fbpx

Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

Cyfrowi twórcy dowożą regularnie – wywiad z Przemysławem Gerschmannem

  z dnia: 19 stycznia 2024

Jednym podstawowych problemów dla cyfrowych twórców jest wybór tematyki. Jeżeli nie chcesz pisać na tematy związane z pracą, zacznij pisać o rzeczach, które mogą zainteresować ciebie samego lub mają dla ciebie praktyczny wymiar – przekonuje Przemysław Gerschmann, autor newslettera 52Notatki (sezon 1 i substack) w rozmowie z Krzysztofem Bartnikiem. Najważniejsza jednak rada brzmi – zacznij jak najszybciej dowozić, publikuj na bieżąco online, nawet jeśli piszesz książkę.


W tym artykule przeczytasz o:

Skąd pomysł na projekt 52Notatki? Jakie miałeś założenia startując z newsletterem? Czy to w ogóle miał być newsletter?

Tak, to miał być newsletter, bo zależało mi na cykliczności. Zależało mi na projekcie, którego nie musiałbym dopracowywać tygodniami lub miesiącami, tylko cyklicznie dowoziłbym jego małą część. Dlatego powstał newsletter, który z góry ma określoną datę publikacji i zawsze jest to sobota rano, około siódmej.


W newsletterze dzielisz się doświadczeniem w zakresie gromadzenia wiedzy, budowania majątku, i zdobywania niezależności. Jak byś zakwalifikował tę tematykę?

To jest bardzo dobre pytanie i duży problem dla wszystkich twórców, którzy zastanawiają się, o czym mają pisać. O ile nie masz kierunkowego wykształcenia albo pasji, zazwyczaj masz problem o czym mówić, pisać, co robić w sieci. Ja miałem problem podwójny, dlatego, że z wykształcenia jestem finansistą, prywatnie też zajmuję się zarządzaniem własnym majątkiem i czytam wiele książek na temat inwestowania. Miałem dylemat czy pisać znowu o finansach, a jeśli tak, to w jaki sposób? W wąskim gronie osób jestem rozpoznawanym człowiekiem od finansów, dlatego muszę – jak to określamy fachowo – mieć alignment do tego co piszę, moje słowa mają wpływ na to, co się dzieje. Wolę jednak odwrócony model mentalny, w rodzaju reverse engineering, dlatego wymyśliłem, że będę pisał o wszystkim, tylko nie o finansach. Cały newsletter jest o wszystkim, co mnie interesuje w danym momencie. 

Natomiast nie wchodzę w tematy finansowe, czasem piszę o finansach osobistych, ale nie odnoszę się do inflacji, do tego co się dzieje na giełdzie i podobnych rzeczy. Jeśli nie wiesz, o czym pisać, bo masz szerokie spektrum zainteresowań, możesz drogą eliminacji wykreślać o czym nie chcesz pisać.

Pomysł na tematykę newslettera wziął się stąd, że chciałem rozładować swoją głowę. Czytam bardzo dużo rzeczy, także w internecie, również oglądam i słucham. Wiedzę, która przelewa mi się przez głowę chciałem zachować przenosząc ją do internetu lub na papier.

Co się udało, a co nie? Uważam, że projekt 52Notatki jest porażką (śmiech). Liczyłem na to, że głowa mi się rozładuje w ciągu trzech-czterech miesięcy i potem będę szukał nowych tematów. Pierwsze numery newslettera są randomowe, jest trochę o krypto, trochę o filozofii, odpryski o finansach osobistych.

Konkluzja jest taka, że głowy nie udało mi się ostatecznie rozładować. Jak zrobię listę o czym mógłbym napisać w przyszłości, to nie ma ona końca. Myślałem, że będzie się stopniowo kończyła i będę szukał inspiracji. Ale pomysłów jest tak dużo, że projekt nie pozwolił mi oczyścić głowy, ciągle coś nowego się pojawia.


Czy tworzyłeś newsletter z myślą o konkretnym odbiorcy, czy tylko z nastawieniem, aby uporządkować swoje myśli, zostawić treści w uporządkowanej formie? Dlaczego nie wybrałeś formy bloga?

Odbiorca musi być zdefiniowany. I bardzo trudno jest tego dokonać, a nawet jak go zdefiniujemy, to niełatwo jest się trzymać wytycznych. Jeśli jestem prawnikiem i chcę pisać profesjonalne treści dla prawników, w pewnym momencie i tak wrzucę mema albo coś śmiesznego na kanał i okaże się, że jeden śmieszny mem zrobił większy zasięg niż rok pracy. I wtedy często profesjonalne blogi zaczynają mutować, stają się miksem memów i profesjonalnych treści, aż w końcu wpadają do kategorii memów. Gdy trafi do mnie potencjalny czytelnik, który szuka profesjonalnej treści, nie uzna mnie za profesjonalistę, tylko kolejną osobę, która robi bieżące komentarze i wrzuca memy. Będąc świadomy tych pułapek, które czają się również na mnie, mój pomysł jest taki, że jedyną osobą, do której ma docierać ten newsletter jestem ja sam.


