Gdyby nie moi odbiorcy, to co ja właściwie robiłabym w tym internecie? – wywiad z Aleksandrą Pawlik

  z dnia: 7 maja 2026

Rozmawiamy z Aleksandrą Pawlik – autorką podcastu “Opowieści Różnej Treści” oraz książki “In my 20s. 26 lekcji, które dałabym młodszej sobie”. W internecie działa od ponad dekady – zaczynała jako nastolatka pod pseudonimem Alex Mandostyle, budując społeczność na filmach lifestyle’owych na YouTubie. Dziś, już pod własnym nazwiskiem, szkoli z marketingu oraz prowadzi podcast o relacjach i dorastaniu.

W tym artykule przeczytasz o:

Jak zaczęła się twoja przygoda z internetem? Czy to była przemyślana decyzja, czy raczej coś, co po prostu się wydarzyło?

Wydarzyło się to w sposób nieoczekiwany – choć może nie do końca zaskakujący, bo zawsze byłam dzieckiem internetu. Jeszcze zanim skończyłam 13 lat i zaczęłam działać na YouTubie, pisałam blogi i obserwowałam zagraniczne twórczynie – w Polsce ta branża dopiero wtedy raczkowała. Któregoś dnia stwierdziłam, że chciałabym być trochę jak te youtuberki z zagranicy, i zaczęłam nagrywać filmy. Miało to być tylko rozszerzenie działalności blogowej. Okazało się jednak, że YouTube stał się zupełnie odrębną przestrzenią, a z bloga wkrótce zrezygnowałam i przeniosłam się najpierw na YouTube, a później na inne platformy.


Czy od początku wiedziałaś, że twoja kariera będzie ugruntowana w internecie?

Zdecydowanie nie. Mając 13 lat, człowiek myśli o przyszłości, ale raczej przez pryzmat marzeń, nie planów. Do tego w tamtych latach rynek twórców w Polsce dopiero się rozwijał – młode dziewczyny aktywne na YouTubie można było policzyć na palcach jednej ręki. Influencer marketing jako odrębna gałąź marketingu właściwie jeszcze nie istniał, a pierwsze marki dopiero zaczynały w niego inwestować.

Ja robiłam to dla funu i satysfakcji – jako nowe hobby. Nie kalkulowałam, kiedy będzie pierwsza współpraca, kiedy dostanę znaczek weryfikacji albo pierwsze 100 tysięcy obserwujących. Robiłam to, bo sprawiało mi to przyjemność. A że się rozwinęło do tego stopnia, że pojawiły się współprace, pierwsze pieniądze i poważniejsze kontrakty – to już nie było żadnym moim założeniem. Takie podejście było dla mnie naturalne.


Od jakich treści i platform zaczynałaś? Jesteś obecna w kilku miejscach naraz – jak to ewoluowało przez lata?

Śmieję się, że jestem ze starej YouTubowej gwardii i wychowałam połowę pokolenia Z na filmach my morning routine i back to school. Właśnie od takich treści zaczynałam, bo to śledziłam za granicą – to youtuberki ze Stanów nagrywały haule i unboxingi. Mnie, trzynastoletnią dziewczynę, to po prostu interesowało i ekscytowało. Jak to zwykle bywa, inspiracja przyszła z zachodu i stwierdziłam, że będę to przekładać na polski rynek.

Ta przygoda z YouTubem trwała bardzo aktywnie przez dobre siedem lat. Nagrałam na tej platformie ponad 600 filmów. Dzięki temu mam w zasadzie pamiętnik ze swojego dorastania. W międzyczasie pojawił się Instagram, więc zaczęłam działać i tam. Kiedy w wieku 20 lat poczułam wypalenie zawodowe – co jest dość rzadkim doświadczeniem wśród moich rówieśników – stwierdziłam, że podcast może być dobrą alternatywą. To długi format, ale mniej wymagający produkcyjnie. Kiedy z kolei TikTok zaczął zyskiwać na popularności, znalazłam tam swoją niszę i też zaczęłam działać. Wiedziałam już z doświadczenia, że jeśli chce się być na fali, trzeba podążać za zmieniającymi się warunkami. 


