żeby nikt cię nie pozwał. Wielokrotnie tłumaczyłem, że wcale tak nie jest w świetle prawa autorskiego. A graficy często tłumaczą się tym, że “przecież wszyscy tak robią”.

Wśród influencerów związanych z Ekipą nie tylko Wersow miała problem ze znakiem. Sam nagłośniłeś spór o nazwę “Lody Ekipy”, którą ktoś zgłosił do rejestracji jeszcze zanim zdążyli to zrobić youtuberzy. Z czego wyniknął ten błąd?

Z bardzo ryzykownego działania, które nie jest wcale takie rzadkie: prowadzę firmę, jest o niej głośno, wszystko dobrze się rozwija, zatrudniam pracowników… ale jednocześnie działam bez zarejestrowanego znaku towarowego. Tak jak mówisz: nazwa “Lody Ekipy” została zgłoszona na Polskę przez pewnego mężczyznę 3 dni przed nimi. Zgłaszający wniósł później sprzeciw do rejestracji ich znaku powołując się na to, że to on był w Urzędzie Patentowym pierwszy.

Moje nagranie, w którym opowiadam o tym sporze:

Skutecznie?

Ekipa prawdopodobnie to wygra, ale mleko już się wylało. W Polsce wszyscy o tym się rozpisywali, jest afera i parę lat sporów o prawa do marki. Więc co z tego, że wygrają? Zobacz, ile potrwa odkręcanie tego, również wizerunkowe. Jakie to generuje problemy. I to w sytuacji, gdy mogą to wygrać. A co, gdyby ta sytuacja wcale nie była taka zerojedynkowa? Wyobrażasz sobie, że rozwijasz markę, a potem musisz się o nią bić np. przez 3 lata bez żadnej gwarancji pozytywnego finału?

W takim razie wytłumacz mi najprościej jak potrafisz: kiedy powinienem rejestrować nazwę swojej działalności, bloga czy projektu, a kiedy nie?

Upraszczając: jeżeli nie zarabiasz i nie chcesz zarabiać – wtedy nie rejestrujesz. Gdy zaczynasz zarabiać i liczy się każdy grosz, to poczekaj, aż sprawdzi ci się model biznesowy. A kiedy czujesz, że biznes ci działa, masz z tego klientów, dużo inwestujesz, to to jest moment, w którym powinieneś ten znak zarejestrować.

Może się też zdarzyć tak, że wpadłeś na absolutnie rewelacyjną nazwę, która ma ogromny potencjał. I słusznie boisz się, że ktoś ci ją zabierze. Jednemu klientowi zastrzegliśmy znak Czystojak – czyli połączenie czystości i stojaka. Jego firma sprzedawała stojące urządzenie do dezynfekcji rąk. Świetna gra słów! Są też i takie nazwy, przy których przedsiębiorcy wykazują się pewną odwagą. Na przykład Drunk Elephant do oznaczania kosmetyków. My zastrzegliśmy znak towarowy Fat Bat, czyli tłusty nietoperz – na sklep z elektroniką. To są takie fajne nazwy, że raz człowiek to usłyszy i mu w głowie siedzi. Jeżeli jest to mały przedsiębiorca, ale ma poczucie, że nazwa jest petardą, to działanie bez rejestracji jest bardzo ryzykowne i on musi sobie odpowiedzieć, czy poczeka pół roku i zobaczy, czy mu się to sprzedaje, czy nie chce ryzykować, że ktoś mu tę nazwę po po prostu zawinie. 

Wróćmy do lodów Ekipy – słuchałem twojej rozmowy z gościem, który zgłosił na siebie tę nazwę.

Tak, w komentarzach pod wcześniejszym filmem było gorąco, więc chciał przedstawić swoją wersję wydarzeń.

Ten człowiek twierdził, że wcześniej rozmawiał z kimś z Ekipy o tych lodach, że był pomysłodawcą produktu, a potem oni postanowili wykorzystać pomysł bez niego. Wierzysz w jego wersję historii?