A to jesteś aktualny Ty czy Ty sprzed pół roku?

Jest taki model, który polega na tym, że piszesz do siebie samego, ale młodszego o 5 lat, ale ja go nie lubię. Po pierwsze, trąci przegrzanym ego, że ja teraz dużo wiem i potrafię, że ja młodszego siebie mogę teraz nauczyć. Nie lubię takiego stylu. Drugi problem jest taki, że potrzebuję się uczyć przez to, że piszę. Nie chcę pisać o rzeczach których już się nauczyłem, które dobrze znam, tylko o rzeczach, które na bieżąco próbuję zrozumieć. Mogę bez problemu znaleźć pięćdziesiąt tematów, o których mam wiedzę i mogę sobie wyobrazić, że przekazuję ją młodszemu sobie. Chodzi mi o to, że skoro piszę dla siebie tu i teraz, to staram się pisać na tematy, które są trudne dla mnie w danym momencie albo mogą mi pomóc teraz, a nie w przeszłości.


Czy Przemek Gerschmann ciągle pamięta o tym, że wydałeś książkę Śladami Warrena Buffetta? Myślę, że twoja twórczość internetowa zaczęła się od książki. Nie każdy pamięta, ale właśnie z Tomkiem Jaroszkiem wydaliście książkę o historii Warrena Buffetta, najlepszego inwestora na świecie, ale pokazaną z perspektywy waszej podróży do Stanów Zjednoczonych na największe spotkanie akcjonariuszy. Czy ta książka była fundamentem tego, co teraz robisz?

Tak, ale przed tym wszystkim było jeszcze coś innego.


Magazyn?

Przed książką i przed newsletterem miałem pomysł, żeby co roku stawiać sobie jakieś wyzwania. Miały być one ograniczone czasowo, bardzo konkretne i zawsze to musi być coś nowego. I bodajże w 2017 roku wpadłem na pomysł, żeby przeczytać 52 książki w 52 tygodnie. To bardzo popularny challenge, ale bardzo bezsensowny. Nie jestem jego fanem i nigdy więcej go nie powtórzę.

Jedną z książek, po które sięgnąłem, była biografia Buffetta, The Snowball: Warren Buffett and the Business of Life, licząca ponad 1000 stron. Dowiedziałem się z niej, że coroczne spotkanie akcjonariuszy to nie tylko sesja pytań i odpowiedzi, ale trzydniowa impreza. Pierwszego dnia są targi spółek, które Buffett ma w portfelu i tam spotykamy inwestorów, którzy przyjeżdżają razem z rodzinami. To jest 30-40 tys. osób. Możemy spotkać Tima Cooka, Billa Gatesa, Billa Murray’a, sławnych aktorów. Generalnie, na jeden metr kwadratowy przez trzy dni przypada chyba najwięcej pieniędzy w Stanach Zjednoczonych. Tam swoimi odrzutowcami przylatuje całe Wall Street. Jest tak tłoczno, że w tym czasie nie da się polecieć na lotnisko w Omaha. To dużo większe i ciekawsze przeżycie niż tylko sesja pytań i odpowiedzi Warrena Buffetta, które każdy może obejrzeć na Yahoo Finance. Gdybym nie przeczytał jego biografii, nie poleciałbym do Buffetta. Gdybym nie poleciał do Buffetta, nie powstałaby książka.

Jednocześnie 52Notatki też są moim wyzwaniem, dokładnie tego samego typu. Wymyśliłem dwa lata temu, że w przyszłym roku usiądę i będę co tydzień regularnie publikował newsletter.

Wydanie książki Śladami Warrena Buffeta nie zrobiło ze mnie milionera, ale dało mi bardzo ważne umiejętności. Przez to, że napisaliśmy tę książkę razem z Tomkiem Jaroszkiem, to potem wydałem następną, Wydaliśmy jeszcze książki innych autorów, które przetłumaczyliśmy. Dzięki temu nauczyłem się jak zarabiać w praktyce pieniądze w internecie. Posiadając te umiejętności, jestem w stanie wydrukować 52Notatki i sprzedać je w internecie albo zrobić jakikolwiek inny produkt, bo wiem, jak to się robi.


Co Cię zaskoczyło na plus, a co na minus w sprzedaży produktów w internecie? Nie wiedziałeś też jaki model przyjąć dla 52Notatek, czy to ma być płatny newsletter, a może e-book. Skąd pomysł, żeby zrobić z nich produkt do sprzedaży?

Co mnie zaskoczyło? Nie wiedziałem jak trudno jest zacząć. Zarobienie pierwszej złotówki, pierwszego grosza w internecie jest dużo trudniejsze niż zarobienie 100 tys. Dlaczego? Musisz mieć coś, co możesz sprzedać. Nawet, jeśli zbudowałeś produkt, to większość ludzi boi się opublikować go w internecie. Boją się oceny znajomych, rodziny, boją się anonimowych opinii. Ale mamy też ludzi, którzy idą za ciosem i są w stanie wszystko opublikować, pokazać siebie w sieci, ale natrafiają na problem techniczny. Musisz mieć podpięte płatności, mieć CRM-a, jeśli to produkt fizyczny musisz zapewnić pakowanie i wysyłkę, do tego potrzebujesz księgowości i działalności gospodarczej. Chociaż w sieci jest wiele materiałów jak sprzedawać, to przebrnięcie przez ten proces jest trudne, zwłaszcza jeśli masz trzydzieści, czterdzieści lat i dawno niczego nowego się nie uczyłeś. 