Jak zareagowało twoje otoczenie, kiedy zaczęłaś działać w internecie? 

Ciężko było ukrywać swoją twórczość – internet nie sprzyja anonimowości. Dziś pewnie jest jeszcze trudniej niż kiedyś. Trafiłam na wyrozumiałe towarzystwo, a poza tym dobierałam sobie ludzi, którzy mnie wspierali, a nie podcinali mi skrzydła.

Zostałam wychowana w taki sposób, żeby patrzeć w przód, zamiast rozglądać się na ludzi wokół, oceniających czy się do czegoś nadaję czy nie. Nawet jeśli zdarzały się nieprzychylne komentarze – a dzieci bywają okrutne – to moja kariera na YouTubie rozwijała się na tyle mocno, że potrafiłam się tym nie przejmować. Miałam kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy subskrybentów, pierwsze poważne współprace z markami – i takie podejście: wy się śmiejecie, ale to ja jadę na zaproszenie Disneya robić kampanię w Paryżu. Dla młodej dziewczyny to były możliwości, o których nikt by nie pomyślał i nikt by sobie ich nawet nie wymarzył.

Moi rodzice zawsze mnie wspierali i byli moimi największymi kibicami. Myślę, że to było dla mnie prawdziwą ostoją– wspomagało mój rozwój i dalsze działania. Najbliższe otoczenie ma ogromny wpływ na to, jak funkcjonujesz jako osoba publiczna. Takie oparcie jest naprawdę potrzebne.


Jak zmieniała się Alex przez te kilkanaście lat – i czy twoja publiczność zmieniała się razem z tobą?

Mam dużą grupę odbiorców, którzy ze mną dorastali, przez co łączy nas dłuższa relacja. Często słyszę, że ktoś oglądał moje back to school, albo że po latach odnalazł mnie na TikToku czy przez podcast i przypomniał sobie, że śledził mnie jeszcze w czasach morning routine w liceum, kiedy działałam jako Alex Mandostyle.

Zmiana pseudonimu była ważnym dla mnie momentem. Przez ponad dekadę najpierw blogowałam, a potem nagrywałam jako Alex Mandostyle. Z wiekiem, z kierunkiem, w którym poszłam zawodowo, z tym, co publikowałam – zaczęłam czuć, że już nie utożsamiam się z tą Alex z YouTube’a, która miała 15 lat. Bardziej utożsamiam się już z dorosłą kobietą i twórczynią niż z dziewczynką, która w wieku 13 lat wymyśliła, że będzie nagrywać filmy.

Równolegle zaczęłam zajmować się marketingiem – stwierdziłam, że skoro mam bardzo praktyczne doświadczenie jako twórczyni w influencer marketingu i social mediach, a mało marketerów ma takie zaplecze, to mogę to połączyć. Zaczęłam szkolić z marketingu i uczyć tworzenia contentu. Książka, którą wydałam kilka miesięcy temu, była kolejnym dużym krokiem. 

Tematycznie zmieniło się dość sporo. Kiedyś byłam z definicji twórczynią lifestylową. Nadal lubię tę tematykę –  głównie pojawia się w moim podcaście, gdzie rozmawiam o relacjach, dorastaniu, randkowaniu. Wiem, że wiele osób mnie właśnie z tym kojarzy. I szczerze, sama w tych tematach się lubię, więc naturalnie przemycam je w swojej twórczości.


Jakie formaty sprawiają ci największą przyjemność?

Pod względem satysfakcji zdecydowanie podcast – jestem wychowana na długich formatach YouTubowych i bardzo je lubię, więc podcast robię z ogromną przyjemnością. Prowadzę go głównie zajawkowo, odcinki komercyjne zdarzają się rzadko. Robię go też, szczerze mówiąc, dla własnego rozwoju, ze względu na tematykę, którą w nim poruszam. Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że teraz prym wiodą krótkie, wertykalne treści – więc na nich też się skupiam i je tworzę.


Jak wygląda twój model zarabiania? Czy filarem są współprace, czy działalność się zdywersyfikowała?