Tak, ja mu wierzę. Natomiast od strony prawnej nie ma to żadnego znaczenia. Rozmowa z nim absolutnie niczego nie zmienia, jeżeli chodzi o moją ocenę prawną. Oni – czyli Ekipa – stworzyli rozpoznawalną markę chronioną jako dobro osobiste. To po prostu maszynka do robienia pieniędzy, bardzo dobrze przemyślana. Jest chroniona niczym pseudonim artystyczny. Natomiast z samego faktu, że ty albo ja mamy pomysł na to, żeby wypuścić lody pod taką marką, nie przysługują nam żadne prawa do nazwy. Dla przykładu: czy uważasz, że jeśli napiszę wiadomość prywatną do zespołu Metallica z pytaniem “a może wypuścicie lody Metallica?” – to będę miał jakieś prawa do tego potencjalnego produktu z racji tego, że pomysł wyszedł ode mnie?

Pewnie nie.

Oczywiście, że nie. Gdybym chciał sądzić się z Metallicą o lody podobnie jak ten mężczyzna od Ekipy, to de facto próbowałbym uszczknąć coś dla siebie z wizerunku artystycznego stworzonego za grube pieniądze przez kogoś innego.

Pewnie tak było, że on Ekipie ten pomysł rzucił, ale przy okazji był pewnie jednym z tysiąca osób, które się wokół nich kręciły i dzieliły się różnymi pomysłami. I ten jego z lodami po prostu sobie wzięli. Być może nie pamiętając nawet, że wyszedł od niego. A że każdy skupia się na sobie, to ten człowiek dziś jest przekonany, że wpadł na fantastyczny pomysł z lodami. Mało tego: jestem pewien, że on jest przekonany o tym, że sukces lodów Ekipa to jest jego zasługa. A przecież… no przepraszam, ale oni mają taką rozpoznawalność i tak olbrzymie audytorium, że mogliby sprzedawać kasety VHS – i też wykręcili by rekord (śmiech). Bardzo często się z tym spotykam – że pomysłodawcy uważają, że sam pomysł wystarczy, żeby zmienić świat i zarobić miliony. Przykro mi, ale tak to działa.

W rozmowie, którą z nim przeprowadziłem przebrzmiewa bardzo mocno to, że oni mieli markę a on pomysł. Uznał więc, że powinny mu przysługiwać prawa do nazwy lodów. To nieprawda. Myślę, że jeśli nie zawrą ugody, to on to na końcu przegra.

Ile będzie trwała ta batalia?

Nie ma górnej granicy. Ja wiem o sporze w polskim urzędzie patentowym, który 14 lat już trwa. Tak czy inaczej: myślę, że Ekipa ma środki do prowadzenia takiego sporu. Ale są tacy ludzie, którzy jak się uchwycą czegoś, to nie puszczą, choćby nie wiem co. Ten człowiek, który prowadzi spór od 14 lat, nie ma biznesowego uzasadnienia. Żadne pieniądze za tym nie stoją, on nie korzysta z usług rzecznika patentowego. Sam w sądzie siedzi, czyta Kodeks Postępowania Administracyjnego na własną rękę i walczy dla zasady. To jest ambicjonalna rzecz. I być może ten człowiek, który zgłosił znak towarowy “Lody Ekipa:, również tak do tego podejdzie. A wtedy spokojnie wszystko potrwa kilka lat. Sama pierwsza instancja to rok. Spór o kostkę Rubika trwał jakąś dekadę.

Trwał?

Tak, bo już się zakończył. Unieważniono znak towarowy przedstawiający wygląd trójwymiarowej kostki Rubika.

Kiedyś rozmawiałem z mistrzem świata w układaniu kostki Rubika na ślepo – twierdził, że środowisko zawodowców w tej dziedzinie nie cierpi firmy Rubik’s, bo sami robią kiepski produkt, a ciągają po sądach firmy, które wytwarzają lepsze kostki.