Odpowiadając na drugie pytanie, model biznesowy dla 52Notatek nie istnieje. To był projekt, który miał się zamknąć z końcem roku. Analogicznie, gdy czytałem 52 książki, wymyśliłem sobie, że polecę do Omaha razem z Tomkiem Jaroszkiem zobaczyć jak wygląda spotkanie. Wzięliśmy wolne w majówkę, przekonaliśmy żony, że tym razem polecimy we dwóch i to jeszcze do USA. Więc jak przebrnęliśmy przez tę najtrudniejszą część, to dopiero wpadliśmy na pomysł, że skoro na bieżąco relacjonujemy wyjazd, to może zrobimy z tego książkę? Wideo w internecie umrze za jakiś czas, ale książka? To był kolejny krok, który wyniknął z tego, że zrobiliśmy pierwszy.

Tak samo jak w 52Notatkach nie mam modelu biznesowego i to jest jednocześnie główny model biznesowy w takim sensie, że nie narzucam go sobie z góry. Jest wiele rzeczy, które pojawią się na horyzoncie dopiero, jak go miniemy. I dopóki nie zaczniemy iść dalej, to nie będziemy widzieli tego, co się dzieje dalej. To może jest trochę banalne, ale z drugiej strony to jest właśnie rzecz, która wielu trzyma w miejscu. Jeśli przekonuję kogoś do zamiany pasji w internetowy biznes, to w odpowiedzi słyszę: OK, lubię kolekcjonować hot wheelsy albo kocham psy, ale jak mogę na tym zarabiać? W tym momencie tego nie wiesz, ale jak zaczniesz tworzyć content, pisać, nagrywać, budować społeczność to pomysł na monetyzację się pojawi.


Czy przyszedł taki pomysł od społeczności do Ciebie? Czy czytelnicy pytali, dlaczego nie ma archiwum? Wyjaśnijmy, że archiwum zniknęło, gdy musiałeś zmienić platformę newsletterową, ponieważ poprzednia została zamknięta.

Tak, ze strony czytelników była presja. W pierwszym newsletterze napisałem, że to mój roczny projekt i na początku stycznia wrzuciłem informację na Twittera. Nigdzie go nie reklamowałem, po prostu dałem znać, że to będzie roczny projekt. W połowie roku przypomniałem, że jesteśmy na półmetku, po czym otrzymywałem informacje od zaskoczonych osób pytających o co chodzi i czemu projekt się kończy. Każdemu, kto do mnie pisał, odpisywałem na bieżąco. Jak zostały trzy miesiące do końca roku, znowu o tym przypomniałem. W grudniowych newsletterach jasno komunikowałem, ile wydań zostało do końca. Każdorazowo dostawałem po sto, dwieście maili, komentarzy na Facebooku. Dla mnie mail jest sto razy cenniejszy niż komentarz, lajki w ogóle pomijam, są tylko dla karmienia algorytmu, nic nie mówią. A jeśli ktoś pisze wiadomość na pięć albo dwadzieścia zdań, to taki list jest wart tyle co dziesięć, a nawet pięćdziesiąt komentarzy na Facebooku, o lajkach nie wspominając.

Faktycznie, czułem presję. Niektórzy czekali na odpowiedź przez miesiąc, ale obiecałem sobie, że będę odpisywał każdemu. Trochę jednak się z tego śmieję, bo naprawdę chciałem zakończyć ten projekt, nie zmieniłem zdania pod naporem komentarzy. Chciałem go zamknąć, bo nie miałem czasu w kolejnym roku na kontynuację. Co roku mam nowy projekt, dlatego 52 książki czytałem tylko przez jeden rok. Potem robiłem coś innego, miałem zakolejkowane inne projekty na ten rok.

Napisanie newslettera zajmuje 3-5 godzin. To jest coś, co robię po godzinach pracy, zazwyczaj wieczorami, albo w weekendy. Nie jest to bieżąca praca, więc ten bardzo cenny wolny czas mogę poświęcić na coś innego. Dlatego mocno go pilnuję.

Ostatecznie pomyślałem, że może faktycznie źle robię zamykając newsletter od 1 stycznia. Trochę – jak wspomniałeś – namieszał dostawca newslettera, firma Revue, którą w pewnym momencie kupił Twitter, aby robić własne newslettery. Ale przyszedł Elon Musk i zamknął platformę, przy okazji niszcząc archiwum autorom. Kto nie zrobił kopii, stracił wszystkie wpisy. Sytuacja, w której się znalazłem, zmusiła mnie, aby udostępnić archiwum w inny sposób niż tylko w internecie. Dlatego narodził się pomysł, żeby wydać 52Notatki w formie e-booka. Zwłaszcza, że przekonałeś mnie, że fajnie byłoby wydać newsletterowe treści w postaci książki. Skoro zajmujecie się składem i logistyką, uznałem, że jeśli ktoś faktycznie chce mieć to na papierze, dajmy mu to.


