fbpx

Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

– Jesteśmy duetem, więc jest nam łatwiej – rozmowa z Marcinem Nowakiem z bloga Wędrowne Motyle

  z dnia: 28 lutego 2022

Wędrowne Motyle

– Da się zauważyć pewne przesycenie treściami pisanymi. Blogi zastąpiły magazyny podróżnicze. Większość z nich upadła, a ludzie wciąż poszukują praktycznych porad: jak dojechać, co zobaczyć, gdzie zjeść. I w tego rodzaju treściach jest już dziś ciasno – mówi Marcin Nowak z prowadzonego wspólnie z żoną Anną bloga podróżniczego Wędrowne Motyle, jednej z największych i najstarszych tego typu stron w Polsce.

Bartek Przybyszewski: Odnoszę wrażenie, że historia bloga “Wędrowne Motyle”, którego założyłeś wspólnie z żoną, dzieli się na trzy etapy: pierwszy to podróże low budget, drugi to łączenie pracy etatowej z podróżami, a trzecia to podróżowanie na pełen etat.

Marcin Nowak, Wędrowne Motyle: Coś w tym jest. Ten pierwszy okres to była złota era blogów – załóżmy, że to lata mniej więcej pomiędzy 2010 i 2014. Wszyscy żyli blogami, nagrodami, sami zdobyliśmy trzecie miejsce w konkursie na Blog Roku (Onet) w naszej kategorii. Nagrodę za Najbardziej Kreatywny Blog w Polsce. Tych nagród i wyróżnień potem przybyło kilka. Byliśmy z Anią już niby po studiach, ale budżety mieliśmy jeszcze studenckie. To był dobry czas, żeby wejść w świat blogerski i zacząć pisać, bo Polacy zachłysnęli się otwartością naszych lotnisk na świat. Linie lotnicze miały coraz więcej połączeń i osoby urodzone w latach 80. rzuciły się na tanie loty. I zaczęły interesować się blogosferą podróżniczą. Popularność rosła nam z miesiąca na miesiąc.

Po 2014 roku blog przestał być tylko hobby, zaczęły się jakieś działania biznesowe. I zaczęliśmy zastanawiać się, czy by tego nie zacząć robić na poważnie. Jednak absolutnie nie było u nas presji na to i ciśnienia. I minęło jednak kilka lat…

Kiedy w końcu się zdecydowaliście?

Pod koniec 2017 roku. No i trochę z konieczności. To był czas załamania rynku mediów, z którym byłem związany kilkanaście lat. Wszyscy, którzy mieli przeprowadzić media z papieru i telewizji do świata cyfrowego “wykonali swoją robotę”, więc mogli odejść. Dużo moich znajomych wypadło z branży, ja wypadłem. Ania postanowiła zrezygnować z pracy w urzędzie i zajęliśmy się tym na pełen etat. Od tamtego momentu minęły właśnie 4 lata.

2017 rok był już przecież momentem, w którym content podróżniczy był mocno obecny w telewizji czy na YouTubie, również za sprawą postaci spoza sektora travel, takich jak Krzysztof Gonciarz. Jak się przebiliście?

Tych blogów nie było w Polsce tak dużo. Zwłaszcza w porównaniu np. do kategorii parentingowej. Ale faktycznie było tak, że z czasem spadło zainteresowanie pisanymi treściami podróżniczymi. Wielu influencerów niekoniecznie podróżniczych zajmowało się podróżami w jakimś zakresie i oni przeszli na kanały wizualne – Instagram, YouTube. I to był sygnał, który mówił wprost, że z blogiem podróżniczym ciężko się będzie przebić. Że musisz działać jako twórca wielokanałowy. Nawet dziś nie ma zbyt wielu twórców podróżniczych, którzy działają na wszystkich kanałach.

Czemu?

Bo to trudne i czasochłonne. Ale my jesteśmy małżeństwem, współpracującym duetem, więc nam jest łatwiej. (śmiech) I tu ważna uwaga: Nasza firma to nie tylko blog i kanał na Youtube oraz media społecznościowe. To doradztwo, szkolenia, produkcje wideo, copywriting i własne produkty. To bardzo ważne.

Jak obecnie wygląda środowisko blogerów podróżniczych?

Wydaje mi się, że trochę się skurczyło. Część ludzi się przebranżowiła – patrz znani “Podróżniccy”, którzy poszli w zupełnie innym kierunku. Da się zauważyć pewne przesycenie treściami pisanymi. Blogi zastąpiły magazyny podróżnicze. Większość z nich upadła, a ludzie wciąż poszukują praktycznych porad: jak dojechać, co zobaczyć, gdzie zjeść. I w tego rodzaju treściach jest już dziś ciasno.