To jest piękny przykład na to, jak ktoś wykorzystuje prawo znaków towarowych, które co do zasady służy do zabezpieczenia nazwy albo logo, do ochrony rozwiązań technicznych. Kostka rubika była chroniona patentami, ale te po 20 latach wygasły. Choćby więc to było coś genialnego… to minie 20 lat i wchodzi już w stan techniki. I później każdy może z tego korzystać. Oni wykorzystali moment, gdy w urzędzie takie rzeczy znaki przestrzenne przechodziły i zarejestrowali szereg znaków towarowych, które monopolizują sam pomysł na kostkę. I dopóki się tego nie unieważni, ta ochrona jest w mocy. To są trudne spory. Właśnie o to chodzi, że z racji tego, że oni mają czy mieli ten znak towarowy, blokowali na rynku konkurencję – usuwali ją na przykład z Allegro. Urząd celny wyłapywał przesyłki z Chin. No i ludzie się bali, i asekuracyjnie tego po prostu nie sprzedawali. Ale jak zobaczysz, jak wyglądały alternatywne kostki… miały ucięte rogi, dziurkę w środku, naklejone logo producenta. No cuda wianki, żeby tylko uciec od kształtu tej oryginalnej kostki Rubika. Te udziwnienia to był sposób na obejście prawa.

Wróćmy do człowieka od lodów Ekipy – jaki jest cel jego i jemu podobnych osób? Przecież oglądając twój film analizujący tę sprawę musiał się dowiedzieć, że będzie mu ciężko to wygrać.

Mówi się, że jak nie wiadomo, o co chodzi… Jestem też przekonany, że ten człowiek głęboko wierzy, że racja leży po jego stronie. Może więc powiedzieć: “Połóżcie na stół kwotę X, to odpuszczę spory – i temat załatwiony. Następnego dnia macie prawa do marki, odblokujecie wszystko”. Zresztą w trakcie naszej rozmowy pod koniec przyznał, że jest otwarty na rozmowy z Ekipą.

Tyle, że to ryzyko, bo jeśli przegra sprawę, to koszty sądowe pójdą na jego konto. 

Opłaty urzędowe przed EUIPO akurat nie będą szczególnie wysokie. Powinny się zamknąć w okolicach 700 EUR. Więcej może kosztować rzecznik patentowy, który go w tym sporze zastępuje. Spokojnie pochłonie to kilkadziesiąt godzin jego pracy. A to już może generować bardzo wysokie kwoty.

Czy w takim razie Ekipie opłacałoby się iść na ugodę?

Moim zdaniem ta sytuacja jest dla Ekipy niekomfortowa, ale nie jest niebezpieczna. On ich nie blokuje na rynku bo jeszcze nie ma czym. Ale wszyscy o tym przez pewien czas mówili, serwisy tworzyły clickbaitowe nagłówki, dla Ekipy były to straty wizerunkowe. Nie jest to jednak sytuacja taka, jak w przypadku wódki Saska – że ktoś zarejestrował znak i po prostu sądownie zablokował cały towar na rynku. Obecnie jednak Ekipa nie może doprowadzić do rejestracji znaku – i to rzeczywiście jest dla nich niekomfortowe i czasochłonne.

Czy to częste w Polsce? Sytuacja, w której duży i znany podmiot nie zadbał o takie podstawy?

Przeklikałem sobie największych youtuberów w Polsce i do niedawna w pierwszej trójce tylko jeden miał zarejestrowany znak. Najpopularniejszy obecnie Blowek ma ponad 4,2 mln subskrybentów. I on zgłosił swoją nazwę dopiero 2 miesiące temu. Czyli chwilę po tym, jak rozkręciłem aferę z lodami Ekipa. Gdy sam 5 lat temu pisałem artykuł o tym czy można zastrzec nazwę bloga, to ciężko było mi znaleźć blogera, który by taką ochroną dysponował. Dziś większość topowych blogerów ma zarejestrowane znaki towarowe. Co innego youtuberzy. Tam wciąż rejestracja znaku to rzadkość.