Uważam, że treść Twojego newslettera świetnie nadaje na książkę, oczywiście za wyjątkiem intro czy końcówki każdego maila. To evergreeny, czyli najciekawsze rzeczy, które nawet wyrwane z kontekstu warto przeczytać. Czasami to bardzo dobre wprowadzenie do tematu poruszonego przez Ciebie lub ciekawe spojrzenie na to, co robisz. Tylko, że 52Notatki to jest projekt part-time, a nie główna działalność zarobkowa. Czy Twoim zdaniem to dobra droga dla twórczyń i twórców, czy jednak lepiej jak najszybciej uczynić z niej pełnoprawną ścieżkę zawodowa?

Moim zdaniem ścieżka part-time jest najlepszym rozwiązaniem. Nie jest idealna, ale najlepsza. Jeśli wszystkie siły angażujemy w jeden projekt i zaczynamy od zera, to zazwyczaj mamy bardzo wysoką presję, aby szybko zacząć zarabiać. Moim zdaniem presja na szybką monetyzację może negatywnie wpłynąć na twórczość. Ja cały czas trzymam się w newsletterze tego, że piszę do siebie. Co z tego wynika? Piszę na tematy, które mnie interesują, ale też na takie, które są aktualne w danym momencie. Używam słownictwa, które sam rozumiem. To nie jest tak, że piszę o jakimś temacie, o którym dużo wiem, ale tłumaczę go jak dziecku. Oczywiście staram się nie używać skomplikowanych terminów, ale warto założyć, że czytelnik jest w podobnym wieku, że jest podobnie wyedukowany. Dzięki temu zachowujemy ciągłość.

Newsletter poszedłby w zupełnie innym kierunku, gdybym zaczął zwracać więcej uwagi na to, co się klika. Nie wiem, czy to byłby lepszy kierunek, czy nie, ale moje założenie jest takie, że chcę mieć newsletter, który czytam osobiście. Ciekawym przykładem jest anomalia, która przydarzyła mi się ostatnio. Napisałem artykuł z okazji Dnia Ojca do rodziców. Dostał on bardzo mało lajków. Na Substacku są lajki i tam zwyczaj moje artykuły mają ich ponad 100. Ten ma około 50, ale jednocześnie przyniósł mi bardzo dużo nowych subskrypcji – cztery razy więcej niż normalnie. Zacząłem się zastanawiać, co z tego wynika. Czy to jest dobry artykuł czy zły? Uznałem, że jest bardzo dobry, bo ja chcę taki przeczytać i poszedłem dalej.

Po zbudowaniu takiej platformy, gdy stałeś się już rozpoznawalny w swojej branży, masz własny skillset, wiesz, jak publikować w internecie, wiesz, jak wygląda workflow. Co więcej, dodałeś płatny produkt, czyli wiesz, jak sprzedawać online i teraz możesz zacząć tworzyć produkty dedykowane. Mogę powiedzieć: “jeśli czytacie mój newsletter, jeśli uważacie, że brakuje wam wiedzy z jakiejś dziedziny, na której ja się znam, to może stworzę konkretny produkt z tej dziedziny”. I wtedy wychodzę z obecnego modelu, gdzie piszę do siebie samego i wchodzę w model, w którym mam osoby chcące się nauczyć tego samego, co ja. Przekazuję swoją wiedzę i wtedy robimy formę spin-offy od naszego głównego nurtu aktywności – nie powiem produktu, bo 52Notatki nie są produktem.

Mam spisane obszary, w których mam wiedzę, która mogłaby się przydać innym. Pytanie brzmi, czy będę miał czas i możliwości, żeby zapakować ją w produkt i czy będą na niego chętni. Ale i tak będzie mi sto razy łatwiej zacząć niż gdybym nie miał newslettera, pojawił się znikąd i przekonywał, że was czegoś nauczę. Wówczas ludzie słusznie zapytaliby o moją wiarygodność.


Mówisz, że rok warto planować w czerwcu. Nie w grudniu czy styczniu, jak robi większość ludzi, a potem nadchodzi Blue Monday i cele noworoczne są kasowane. To jest fajna rzecz, z której niewiele osób zdaje sobie sprawę. Dlaczego polecasz zrobienie podsumowania właśnie w czerwcu?

Pierwszy powód jest taki, że w grudniu i styczniu wszyscy robią podsumowania. Napotkani znajomi narzekają na to, ile zapłacili za karnet do siłowni i na panujący tam wówczas tłok.