W treściach wizualnych nie do końca da się umieścić takie treści w tak pogłębiony sposób. YouTube to dodatkowo emocje, przygody, osobowość twórcy. Instagram z kolei – treści krótkie, rachityczne, “tu i teraz”. Ale niektórym udało się połączyć wszystkie te kanały.

Jak przez ten cały czas zmian na rynku i na Waszym blogu zmieniało się Wasze audytorium

Nasza grupa odbiorców jest specyficzna, bo dorastała razem z nami. Jesteśmy dinozaurami w branży i oni dorastali z nami. To oznacza, że są już znacznie po trzydziestce. Już nie latają “byle gdzie” i “byle na chwilę” tanimi lotami, inaczej niż kiedyś postrzegają podróże. Sporo też zmieniła pandemia…

No właśnie, jak branża odczuła pandemię?

Majac przez jakiś czas prawdopodobnie najpoczytniejszego bloga w branży, pracowaliśmy na liczbach bardzo miarodajnych, osiągających momentami pół miliona odwiedzających miesięcznie. I pandemia mocno tąpnęła, straciliśmy nawet połowę i więcej odbiorców. Poza sezonem letnim miewaliśmy po 200 tysięcy osób zainteresowanych naszymi treściami, w trakcie pandemii 100 tysięcy i mniej. Tak jakby połowa ludzi przestała interesować się podróżami. No ale tak było w rzeczywistości.

Druga rzecz: spadło kompletnie zainteresowanie dalekimi podróżami, np. do Azji czy Ameryki Południowej, ale wzrosło zaciekawienie Polską. Oglądalność naszych “lokalnych” filmów była bardzo wysoka. Wideo generalnie nie ucierpiało, jeśli chodzi o zasięgi. Socjolog być może powiedziałby, że ludzie szukają substytutów – skoro lockdowny zabrały im podróże, to oni odbierają sobie to przy pomocy filmów podróżniczych. Coś w tym jest.

Czy pójście w content lokalny Wam pomogło?

Tak, zresztą nie tylko nam. Ci, którzy na spokojnie zainteresowali się krajem i zaczęli robić treści o podróżach po Polsce, przetrwali. Dla mnie to miłą niespodzianka, bo i bez pandemii zajmowaliśmy się w jeden trzeciej Polską.

Wspomniałeś o książce. Uważam, że to dość zabawne – pamiętam blogi podróżnicze z początku poprzedniej dekady. One powstawały trochę jako taki środkowy palec w kierunku książek podróżniczych. Na zasadzie: po co masz kupować drogą książkę w Empiku, skoro na blogu jest za darmo, i jeszcze do tego aktualniej. I nagle blogerzy podróżniczy po latach wydają książki. Historia zatoczyła koło.

Wszystko w jakimś stopniu wraca – teraz powróciła muzyka lat 90. I tamta estetyka. A w internecie te cykle są krótsze. Jednocześnie istnieje wyraźna nisza na rynku, co udowodnił Michał Szafrański. Przewodniki wciąż wychodzą, ale nie mają takiej rangi jak kiedyś. Z kolei nasi odbiorcy wiedzą, że jak wydamy książkę, to będzie to dobry produkt, napisany zgodnie z ich oczekiwaniami i z treściami innymi od tych na blogu..

Myśmy do swojej pierwszej książki dojrzewali 3-4 lata. Po pierwsze z braku czasu, po drugie chcieliśmy zdobyć jeszcze trochę wiedzy. Natomiast nie byłoby jej bez zmotywowania nas przez Piotra Wierzbowskiego, który kiedyś należał do świata magazynów podróżniczych, a potem zaraził nas taką ideą, że damy radę samodzielnie wydać książkę. Oczywiście ten projekt prowadził później jako nasz wydawniczy manager, wspólnie z fachowcami z IMKER. Dziś ten trójkąt: my – Piotr – IMKER, działa doskonale, a samodzielne wydawanie książek okazało się nie być tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Więc obecnie szykujemy trzeci tom, żeby dokończyć trylogię. I czwartą książkę.

Czy krępujecie się niektórych materiałów sprzed lat?

Oj tak. Czasem gdy zerknę na swoje materiały sprzed 10 lat, to jest mi zwyczajnie wstyd. Że wygląda to jak jak wygląda. Ale tak jest u wielu  twórców.

Czego się wstydzisz?