Przez cały okres działalności wiodącą formą zarabiania były i są współprace oraz kampanie reklamowe. Oczywiście przy YouTubie i podcaście dochodzi AdSense, ale podcast prowadzę w mniejszej skali niż kiedyś kanał, więc ten zarobek jest symboliczny – i tak zjada go wynajem studia do nagrań. Poza współpracami reklamowymi zajmuję się też marketingiem, więc dodatkowe przychody to szkolenia, prelekcje, kursy i masterclassy. Jest także książka, którą wydałam kilka miesięcy temu. Cieszę się z niej podwójnie – wyszła dokładnie tak, jak chciałam i spotkała się z bardzo dobrym feedbackiem moich odbiorców.


Skąd wziął się pomysł na książkę?

Dużo czytam – lubię literaturę rozwojową i psychologiczną, co wiąże się też z tematyką podcastu. Od lat mocno interesują mnie tematy dorastania i relacji. Jednocześnie miałam poczucie, że w Polsce nie ma książki, która byłaby przewodnikiem dla ludzi wchodzących w dorosłość. Podobne książki czytałam, ale po angielsku – polskich po prostu nie było.

Myślałam sobie, że fajnie byłoby, gdyby ktoś napisał podobną książkę. Jako twórczyni internetowej brakowało mi produktu, z którym mogłabym się w pełni utożsamiać. Kolekcje ubrań, kosmetyki, gadżety – niech każdy robi co chce, ale ja czułam, że to nie byłoby moje.

Zabawne jest to, że dokładnie to, co teraz mówię, powiedziałam dwa i pół roku temu na podcaście, gdy ktoś zapytał mnie, o czym napisałabym książkę. Odpowiedziałam, że chciałabym napisać przewodnik dla młodych dorosłych – i trzy miesiące później dostałam propozycję od wydawnictwa. Potraktowałam to jako znak od wszechświata.

Zaczęliśmy z wydawnictwem myśleć, jak ugryźć temat – oni też bardzo chcieli, żeby książka poszła w zaproponowaną przeze mnie tematykę. Ostatecznie cały proces rozciągnął się do prawie dwóch lat od propozycji do premiery, ze względu na sprawy prywatne. Kiedy już faktycznie usiadłam do pisania, zajęło mi to zaledwie trzy miesiące. Potem były prace graficzne, makieta, okładka, strategia marketingowa i premiera.


Czy był jakiś ulubiony moment w tym procesie? Albo taki, który wspominasz jako najtrudniejszy?

Zdecydowanie nie przeszłam tego procesu lekko i mocno zastanowiłabym się przed kolejną taką decyzją. Pisanie książki nie jest rzeczą łatwą – myślę, że każdy, kto kiedyś próbował, o tym wie. 

Wcześniej nie miałam doświadczenia z pisaniem długich formatów. Najbardziej frustrujące było to, kiedy nie miałam weny, a jednocześnie wiedziałam, że muszę pisać, bo zbliżał się deadline. Z wydawnictwem ustaliliśmy, że, żeby książka miała premierę jesienią, musi być gotowa najpóźniej w lipcu – żebyśmy zdążyli z redakcją, korektą i całą resztą. Najważniejsze, czego się nauczyłam podczas pisania, to że wena nie przychodzi sama – trzeba ją stworzyć. W którymś momencie po prostu zaczęłam siadać przed komputerem i  pisać. Po jakimś czasie przychodziło do mnie to, co chciałam przekazać. Wyzwaniem było dla mnie siedzenie od rana do wieczora i  układanie myśli w tekst – napisany jeszcze językiem dopasowanym do szczególnej grupy odbiorców. Było w tym dużo niuansów, nad którymi musiałam pracować.

Za to kiedy zobaczyłam książkę w formie fizycznej – najpierw w drukarni podczas składu, a potem, gdy przyszedł do mnie pierwszy egzemplarz – było to uczucie bardzo wynagradzające.


Czy książka na siebie zarabia? Czy był to raczej projekt osobisty, którego realizacja była celem samym w sobie?