Tymczasem w czerwcu nikt nie wywiera na nas presji. Możemy spokojnie planować. Warunki są lepsze, jasno jest do 21, a w styczniu jasno jest do 15 i nie muszę dodawać, jaka jest wówczas aura. Poza tym, grudzień jest zawsze, przynajmniej w moim przypadku, trudnym miesiącem. Idą święta, zastanawiamy się, do której babci jedziemy, inna do nas przyjeżdża, musimy kupić prezenty. Warszawa jest w tym okresie zakorkowana, jednocześnie w pracy czy w biznesie musimy domknąć rok. Brakuje czasu, aby pomyśleć, co zrobiłem albo co chciałbym zrobić. To naprawdę nie jest takie proste. Nawet jeśli wiemy, co zrobić, to często nie wiemy jak zacząć.

Styczeń jest kiepski, zaczyna się presja, minął pierwszy tydzień, trzeci, jeszcze nie byłem na siłowni, a karnet kupiłem w grudniu, bo myślałem, że jak zapłacę z góry za cały rok, to będę chodzić. W czerwcu czy lipcu nie ma kompletnie tej presji. Możemy zaproponować rodzinie wyjazd w spokojniejsze miejsce, gdzie można usiąść i pomyśleć, a nie zwiedzać w pośpiechu. Możemy nawet sami pojechać na taki slow weekend. W styczniu jest to trudne i mało atrakcyjne. Często też bywa tak, chociażby w moim przypadku, że gdy postanawiam, że chcę coś zmienić w grudniu, to mówię, że zacznę od stycznia. Od stycznia, bo jest grudzień.


Tak, to jest takie miesięczne jutro.

Tak, bo jak chcesz przejść na dietę, to mówisz, że w święta i tak będziesz jadł jak szalony. Planujesz, że zaczniesz od stycznia i do stycznia masz na co czekać. Jeśli chcesz się zapisać na lekcje hiszpańskiego to też pewnie zrobisz to od stycznia, siłą rzeczy nie możesz tego zrobić od grudnia, bo wszyscy nauczyciele, terminy są zajęte. Nikt nie ma czasu. Natomiast w czerwcu i lipcu wszyscy są wolni.


Teraz trudniejsze pytanie, bo znamy się długo. Byłeś u nas w firmie, podpisywałeś książki, spotkaliśmy się kilka razy, ale powiedziałeś mi, że początek roku poświęciłeś, aby sprawdzić jak jakie narzędzia, rozwiązania, ofertę dla twórców posiadają inne firmy. Ostatecznie i tak wybrałeś Imker. Opowiedz więcej o tym procesie, bo jestem bardzo ciekawy.

Na wstępie dziękuję Ci, że się na mnie nie obraziłeś, jak to powiedziałem. Faktycznie tak było i taka była moja intencja. Pomyślałem, że mogę pójść za ciosem, bo znam system Imker, znam Ciebie, wiem, jak to wszystko działa. Dlatego że – tak jak wcześniej wspomniałem – u Ciebie działa nasze wydawnictwo Milion Kroków. Zaczęliśmy współpracować z Tobą w 2019 r.

Pomyślałem, że sprawdzę, jak wygląda świat poza Imker. Zacząłem testować inne rozwiązania i to było łatwe, bo ja niczego nie miałem. Gdybym miał działający już sklep, książki, nie chciałbym nagle ich przenieść z Twojego magazynu do innego. To samo dotyczy bazy klientów. Niczego takiego jednak nie miałem, a cała moja baza mailingowa została usunięta – oczywiście miałem skopiowaną, ale musiałem ją gdzieś przenieść, więc jednocześnie testowałem inne newslettery.

Zacząłem szukać innych rozwiązań na rynku. Zwłaszcza, że wiedziałem jakie u Was plusy, a jakie minusy. To było łatwiejsze, bo wiedziałem dokładnie czego szukam. Skończyło się na tym, że nie znalazłem nic lepszego niż Imker. Taka jest prawda. Poszukiwania zajęły mi ok. dwa-trzy miesiące.


Czyli po prostu zakładałeś konta i testowałeś kolejne rozwiązania, patrzyłeś co jest w środku, kontaktowałeś się z obsługą?

Tak to wyglądało, zakładałem konta wszędzie. Można je założyć bez problemu, a ja jestem kompletnie nieznaną osobą, więc nikt od razu mnie nie zauważył. Otwierałem oddzielne konta mailowe i po prostu starałem się przetestować różnego rodzaju usługi. Jakiego typu usługi? Przede wszystkim usługę CRM-ową – każdy, kto potrzebuje coś sprzedać w internecie, musi mieć CRM. To system do relacji z kupującymi, z klientami, żeby otrzymali fakturę, żeby dostali produkt, żeby mieć historię ich transakcji w jednym miejscu.


Żeby w ogóle zamówienie złożyć, prawda?

Tak, to jest podstawa. Każdy z nas składa zamówienia w internecie i nagle, jak chcemy mieć tak samo, to się okazuje, że nie jest to takie proste. Testowałem różne koszyki, różne CRM-y, systemy płatności i różne integracje. I na końcu wróciłem do Ciebie i napisałem: “Krzysiek, przyjmij mnie z powrotem. Stęskniłem się.”


Miałeś swój newsletter, ale szukałeś narzędzi do rozpoczęcia sprzedaży, czyli czego szukałeś?