Tym tematem powinny się mocno zainteresować agencje reklamowe i prawnicy obsługujący duże domy mediowe i influencerów – żeby zadbać o własność intelektualną. I żeby jej nie naruszać – tu przykład afery z Sową Wersow – i żeby chronić, jak w przypadku Lodów Ekipy. Jestem zaskoczony, że przy tak dużych zasięgach, tak ogromnych pieniądzach, które się tam przelewają, nikt o tym nie pomyślał. Przecież wynajęcie takiej fajnej fury, jakimi oni jeżdżą na swoich filmach, jakiegoś Ferrari czy Lamborghini, potrafi kosztować 5 tys. zł za jeden dzień. Tyle kosztuje rejestracja znaku towarowego na 10 lat! Ludzie żyją w przeświadczeniu, że prawo ich chroni, bo coś tam wymyślili. A potem jak dochodzimy do sporu, to się okazuje, że to nie jest takie pewne. A na koniec przychodzi troll i trzeba się z nim użerać przez parę lat.

Często dochodzi do takiej sytuacji, że ktoś jest twórcą internetowym, ma swój sklep i domenę, sprzedaje na przykład na Allegro albo ma swoje bardzo rozpoznawalne kanały społecznościowe… i ktoś inny rejestruje jego znak towarowy. Czyli na przykład nazwę kanału czy bloga.

Czy jakiś urząd nie mógłby zweryfikować, czy ktoś inny nie posługiwał się już wcześniej tą nazwą?

Nie. Urząd czeka, czy ktoś sprzeciwi się rejestracji – i dokładnie to zrobiła teraz Ekipa. Jeśli nie zablokuje rejestracji, to Urząd Patentowy ochronę przyznaje, w efekcie czego jakiś zasięgowy twórca może się któregoś ranka obudzić, otworzyć YouTube’a… i nie móc się zalogować, bo serwis dostał skargę o naruszenie znaku towarowego i usunął kanał. To samo może dotyczyć sklepu na Allegro. Pracownik takiego serwisu mówi wtedy: “My się nie znamy, my nie jesteśmy sądem. Dostaliśmy świadectwo rejestracji, z którego wynika, że naruszasz prawo. Dogadaj się z tym drugim człowiekiem. Do tego czasu musimy usunąć albo czasowo zawiesić ci profil”. Po stronie Allegro czy Facebooka nie rozmawiamy z prawnikami, tylko z jakimś szeregowym pracownikiem oddelegowanym akurat do tej sprawy.

Da się to odkręcić?

Tak, ale ryzyko jest takie, że na przykład dopiero po roku. Ciekawe są też przypadki marek opartych na nazwiskach. Powiedzmy, że nazywasz się Jan Kowalski i publikujesz treści na YouTube pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem…

Dałoby się zarejestrować znak towarowy “Jan Kowalski”?

Tak.

Naprawdę?

Oczywiście, można zastrzec imię i nazwisko. Nie chcę przeginać i twierdzić, że każdy ma od teraz zastrzegać imię i nazwisko, bo to by była paranoja… ale da się to zrobić. W ten sposób swoje marki chronią firmy oparte na nazwisku, jak Abramczyk, Kruk czy Wojas.

I ludzie zastrzegają swoje nazwiska?

Tak, ale ma to sens tylko wtedy, kiedy nazwisko jest niejako szyldem ich biznesu.

Czego nie wolno by mi było robić, gdyby ktoś zastrzegł znak towarowy “Bartek Przybyszewski”?