Nie pisałam jej z myślą, że zarobię na niej wielkie pieniądze. Niestety, jak nie jesteś popularnym pisarzem, nie spodziewaj się dużych zarobków. Zapewne zarobiłabym więcej na kampaniach reklamowych na TikToku, poświęcając na to mniej czasu. 

Powstanie książki wynikało z dużego poczucia misji. Bardzo chciałam tę książkę napisać. Bardzo zależało mi na tym, by to był mój projekt osobisty.  Mój jako Oli Pawlik, a niekoniecznie od razu twórczyni internetowej. Chciałam stworzyć coś swojego, z czego będę  dumna.

Okazało się natomiast, że, jak książka przekroczy pewien próg sprzedaży, to można na niej faktycznie zarobić. Może nie są to takie budżety jak w influencer marketingu, ale myślę, że mogą być fajnym dodatkiem.


W książce dzielisz się lekcjami dla młodszej siebie. Czy była wśród nich taka, którą napisałaś, a potem bałaś się opublikować? Albo taka, od której zaczął się cały pomysł?

Ulubionych lekcji mam kilka, bo dużo nawiązuję w książce do własnych doświadczeń. Zależało mi jednocześnie na tym, żeby były one uniwersalne, żeby czytelnik mógł się z nimi utożsamić. Kilka razy podczas pisania miałam wątpliwości – czy chcę o tym pisać, czy nie naruszam za bardzo swojej prywatności. Stwierdziłam jednak, że zależy mi na autentyczności, a bez osobistych historii brakuje ludzkiego, realnego elementu. Myślę, że właśnie dlatego czytelnicy najłatwiej się z czymś utożsamiają. Na razie nie słyszałam opinii, że tego było za wiele.

Jeśli chodzi o to, czy jest jedna lekcja, od której zaczął się cały pomysł – raczej nie. Jeszcze zanim zaczęłam pisać, miałam w notatniku i w folderach na Instagramie i TikToku pozbierane różne rzeczy – lekcje, które chciałabym przekazać młodszej sobie, fragmenty z książek, filmy, które zapadły mi w pamięć. Kiedy do tego wróciłam, okazało się, że 25 lekcji ułożyło się dość naturalnie. Z ostatnią miałam problem przez dobry miesiąc – redaktorka zasugerowała nawet, żebyśmy zostały przy 25, bo termin oddania książki już naglił. Dla mnie ta 26. była jednak symboliczna: miałam 26 lat, kiedy książka miała premierę. W końcu mnie oświeciło i ta lekcja też trafiła do środka. Każda z tych 26 jest moja i myślę, że na różnych etapach dorastania każda okaże się przydatna.


Szkolenia i kursy, które prowadzisz – to efekt twojej rozpoznawalności z internetu, czy raczej oddzielna, bardziej klasyczna ścieżka zawodowa?

Dużą zaletą jest u mnie połączenie praktycznego doświadczenia jako twórczyni – współpracy z markami od strony influencerskiej – z wykształceniem w marketingu, bardziej techniczno-teoretycznym. To dobra kombinacja do łączenia teorii z praktyką. Ponieważ sama jestem twórczynią efekty mojej pracy są łatwo widoczne. Gdy mówię komuś, jak budować markę na Instagramie czy TikToku, mogę ilustrować to własnym portfolio, dowodząc, że faktycznie można to robić skutecznie. Oczywiście nie jestem wszechwiedząca – co innego marka osobista, a co innego marka fizyczna – ale mam kontakt z firmami i agencjami, kształcę się też bardziej teoretycznie, więc znam tę branżę z obu stron.


Jesteś takim success story, które sprzedajesz innym.

Trochę tak jest. Ale myślę, że to jest fajne – mam portfolio i liczby, którymi mogę się pochwalić. Nie mówię, jak stworzyć społeczność w teorii. Mówię: ja ją stworzyłam i tu jest potwierdzenie.


Działalność w internecie to twoja jedyna praca – od kiedy zaczęła cię utrzymywać?