Tak, oprócz tych podstawowych narzędzi, czyli oprócz CRM-a, bo na początku zakładałem, że nie będzie papierowej wersji książki, że będzie sam e-book, bo wiem, jak dużo pracy jest z papierem. Wbrew pozorom dużo więcej niż z samym e-bookiem. I w e-booku genialne jest to, że można wszystkim wysłać aktualizację i napisać: “Cześć, było parę nieścisłości, tu masz wersję 2.0 i przy okazji dodałem jeden rozdział gratis”. Ale jak popełnisz błąd w książce to jest problem, bo nie możesz jej wydrukować ponownie.


Przy dodruku możesz poprawić drugie wydanie.

Tak, ale nie doślesz drugiego egzemplarza wszystkim, którzy już kupili, bo to Cię zrujnuje biznesowo. To jest ten problem, że dużo łatwiej jest dodać to do e-booka. Ja mam z jednej strony nisko zawieszoną poprzeczkę, bo potrzebowałem firmy, która będzie mi dystrybuować e-booki, przyjmować płatności i je procesować. Z uwagi na to, że od paru lat robiłem to u Ciebie razem z Tomkiem, to wiedziałem czego się spodziewać i miałem trochę taki bullshit detector na obietnice składane przez inne firmy. Ktoś napisał, że będzie szybko, fajnie i dobrze. Potem okazywało się, że będzie też super drogo, ale tak nieracjonalnie drogo. Rozumiem, że można płacić za coś, co jest usługą szytą na miarę, albo jest w jakimś stopniu specyficzne. Ale mój produkt był bardzo prosty. Jedna stawka, 52 złote za e-booka. Tam nie było sklepów, nie było super integracji, nie było magazynów, dlatego przetestowanie tej formy było bardzo proste – wystarczyło porozmawiać z dostawcami.

Zniechęcały mnie te ceny, ponieważ znałem rynkowe stawki. Dostawcy takich usług mają również duży problem z obsługą klienta. Wysyłając do firmy zapytanie, nie oczekuję już, że będzie tam AI chatbot, który wyśle mi odpowiedź z grupy zdefiniowanych wcześniej odpowiedzi, ale że ktokolwiek wyśle mi informacje w przeciągu 24 godzin. Jednak wielokrotnie albo nie dostawałem odpowiedzi, albo dostawałem ją późno, albo była to odpowiedź, która nie odpowiadała na pytanie, bo ktoś zrobił tego chatbota, ale źle go postawił. Jeśli firma ma tak duży problem z e-bookiem, który jest super prostym produktem, bardzo generycznym i łatwo powielanym, to jak będę mieć 20 e-booków, to będzie jeszcze większy problem. A gdy będę chciał do tego dodać wideo, połączyć to z podcastem i uszeregować w jakiś sposób? Nie, dziękuję.

Jednocześnie przyjąłem założenie, że chcę mieć 1000 osób, które zapłacą za produkt, to był mój benchmark. Jeśli przy tysiącu sprzedaży mam tak wysokie koszty, to jeśli chciałbym zrobić duży biznes, wprowadzić dodatkowe produkty, nagle się okaże, że zapłacę bardzo dużo za standardową usługę.


Teraz zejdźmy do poziomu zero. Czy jakbyś dzisiaj miał komuś zarekomendować pójście Twoimi śladami z newsletterem – tak jak Wy chodzicie śladami Warrena Buffetta – od jakiego medium zacząć? Na co zwrócić uwagę? Jakie masz złote rady dla takich osób?

Zwrócę uwagę na kilka kroków technicznych i kilka osobistych. Zacząłbym od osobistych – każdy musi zdać sobie sprawę, że nic nie znaczy w internecie. To może niezbyt zachęcające, ale to tak zwany spotlight effect. Wydaje się nam, że jeśli wrzucimy zdjęcie do internetu, to nagle wszyscy je zobaczą. Prawda jest taka, że Twitter ostatnio pokazuje wyświetlenia w tysiącach, a trwają one ułamki sekund. 10 tysięcy wyświetleń nie oznacza, że tyle osób spojrzało na wpis, a tym bardziej, że go przeczytało.


Często twórcy czy twórczynie myślą, że skoro coś opublikowali w social media, to wszyscy to przeczytali. A przecież algorytmy są tak ustawione, że tylko procent odbiorców widzi w te treści.

Łatwo jest to sprawdzić w praktyce. Regularnie testuję to na sobie – co jakiś czas biorę swoje wątki z Twittera z największymi zasięgami i puszczam je drugi raz. Robię copy paste, wrzucam i czekam aż ktoś mi napisze: “Przemek, Ty już kiedyś to wrzuciłeś”. Prawie nikt mi czegoś takiego nie pisze, a nawet jeśli pisze, to są śladowe liczby. Zawsze wątki puszczone drugi raz robią większy zasięg niż za pierwszym razem. To wynika z prostej matematyki – mam więcej followersów z miesiąca na miesiąc. Więc jeśli teraz coś wrzucamy, nawet jeśli to jest genialne, to jest to bez znaczenia, bo nikt tego nie zobaczy, bo jesteśmy za mali, ale jeśli treść jest kiepska, to również to nie ma znaczenia, bo nikt nas nie obserwuje. To jest miecz obosieczny i dlatego mocno to podkreślam. Wiem, że mnie samego, jak i wiele osób, z którymi rozmawiam, zatrzymuje to przed tworzeniem, bo boimy się, że wszyscy zobaczą naszego posta. Nikt tego nie zobaczy. Nawet jak zobaczy, będzie scrollować i pójdzie sobie dalej.