Gdybym był trollem, który się na tym zna, to wskazałbym usługi reklamowe. Załóżmy, że masz wielkie zasięgi – w takiej sytuacji zarabiasz na reklamach na Facebooku. Na YouTube to samo. Można powiedzieć, że pod swoją marką oferujesz usługi reklamowe jako platforma, która ściąga widzów. Zarabiając na umieszczaniu reklam w swoich publikacjach, de facto używasz swojego imienia i nazwiska w sposób komercyjny. W efekcie czego ktoś mógłby odezwać się teraz do YouTube’a i powiedzieć: “Ja mam zastrzeżony znak towarowy >>Bartek Przybyszewski<<. Usuńcie ten kanał, ponieważ to narusza moje prawa, tu mam świadectwo rejestracji”. I teraz ja nie mówię, że to by zadziałało w każdym serwisie… ale z mojego doświadczenia wynika, że na Allegro działa w stu procentach przypadków. Nie pytają kto ma rację, po prostu usuwają sporną ofertę. Przerabiałem to też w reklamach Google Ads – Google usuwał takie rzeczy. Przerabiałem na Facebooku – też usuwał. Wydaje mi się, że jest bardzo prawdopodobne, że i YouTube zadziałałby analogicznie. Pewnie byłaby próba kontaktu i wyjaśnienia sprawy, ale z jakim skutkiem? Nie mam pojęcia.

Każdego zasięgowego twórcę można by zgłosić za usługi reklamowe i każdy miałby zablokowane konto. To jest przerażające, że twórcy tego nie chronią w kontekście pieniędzy, jakie na tym zarabiają. Zresztą zobaczymy reperkusje tej akcji z Ekipą – ja mówiłem wprost, że istnieje obawa, że zaraz trolle będą na lewo i prawo zgłaszać takie rzeczy. Poczekajmy parę miesięcy – niedługo może się okazać, że znani youtuberzy będą mieli problem. A przynajmniej ci, którzy nadal działają bez rejestracji.

A co, gdyby istniał jakiś inny Jan Kowalski, który też chciałby zarejestrować swoje nazwisko i produkować np. koszulki z nim?

Zdarzają się takie sytuacje, w szczególności w przypadku znanych rodzin. Weźmy na przykład rodzinę Abramczyków, zajmującą się rybami mrożonymi. Wyobraźmy sobie, że jest jakaś Zenobia Abramczyk i ona postanawia odejść z firmy, żeby założyć własną działalność. Przypadkowo również zajmującą się rybami i przypadkowo pod swoim nazwiskiem.

Mogłaby to zrobić?

Kiedyś to już przerabiałem i generalnie zasada jest taka, że mogłaby, tylko znak, którym Zenobia będzie się posługiwała, musi prezentować się tak, aby nie wprowadzać klientów w błąd. Czyli może się posługiwać tym nazwiskiem, ale z dodatkowym elementem. Chodzi o to, że nie może sugerować związków gospodarczych ze znaną marką opartą na tym samym nazwisku.

Niestety, im dłużej pracuję jako rzecznik patentowy, tym częściej mam takie poczucie, że ludzie odbierają te kwestie bardzo zerojedynkowo. Wiele osób, zgłaszając te znaki – często jeszcze bez konsultacji z rzecznikiem patentowym – po prostu myśli, że skoro byli w Urzędzie Patentowym pierwsi to oni mają niepodważalne prawa do marki. To nie takie proste. Aktualnie piszę piątego maila do klienta, w którym tłumaczę, że jeśli nazwa jego sklepu różni się od wcześniej powstałej konkurencji jedną literą, to on ewidentnie narusza prawo. A on na to: “Ale w czym problem? Przecież to inne nazwy! Nikt się nie pomyli”. Ludzie strasznie upraszczają prawo i są święcie przekonani, że “jak ja to zgłosiłem, to jest moje”. Będą brnęli w spory, aż w którymś momencie stwierdzą, że zaszło to za daleko i pójdą po poradę do rzecznika patentowego, który powie: “Za późno, mleko rozlane”.