Pierwsze pieniądze zaczęłam zarabiać mając 15 lat, więc bardzo młodo. Na początku, kiedy influencer marketing nie był jeszcze tak popularny, były to zarobki z reklam na YouTubie. Zarabianie w internecie to jedyna praca, którą wykonywałam w życiu zawodowym. Bardzo doceniam, że przez całe swoje dorosłe życie mogę zajmować się tym, co daje mi satysfakcję i co po prostu lubię robić.


Czy masz jakiś typowy dzień lub tydzień pracy – stały rytm nagrywania, przygotowywania podcastu, obsługi współprac?

Chciałabym dać wybitny przykład rutyny influencerki z tyloma obserwującymi – ale w moim przypadku coś takiego po prostu nie istnieje. I nie istnieje świadomie, bo taki tryb życia mi odpowiada. Nieregularność, brak sztywnego planu i duża spontaniczność mnie motywują i chronią przed wypaleniem. Mam już doświadczenie z wypaleniem zawodowym związanym z działalnością w internecie, więc robię wszystko, żeby mu przeciwdziałać.

Moje plany są  elastyczne i dostosowane do tego, czym akurat się zajmuję. Ten zawód jest bardzo zmienny i nieprzewidywalny – jeśli chodzi o zarobki, nigdy nie wiesz, czy będziesz mieć współpracę, czy nie. Trzeba żonglować wieloma czynnikami jednocześnie, w tym właśnie własnym rytmem pracy – żeby nie zwariować w tej profesji, ale też żeby ją utrzymać i dalej na niej zarabiać.


Czy zachowujesz higienę pracy? Czy raczej działa to na zasadzie: jak wyjdzie, tak jest?

Staram się tę higienę utrzymywać – mam jedną sztywną zasadę: nie siedzę po nocach i nie montuję rzeczy. Sen jest dla mnie najważniejszy. Ale jednocześnie na Instagrama wchodzę kilkadziesiąt razy dziennie. Ktoś skomentuje, ktoś napisze prywatną wiadomość lub zwierza się z jakimś problemem. Zawsze odpowiadam, a moja odpowiedź rzadko mieści się w jednym zdaniu. 

Nie narzekam na to. Zdaję sobie sprawę, że to część zawodu i biorę odpowiedzialność za to, żeby w tym wszystkim nie zwariować i znajdować w ciągu dnia czas dla siebie.

Przez lata wyrobiłam sobie rutynę braku rutyny. Odpowiada mi brak sztywnych godzin i możliwość dopasowywania pracy do własnego rytmu dnia. Jest jednak dużo takich niuansów, o których człowiek nie myśli, nie mając doświadczenia z pracą w internecie. Ta praca siedzi w głowie – idę spać i myślę: jutro muszę nagrać to, trzeba było wysłać koncept. Towarzyszy ci ciąglę i już od ciebie zależy, jak to balansować.


Co w tej pracy daje ci najwięcej satysfakcji?

Z wiekiem coraz bardziej doceniam jej elastyczność. Mogę we wtorek pójść o dwunastej na tenisa i o czternastej na paznokcie – i to jest niesamowite. Choć z drugiej strony, gdy inni mają wolną sobotę i niedzielę, ja siadam i nagrywam albo montuję. Swoboda dysponowania własnym czasem jest dla mnie bardzo cenna.

Przede wszystkim jednak najbardziej doceniam kontakt z odbiorcami. Widzę, jak pozytywnie na mnie wpływa, gdy dostaję wiadomości od ludzi. Nawet kiedy ktoś pyta o drobiazg – myślę sobie, że ta osoba darzy mnie sympatią na tyle, że postanowiła zapytać i liczy na odpowiedź. Kiedy widzę komentarze pod odcinkami podcastu, nad którymi dłużej pracowałam – i widzę, że ludzie to dostrzegają, że mi ufają– to jest najbardziej wynagradzające w tej pracy. Gdyby nie moi odbiorcy, to co ja właściwie robiłabym w tym internecie? 


Czy jest coś w tej pracy, co z zewnątrz wygląda jak marzenie, a od środka bywa męczące?