Przynajmniej wiesz, co masz robić. Jak nikt nie zobaczył, poprawiaj treści. Jak dużo osób zobaczyło i są fajne, rób więcej fajnych treści. Tak więc sytuacja win-win.

Dokładnie, to jest idealna sytuacja. Wydając teraz wszystkie swoje newslettery z zeszłego roku musiałem usiąść i je przeczytać. To jest bardzo duża satysfakcja, jak czytasz swoją pracę sprzed roku i masz poczucie, że jest naprawdę dobra. Generalnie, jak czytam swoje stare wpisy w social media, to nigdy nie mam takiego poczucia, zwłaszcza jeśli to są rzeczy sprzed 5 lat. Natomiast jestem zadowolony z pracy twórczej, jak patrzę na to z perspektywy czasu. Wiem, że spokojnie mogłaby dotrzeć do 100 razy większego audytorium. To jest frustracja w drugą stronę, gdy myślisz, że zrobiłeś coś naprawdę dobrego, ale zobaczy to kilka tysięcy osób. Ważne jest też, abyś jako twórca miał świadomość, że jeśli dowozisz coś dobrego, nie pójdzie to samo w świat. Będziesz się wkurzał, że memy albo inne głupoty na YouTube są numerem jeden. Tak to niestety wygląda. To jest rada psychologiczna prosta, ale bardzo ważna.

Druga rada, bardziej operacyjna, brzmi: zacznij jak najszybciej dowozić. Rzecz nie w tym, aby usiąść i pisać książkę, która ukaże się po dwóch, trzech latach. Zacznij dowozić nawet małe rzeczy. Bardzo podoba mi się nowatorski model, który jest znienawidzony przez doświadczonych pisarzy. To model, który przyszedł do nas z USA i polega na tym, że na bieżąco piszemy książkę i rozdział po rozdziale publikujemy ją w internecie. Chociaż dostępna jest za darmo, to na końcu dzieje się magia, bo ludzie kupują książkę, mimo że jest online. Jak napisaliśmy pierwszy rozdział, zaraz znajdzie się ktoś, kto spyta o drugi i tak dalej. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz polega na tym, że jak ktoś wytknie błąd, będziemy w stanie go poprawić zanim zakończy się pisanie całej książki.

Jest taki film Marsjanin. Nie wiem, czy oglądałeś?


Bardzo lubię.

Bardzo fajny film, który powstał na bazie książki, która była pisana właśnie w ten sposób. Autor książki, Andy Weir, pisał na bieżąco. I co jest genialne, w warstwie merytorycznej książki, wszystko jest fizycznie możliwe. W trakcie pisania książki, autor pytał: “słuchajcie, gdybyście byli na Marsie i chcieli porozumieć się z Ziemią, co byście zrobili?”. Ludzie zaczęli mu pisać, że jest tam sonda, którą NASA zostawiła 10 lat temu, więc bohater mógłby ją odnaleźć. Dzięki temu, autor zmienił fabułę i przesunął bohatera, aby ten był w stanie dojechać do tego miejsca, w którym faktycznie znajduje się sonda. Sam nie wpadniesz na taki pomysł, chyba, że naprawdę jesteś geniuszem.


Czyli takie build in public, jeżeli chodzi o pisanie, tak?

Tak! W tym kontekście wiem, że to może stać w kontrze do tego, co powiedziałem wcześniej, żeby pisać dla siebie, ale wszystko zależy od tego, jaki masz cel. Jeśli miałbym pisać książkę dzisiaj, na pewno chciałbym spróbować napisać ją publicznie. To wynika również z tego, że sprzedaż książek nie jest moim głównym źródłem dochodu. Ale jeśli rzucę etat i inne zajęcia, które przynoszą pieniądze i powiem sobie, że będę pisarzem, to będę chciał szybko dowieźć coś, co sprzeda się masowo. To jest bardzo duży komfort, jeśli zacznie się robić tego typu rzeczy dodatkowo. Niby to jest part-time, a nie full-time, czyli mamy mniej czasu w ciągu dnia, ale wybiegając naprzód mamy więcej czasu, bo nie ma presji, aby w pół roku ukończyć zadanie. Możemy pracować nad nim rok, półtora roku albo trzy lata. To bardzo duży plus takiego podejścia i zachęcam każdego, aby zacząć pracę w takim modelu. A co mam zrobić, jeśli nie mam pomysłu? Ja z jednej strony mam łatwiej, bo mógłbym pisać o finansach. Ty też masz łatwo, bo możesz po prostu napisać książkę, założyć bloga, kanał, podcast o byciu twórcą, o sprzedaży w internecie, o tym, czym się zajmujesz zawodowo. A co, jeśli ktoś pracuje w sklepie odzieżowym, jest lekarzem i niekoniecznie chce o tym pisać? Albo w ogóle ma pracę, o której nie chce pisać i to jest trochę mój przypadek, że zajmując się zawodowo finansami, nie chcę o nich pisać. Kiedyś tak robiłem, ale teraz już nie chcę wracać do domu i znowu pisać o tych finansach. No ileż można?