Jeśli jestem influencerem, któremu troll podkradł nazwę, a ja nie mam czasu lub możliwości kopać się z koniem przez 5 lat w sądzie, to co mi pozostaje? Rebranding?

Nie, robi się to inaczej – płaci się takiej osobie. Lepiej tak, niż zaczynać z nową nazwą od podstaw. Ja tego często doświadczam przy domenach internetowych. Bardzo często jesteśmy w stanie odebrać taką domenę w kilka miesięcy, może w pesymistycznym wariancie po roku, żeby fizycznie być właścicielem tej domeny. Jeżeli osoba, która ją zarejestrowała na siebie mówi, że chce 50 tys. zł, to wtedy bardziej opłaca się poczekać ten rok i odebrać ją siłą – i będzie to kosztowało 5 tys. zł. Ale jeżeli gość mówi: “Dajcie mi 5 tys.”, to wtedy mówię klientowi: “Komu chce pan zapłacić? Jemu za domenę czy mi za spór?”. W tym sensie, że jeżeli zapłacimy jemu to za 3 dni mamy tę domenę w rękach. Jeżeli mi jako prawnikowi – to za rok, ale też będziemy ją mieli. Przedsiębiorcy widzą wartość w tym, żeby szybko ją przejąć. Niewykluczone, że na to samo zdecyduje się Ekipa z lodami.

Czy spory o nazwę są powiązane z dramatycznymi kłótniami rozbijającymi rodziny czy przyjaźnie?

Bywają takie sytuacje. To szczególnie problematyczne, gdy dochodzi do sukcesji – umiera ojciec, nie ma zarejestrowanego znaku towarowego. Pół biedy jeżeli to jest spółka, bo udziały w spółce są dziedziczone. A jeśli to działalność gospodarcza, to jest prawo sukcesji, więc zarządca sukcesyjny może zarządzać firmą przez 2 lata. Ale koniec końców ta firma musi być zlikwidowana, więc nie może być kontynuacji działalności. Może jednak zaistnieć “potoczna” kontynuacja – gdy córka otwiera swoją działalność i mówi: “Tutaj mamy tradycję od 20 lat, to jest firma rodzinna”. Ale formalnie to jest sytuacja, w której zamknięta zostaje jedna firma a otwarta nowa. W efekcie czego może być tak, że to konkurent zastrzeże w międzyczasie znak towarowy i zarzuci tej córce naruszenie swoich praw.

Znam kilka takich sporów w kontekście firm pogrzebowych – w tej branży zajmują się tym często całe rodziny. A potem umiera dziadek, w biznesie było kilka osób, ktoś inny zastrzega znak, ktoś inny szybciej zakłada działalność gospodarczą albo wykupuje domenę z nazwą firmy. To są bardzo trudne spory, które dosłownie zostawiają w zgliszczach rodziny. W sytuacji, w której zmarły nestor miałby zarejestrowany znak, to normalnie prawa do znaku są dziedziczone i nie byłoby tematu, komu one przysługują. W świetle prawa przeszłyby na spadkobiercę. Więc większość sporów o prawa do marki, co też często powtarzam, wynika z tego, że ktoś nie zadbał o jej formalną ochronę.

Czy zdarzało się, że takie sprawy poruszały cię osobiście?

Tak. Kiedyś brałem udział w przesłuchaniu mężczyzny, który zawinął matce domenę internetową i zgłosił ją na siebie jako znak towarowy. Wszyscy płakali, poza pełnomocnikami i kolegium orzekającym. Matka pytała przez łzy: “Czemu mi to zrobiłeś?”. Finalnie wygraliśmy dla niej ten spór, ale co z tego, jak syn ma trójkę dzieci i ona nie ma kontaktu ani z nim, ani z wnukami? Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, po wszystkim czułem się fatalnie. Wróciłem do domu i przytuliłem swojego 2 letniego synka.