Warsztatu pisarskiego, fotograficznego… Na pewno zmieniło się nasze podejście w międzyczasie. W pewnym momencie przestaliśmy pisać teksty typu “3 najlepsze restauracje w Paryżu”, bo to nie w porządku wobec siebie za kilka lat (gusta się zmieniają)i wobec odbiorców – takie bardzo subiektywne wyodrębnienie czegoś, jeśli nie odwiedziło się wszystkich tego typu miejsc w danej lokalizacji w tym samym czasie – wtedy można mieć pełen pogląd. Co innego wiedza encyklopedyczno-geograficzna o regionie i miejscu. Taką po prostu się posiada albo nie – niekoniecznie wymaga sprawdzenia wszystkiego osobiście

Wstydzę się też śladu węglowego, który za sobą zostawiliśmy w czasie “jednodniówek”. Zwłaszcza, gdy bilety kosztowały grosze a latało się na chwilę.  Nie tylko ja tak dziś mam – świadomość twórców się zmieniła. Ale zmieniły się też oczekiwania odbiorców.

W jaki sposób?

Na przykład podejście do konsumowania treści typu travel. Kiedyś długi, pogłębiony post z zadatkiem na dobry artykuł podróżniczy czytano od deski do deski – byliśmy to w stanie stwierdzić na podstawie statystyk czasu przebywania na stronie. A dziś ten czas się skraca. Ludzie spędzają kilka minut na przeskanowaniu najważniejszych informacji – knajpy, zabytki… mniej czasu spędzają na czytaniu “boków”, czyli np. kontekstu historycznego. No i twórcy coraz mocniej rozumieją, że wideo wypiera nie tylko część pisaną, ale i fotograficzną.

Ale polskie wideo podróżnicze często jest bardzo proste warsztatowo – wystarczy selfie stick i w miarę dobry smartfon.

Tak, ja to nazywam formułą “vloga z kija”, np. vlog Casha czy BezPlanu. Takie bardzo naturalne i bezpośednie treści łączą w sobie travel i lifestyle – w blogosferze i vlogosferze jest dużo tego rodzaju dualizmów. To konkretne połączenie oznacza, że oprócz treści podróżniczych mamy też bardzo dużo autora, jego opinii i przygód. My poszliśmy inną drogą, z bardziej telewizyjną narracją i mniejszym natężeniem naszych twarzy. Moim zdaniem tego rodzaju formuła sprawdza się lepiej przy starszej publice. Albo po prostu przy naszej/

Wspomniałeś o śladzie węglowym – czy to jest istotna kwestia dla polskiego odbiorcy?

Niestety wciąż nie. Edukacja ekologiczna jest generalnie niestety dość trudna. Albo powierzchowna oparta na uproszczeniach. Niektórzy twórcy nie mają też zupełnie kompetencji w tym kierunku, zapominając, że ekologia to nauka. A niektórzy z tych, którzy mają wiedzę, zderzają się ze ścianą sceptyków traktujących ten temat jak płachtę na byka. Ja jestem zwolennikiem metody drobnych kroków, pokazywania tego, jak powoli należy zmieniać nawyki. Że nie musisz od razu odrzucać mięsa w całości, że możesz zacząć od flexitarianizmu. I to samo dotyczy lotów – nie rezygnujmy z nich od razu, ale może ograniczmy? Może do Niemiec czy Czech lepiej pojechać pociągiem?

Ale w mojej opinii polska blogosfera podróżnicza – która na marginesie jest jedną z największych tego typu blogosfer, obok amerykańskiej, australijskiej, niemieckiej – przyczyniła się pozytywnie do wielu zjawisk. Na przykład uświadamiała odbiorców w temacie nieetycznych atrakcji w turystyce. Ośrodki wykorzystujące dla gawiedzi słonie, karmienie małp itd …Tłumaczyliśmy, że to nie jest fajne, koledzy i koleżanki z zagranicy również. W mediach tradycyjnych tego typu treści nie było aż tyle. I być może również to zdecydowało o tym, że obecnie rządy wycofują się z niektórych tego rodzaju tradycyjnych aspektów podróżniczych.

Czy Wy jako blogerzy z tak długim stażem czujecie jeszcze radość płynącą z podróży?

Dobre pytanie… sam na nie często odpowiadam w trakcie swoich prezentacji. Moim zdaniem grunt to nie wypalić się w tym co się Tworzy. I są na to sposoby.

Jakie?

To moim zdaniem jedna z najważniejszych rzeczy, które mówię, gdy ktoś pyta, jak się wybić. Odpowiadam wtedy, że trzeba na to pracować kilka lat. “Jak to kilka lat, chyba kilka miesięcy?” – słyszę czasem w odpowiedzi. “Nie, lat” – odpowiadam.

U nas na przestrzeni lat to wszystko było bardzo systematyczne. Nie było nagłego skoku w stylu: od dziś biorę wszystko i staję się słupem ogłoszeniowym. Gdy pracowaliśmy jeszcze na etatach, to mieliśmy zasadę, że możemy mieć jedną współpracę miesięcznie. Potem przesunęliśmy tę granicę do dwóch, ale i tak zazwyczaj jest to jedna. I dobieramy je bardzo starannie. Wiele dziwnych czy niepasujących propozycji odrzuciliśmy. To kwestia pracy z brandem osobistym, którego istnienie niektórzy Twórcy trywializują.