Konkludując, nawet jeśli mamy super ciekawą pracę, szukamy odskoczni i chcemy pisać, tworzyć, nagrywać, to jak znaleźć temat? Mój framework jest taki, że szukałbym czegoś, co przyda się mi samemu albo co mnie samego interesuje. Jeśli chciałbym w przyszłym roku skupić się na swoim zdrowiu fizycznym, to może zacznę pisać o odżywianiu i ćwiczeniach.


Dodałbym, że nie musisz od razu pisać, najpierw zacznij gromadzić wiedzę na ten temat i słuchaj, co podpowiada Ci własny głos. Możesz łączyć kropki zbierając informacje, wypowiedzi, opinie różnych ludzi. I jeżeli ten głos zaczyna ci podpowiadać, że warto podzielić się wnioskami, przemyśleniami, to myślę, że to jest temat, który warto poruszyć.

Dokładnie tak! Najtrudniej jest pisać o rzeczach, o których nic nie wiemy i sami na tym nie skorzystamy. To jest dylemat urzędnika – urzędnik ma taką pracę, że nie on ustala jej reguły, bo są narzucone z góry przez prawo czy rozporządzenia. I nie on jest beneficjentem tej pracy, bo załatwia sprawy dla petentów, którzy przychodzą do urzędu. Najtrudniej być taką osobą, bo nie masz na nic wpływu i Twoja praca jest nieskończona, bo do końca świata będą do wypełnienia druki i zezwolenia. Jeśli mieszkasz za granicą, zrób bloga o tym, jak się tam żyje. Jeśli masz małe dziecko, możesz zrobić bloga o dziecku. Wiem, że już jest masa takich rzeczy, ale codziennie powstaje nowa dieta. To naturalny dylemat, po co tworzyć kolejnego bloga o dietetyce albo o podróżowaniu, skoro jest ich tyle.


To cenna wskazówka, gdy jest dużo książek na dany temat. Jak powiedziała u mnie w wywiadzie Kamila Kruk, to oznacza, że jest na taką tematykę rynek. Jak jest tylko jedna publikacja, może się okazać, że po twoją książkę ludzie nie będą sięgać, bo może nie ma na to rynku. Myślę, że książki finansowe to bardzo szeroki temat, zdrowie czy rozwój osobisty tak samo, więc wybór branży ma istotne znaczenie. Jak do tego podejść?

Skupienie na tym, co może pomóc nam samym, to najlepszy możliwy klucz. Może to być super wąska dziedzina, możemy być fanami układania Lego albo modeli papierowych. I to jest naprawdę nisza. Ale jest takie powiedzenie: the riches are in the niches [to także tytuł książki Susan Friedmann- red]. To znaczy, że w niszach jest najwięcej potencjałów biznesowych. Trudno się będzie przebić jako numer jeden na Instagramie w kategorii modelka, szafiarka, fitness model czy super tata, bo tego jest strasznie dużo. Łatwiej będzie się przebić w kategoriach super wąskich, jeśli zajmiemy się np. starymi samochodami, sklejaniem modeli albo podróżami w rejony Ziemi, o których nie ma tysiąca poradników.

Tu możliwości są bardzo szerokie. Możemy zdecydować, że robimy to, w czym jesteśmy kiepscy i możemy się uczyć na bieżąco. Jest mnóstwo takich kanałów na YouTubie – ktoś kupuje samochód, który ma spalony silnik i na bieżąco uczy się, jak go naprawić. Takie nagrania mają masę wyświetleń.

IMKER
IMKER

Firma IMKER od 2015 roku wspiera twórców i producentów we wprowadzaniu własnych produktów na rynek. Wyróżnia się kompleksowością usług - oferując m.in. doradztwo, usługi fulfillment, support (obsługa klienta) oraz SalesCRM (oprogramowanie do sprzedaży). IMKER prowadzi Twórców przez całość procesów związanych ze sprzedażą w internecie, od uruchomienia sprzedaży, poprzez przedsprzedaż, magazynowanie, pakowanie i wysyłkę, aż do profesjonalnej obsługi klienta i zwrotów.

Odbierz wartościowy bonus przy zapisie do newslettera!

Wzór biznesplanu książki dla selfpublishera na 12 miesięcy! Będziemy Ci także regularnie wysyłać ciekawe inspiracje dotyczące świata twórców online.

    Twoje dane osobowe będą przetwarzane w celu obsługi newslettera przez Imker Spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Zamościu, ul. Szczebrzeska 55A, 22-400 Zamość, KRS: 0000967893, na zasadach opisanych w polityce prywatności. W każdej chwili możesz zrezygnować.

    Twoje dane są u nas bezpieczne. 🛡️