Nie powiedziałabym, że coś mnie mocno męczy – ale jest coś, co mam cały czas z tyłu głowy. To odpowiedzialność za własny wizerunek i odpowiedzialność wobec odbiorców. Nawet jeśli jestem twórczynią, u której nie pojawiają się kontrowersyjne tematy, to cały czas dbam o to, jakie współprace podejmuję, jakie tematy poruszam – żeby pasowało to do mojej osoby i do tego, dlaczego ludzie są ze mną. Może się wydawać, że raz taką kwestię przemyślisz i masz spokój. Ale z wieloletniego doświadczenia w branży wiem, że to jest praca ciągła. Różne platformy mają różne mechanizmy, różną dynamikę, trafiają się na nich różni ludzie – i to wszystko wpływa na to, jak działasz i jak jesteś odbierana. Myślę, że o tym się głośno nie mówi, a to jednak zajmuje przestrzeń w głowie. 


Czy zdarzyło ci się pokazać w internecie za dużo i pożałować?

W kwestii prywatności bardzo mocno przestrzegam granic, które sama sobie wyznaczyłam już dawno temu. Bardzo świadomie podchodzę do tego, co publikuję i czym się dzielę. Praca w internecie, jeśli chcesz dbać o swój wizerunek, to ciągłe myślenie przyczynowo-skutkowe: co ludzie pomyślą, jak zareagują, jakie będą konsekwencje.


Jak radzisz sobie z emocjonalnymi kosztami tworzenia – krytyką, hejtem, presją ciągłej obecności online?

Radzę sobie dzięki temu, że dobrze znam własne wartości i mam ugruntowany jasny obraz siebie w internecie – wiem, kim chcę być, co chcę pokazywać i to jest dla mnie drogowskazem. Nawet gdy dostaję nieprzyjemny komentarz albo czuję presję, że inni robią to i tamto, a ja nie, myślę sobie: idę swoją własną drogą i to ja decyduję, jak chcę rozwijać swoją karierę. Mam też zawsze z tyłu głowy, że nie chcę doprowadzić do kolejnego wypalenia i nie chcę, żeby ta praca była dla mnie męcząca.

Bardzo chciałabym, żeby praca mnie nie męczyła, a zamiast tego sprawiała mi przyjemność. Powzięłam to sobie za życiowy cel i bardzo mi na tym zależy. Dlatego staram się nie przekraczać własnych granic, żeby któregoś dnia nie pomyśleć, że to już za bardzo wpływa na moje emocje i psychikę. Dbanie o dobrostan psychiczny jest w pracy twórcy internetowego niesamowicie ważne. Z kolei fundamentem utrzymania tej dbałości jest właśnie to, jakie wartości masz jako prywatna osoba – i jak przekładasz je na swój wizerunek w internecie.


Jak wyobrażasz sobie swoją twórczość za kilka lat? Są jakieś formaty albo projekty, które odkładasz na później?

Biorąc pod uwagę, jak szybko zmieniają się media społecznościowe – i jak bardzo zmieniły się przez ostatnią dekadę – myślę, że nawet gdybym coś sobie założyła, jest ogromna szansa, że to się nie spełni albo zostanie zmodyfikowane. Staram się więc nie myśleć o tym w perspektywie wielu lat do przodu, bo wiem, że życie jest nieprzewidywalne.

Z własnego doświadczenia wiem też, że potrafię dopasowywać się do zmieniających warunków – zmieniałam platformy, znajdowałam nowe nisze, nowe tematy, cały czas pozostając aktywną twórczynią. Ufam sobie, że jeśli będę chciała dalej działać w internecie, to będę tam znajdować dla siebie miejsce, niezależnie od zmian, na które nie mam wpływu. 12 lat temu mówiono mi, że to będzie zaledwie pięć minut sławy – jak wiemy, trwa już ona ponad dekadę. Właściwie nie znam życia bez działania w internecie.

Cieszę się, że mogę dokładać do tego inne przedsięwzięcia – szkolenia, książkę, bardziej klasyczną karierę w marketingu. Może za trzy lata wymyślę, że chcę stworzyć film. Ciężko przewidzieć , jak będę się zmieniać jako człowiek i jako twórczyni.

facebook twitter youtube vimeo linkedin instagram whatsup