Tam też była kwestia sukcesji – synowi wydawało się, że przejmie biznes po matce, matka za bardzo nie chciała, no i się pokłócili. Zdarzają się takie sytuacje: rodzina ze sobą walczy, bracia ze sobą walczą, wspólnicy ze sobą walczą. Naprawdę wspólny mianownik jest taki że każdy robi biznes, a nikt nie myśli o zarejestrowaniu znaku towarowego, dopóki nie pojawi się konflikt. Gdy już sytuacja jest zaogniona, to wszyscy nagle biegną rejestrować. To jest pierwsze, co robi każdy, ale wtedy jest już najczęściej za późno.

Ciekaw jestem, jak czują się pełnomocnicy osób takich, jak ten syn, o którym wspomniałeś.

Też jestem tego ciekaw. W tej konkretnej sytuacji po drugiej stronie była moja koleżanka, z którą byłem na aplikacji. Bardzo dobra rzeczniczka patentowa. I szczerze mówiąc, choć dla mnie sytuacja wydawała się oczywista, w rozmowie z nią odniosłem wrażenie, że tę sprawę odbiera zupełnie inaczej. Możliwe więc, że w pełni uwierzyła w wersję swojego klienta. 

Poza tym jako pełnomocnicy często nie wiemy wszystkiego. Myślę, że nie ma sytuacji czarno białych. Raczej możemy spodziewać się odcieni szarości. W kontekście ewentualnego procesu kluczowe są wtedy dowody. Ktoś może mieć rację, ale bez dowodów potwierdzających tę rację – przegra. 

W sprawach sądowych, o ile wiem, osobiste poglądy np. prawnika osoby pozwanej są nieistotne.

Tak, natomiast ja pewnych spraw bym nie brał. Miałem propozycje pomagania trollom od znaków towarowych i zawsze odmawiałem. Ale jeden wziął mnie podstępem. Zaprosił mnie na obiad w Bydgoszczy i powiedział, że ma taką i taką sprawę i później się okazało, że to był troll, przed którym kuluarowo rzecznicy patentowi się ostrzegali. Każdy ma prawo się bronić, ale nie chciałbym być kojarzony z pomocy osobom, które działają nieetycznie. Ja jestem po tej dobrej stronie mocy. 

Wróćmy na chwilę do influencerów – jakie jeszcze błędy często popełniają?

Popularnym błędem jest tworzenie marki opisowej – czyli zajmuję się fotografowaniem i nazywam bloga “Piękna fotografia”. Nie dasz rady tego zarejestrować. Przykładem może być też nazwa mojego bloga – “Prawna Ochrona Marki”. Choć, szczerze mówiąc, świadomie podjąłem taką decyzję. Zależało mi na tym, żebyś słysząc o tym blogu od razu wiedział, czym się zajmuję. No i to się świetnie pozycjonuje. Eksponuję na nim za to moje nazwisko: LECH.

Michał Szafrański ma bloga pt. “Jak Oszczędzać Pieniądze” – ciężko coś takiego zastrzec. Wiele osób używa nazw opisowych. Czyli generalnie są dwa problemy – pierwszy to sytuacja, w której ktoś ma fajną nazwę i jej nie rejestruje. Drugi: gdy ktoś przez lata rozwija markę, o której nie wie, że nie może być jej właścicielem.

Są też sytuacje, w których tworzymy markę, ale dany znak już funkcjonuje w danej branży. Każdemu zalecam, żeby przed stworzeniem marki choćby pobieżnie sprawdził, czy dana nazwa nie jest przypadkiem przez kogoś zastrzeżona. Brak rejestracji można wybaczyć i do pewnego poziomu jeszcze da się z tym żyć, ale nie ma żadnego usprawiedliwienia na wejście w nazwę, którą ktoś już zastrzegł albo która jest bardzo podobna do zarejestrowanego znaku. 