Ale w podróżach jest jeszcze jedna rzecz: konkretne kierunki podróży. Uważamy, że są takie, które nie pasują do nas i do naszych odbiorców. I uważamy, że rynek turystyczny, który gdzieś tam funkcjonuje, jest niekoniecznie fair. Stąd odmawialiśmy niektórym krajom czy zabetonowanym resortom turystycznym, które potrafiły być niemalże symbolem antropopresji. Staramy się, żeby od 3-4 lat marki miały wgląd do naszego planu wydawniczego i próbowały się dostosować albo wystąpić w jakimś projekcie, który i tak mamy w planie.

Ale wróćmy do kwestii wypalenia. Moim zdaniem dla twórcy ważne jest to, by ten złoty środek był tak wypośrodkowany, żeby nikt mu nie był w stanie zarzucić i powiedzieć: „Eee, wszystkie twoje tegoroczne podróże były współpracami, słabo, sprzedałeś się”. Żeby ten twórca zawsze był w stanie się wybronić, mówiąc: a nie, bo tylko część byłą sponsorowana. Ja bym się czuł niekomfortowo, gdyby cała działalność była oparta na pieniądzach od marek. Bo każda pasja, która staje się pracą, przestaje być pasją. Nas podróże wciąż cieszą właśnie dzięki temu, że wciąż nas to jara i jest związane z naszymi zainteresowaniami. I staramy się te dwa światy trzymać na dystans. Wobec tego jest to wciąż 50 na 50.

A jeśli marka ma duże oczekiwania wobec wyjazdu i wyprawa zmienia się w odhaczanie obowiązków?

Uważam, że maksymalnie 50% swojego czasu na wyjeździe można  przeznaczyć na kwestie obowiązkowe, ustalone z partnerem biznesowym Czyli przy tygodniowym wypadzie 3-4 dni przeznacza się na obowiązki zawodowe, a pozostałe na prywatę. Wtedy nie ma szans na wypalenie. No i zdarza się nam jeździć po świecie bez żądnych zobowiązań, tylko prywatnie. To też pomaga utrzymać te proporcje.

Jaki wpływ na waszą działalność ma to, że działacie wielokanałowo?

Na pewno to wydłużyło żywotność naszej marki. I co ciekawe, kiedyś zrobiliśmy ankietę, z której wynikało, że ludzie z YouTube’a niekoniecznie znają naszego bloga, a ci z Instagrama nie zawsze kojarzą kanał na YouTubie. To ma swój plus i minus – plus, że to spora dywersyfikacja. Minus: że te konwersje pomiędzy kanałami czasem są niezadowalające. Bo czytelnik bloga napisze, że nie ma czasu na YouTube’a, a ten z YouTube’a, że przestał czytać blogi 10 lat temu. Albo nawet nie zaczął. (śmiech)

Co byś doradził osobie, która w 2021 chciałaby wejść w blogging podróżniczy?

Podstawowa rada, to żeby budować sobie markę długo i systematycznie. Ale wiem, że pokolenie młodsze o 10-15 lat nie jest aż tak cierpliwe. Powiem więc coś innego: trzeba uczyć się storytellingu, budowania ciekawych historii, być pomocnym i użytecznym. I na tym opierać swoje treści. To moim zdaniem jeszcze ważniejsze niż budowanie wizerunku.

Druga rzecz to nauka kadrowania i myślenia obrazami ruchomymi. Nawet, jeśli chcesz być tylko blogerem, chociaż nie wiem, czy są jeszcze takie osoby. No i wreszcie: trzeba pracować nad prezencją i sposobem wysławiania się. Podbudowywać pewność siebie w tym zakresie, bo dzisiejszy świat cyfrowy jest na swój sposób bezlitosny dla osób, które nie radzą sobie z mówieniem, wyrażaniem siebie. To coś, co ja bym doradził, żeby Twórcy spróbowali rozwinąć. Bo to się może przydać wszędzie – i na blogu, i w podróży, i w życiu prywatnym czy zawodowym.

Bartek Przybyszewski
Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski - dziennikarz, PR-owiec, miłośnik komiksów i filmów, student filmoznawstwa. Prowadzi bloga "Liczne rany kłute" (www.fb.com/liczneranyklute). Pisał m.in. dla Onetu, Gazety.pl, Wirtualnej Polski, Popmoderny.

Odbierz wartościowy bonus przy zapisie do newslettera!

Wzór biznesplanu książki dla selfpublishera na 12 miesięcy! Będziemy Ci także regularnie (co wtorek) wysyłać ciekawe inspiracje dotyczące świata twórców online.

    Twoje dane są u nas bezpieczne. 🛡️