Jak wspominałeś, sam jesteś twórcą internetowym, masz własną stronę i kanał na YouTube. Co ci daje twój blog? Czy zostawianie know-how dla siebie nie daje przewagi nad klientami?

Blog daje mi przede wszystkim przewagę nad konkurencją bo świetnie buduje mój wizerunek. Nie muszę nikogo osobiście przekonywać, że znam się na swojej pracy. Po napisaniu kilkuset artykułów to jest dla każdego oczywiste. 

A co do klientów… w internecie to działa tak, że gdy zaczynasz szukać informacji na przykład o prawnej ochronie marki, to w 90% przypadków nie szukasz rzecznika patentowego. Ty masz konkretne pytanie: ile to kosztuje? Czy lepiej zastrzec nazwę czy logo? Tego typu rzeczy. No i po wpisaniu takiej frazy trafiasz na taki kanał jak mój. Widzisz obrazki, zdjęcia, różne ciekawostki, historie moich klientów i mówisz: “Kurczę, ciekawe to jest”. Czytasz dalej i dochodzisz do wniosku: “O rany, to jest ważniejsze niż myślałem”. A na koniec: “Kurczę, to nie jest takie łatwe, jak mi się wydawało”. Intryguje cię to, bo staram się pisać tak aby temat Cię zainteresował. Słuchasz sobie podcastu, jednego, drugiego i generalnie dochodzisz do wniosku, że to jest zbyt ważne żeby ryzykować popełnienie błędu. I jaka będzie twoja pierwsza myśl, gdy będziesz szukał pomocy w temacie? Do kogo się odezwać? Może do tego fajnego typka, którego widziałem w internecie?

Efekt tego jest taki, że mając dużo artykułów – a moich jest ponad 400 – doprowadzam do tego że edukuję swoich klientów i oni zaczynają rozumieć, że warto skorzystać z mojej pomocy, by nie popełnić błędu. Nie mówię, że jestem cudotwórcą i że każdy znak zastrzegę, ale zawsze uczciwie przedstawiam, jakie są szanse, co tutaj może się wydarzyć i jak jest zielone światło, to zastępujemy klienta z formalnościami.

Więc jest przeciwnie, niż sugerujesz – klient wyedukowany, który rozumie, po co ja tu jestem, ufa mi. Klienci, którzy przychodzą z bloga są moimi najlepszymi klientami, ponieważ darzą mnie sympatią. Oni mnie znają. 9 lat tworzenia treści doprowadziło do tego, że ja dzisiaj wiem, o czym pisać, jak pisać i nawet jakby ktoś chciał skopiować samą koncepcję, to nie nadrobi tych wszystkich lat mozolnego stukania w klawiaturę.

Ile czasu spędzasz na pisaniu jednego artykułu?

Staram się wyróżniać się jakością i przyznaję, że zdarza mi się spędzać nad jednym artykułem chore ilości czasu, np. 40 godzin. We wpisie o możliwości zastrzegania kolorów podaję 50 przykładów – każdy musiałem znaleźć.

Czyli drogą jest content?

Wysokiej jakości content. Efekt mojej pracy jest taki, że faktycznie bardzo mocno rozwinęliśmy kancelarię poprzez bloga. Nic innego nie zadziałało tak jak ten blog i połączony z nim kanał na YouTubie.

Bartek Przybyszewski
Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski - dziennikarz, PR-owiec, miłośnik komiksów i filmów, student filmoznawstwa. Prowadzi bloga "Liczne rany kłute" (www.fb.com/liczneranyklute). Pisał m.in. dla Onetu, Gazety.pl, Wirtualnej Polski, Popmoderny.

Odbierz wartościowy bonus przy zapisie do newslettera!

Wzór biznesplanu książki dla selfpublishera na 12 miesięcy! Będziemy Ci także regularnie (co wtorek) wysyłać ciekawe inspiracje dotyczące świata twórców online.

    Twoje dane są u nas bezpieczne. 🛡️