
Rozmawiamy z Joanną Okuniewską – jedną z najpopularniejszych polskich podcasterek, której szczerość i poczucie humoru przyciągają tysiące słuchaczy. Autorka “Tu Okuniewska” i “Ja i moje przyjaciółki idiotki” opowiada o emocjach, relacjach i codzienności, tworząc przestrzeń bliską doświadczeniom wielu osób.
W tym artykule przeczytasz o:
Co sprawiło, że postanowiłaś nagrywać podcast? Jak wyglądały jego początki – czy miałaś konkretny plan, czy działałaś spontanicznie?
Pomysł na podcast narodził się już po przeprowadzce na Islandię. Pracowałam wtedy fizycznie, jako asystentka szefa kuchni w restauracji. Problemem takiej pracy było to, że nie miałam właściwie czasu na robienie czegoś tylko dla siebie. Starałam się brać jak najwięcej godzin, żeby zarobić i odłożyć np. na wakacje. Jednocześnie bardzo marzyło mi się tworzenie na własnych zasadach. Wcześniej pracując w reklamie często moje pomysły nigdy nie dochodziły do realizacji – klient się wycofywał, brakowało budżetu albo zmieniała się koncepcja kampanii. Ostatecznie zostawałam z poczuciem, że wykonuję bardzo nudną, odtwórczą pracę.
Na Islandii zaczęłam tęsknić za pracą kreatywną. Myśl o zrobieniu podcastu pojawiła się, gdy wychodziłam z pierwszej w moim życiu depresji. Mój terapeuta zasugerował, że samo opowiadanie historii – czy to pisanie, czy mówienie – może pomóc mi odzyskać kreatywność. Dla mnie był to sposób, żeby się czymś zająć, nie leżeć bezczynnie w łóżku.
Brakowało mi też kontaktu z bliskimi – nie miałam siły, żeby każdemu z osobna opowiadać, jak wygląda moje życie na emigracji. Miałam mnóstwo przemyśleń, którymi chciałam się podzielić. To był duży przełom w moim życiu. Dużo rzeczy odkrywałam – o sobie, o emigracji, o nagłej zmianie pracy.
Zrobiłam listę pomysłów na pierwsze – krótsze niż obecnie – odcinki. Byłam tak podekscytowana, że na początku publikowałam nawet dwa podcasty tygodniowo. Pamiętam, że nagrywałam je czasem dwa razy, bo coś mi nie pasowało albo o czymś zapomniałam. Pierwsze pięć–sześć odcinków odsłuchiwałam jeszcze przed publikacją
Jak szybko zorientowałaś się, że to, co nagrywasz, rezonuje z odbiorcami? Ile czasu zajęło, zanim podcast trafił do szerszej publiczności?
Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że dość szybko. W moim gronie znajomych było wtedy sporo osób ze środowiska kreatywnego, takiej bańki ludzi ciekawych nowości. Więc kiedy zobaczyli, że pojawił się podcast, klikali, słuchali, udostępniali. To na pewno pomogło.
Trafiłam też chyba w dobry moment. Ludzie zaczynali kojarzyć, czym w ogóle są podcasty. Na rynku dominowały wtedy treści bardziej biznesowe, korporacyjne. Natomiast takich lifestyle’owych, osobistych podcastów prawie nie było. Myślę, że udało mi się wypełnić tę lukę – zarówno rynkowo, jak i wśród moich znajomych, którzy lubili moje opowieści i doceniali różne kreatywne zabiegi, jakie stosowałam.
Nie pamiętam nawet, kto jako pierwszy – z tych bardziej znanych kont czy influencerów – udostępnił mój podcast. Ale pamiętam ten moment, kiedy ludzie naprawdę się tym dzielili – każdy nowy odcinek był udostępniany.
Jak obecnie wygląda Twój proces pracy nad podcastem? Czy masz konkretny plan działania, czy raczej działasz spontanicznie – pojawia się inspiracja, siadasz i nagrywasz?
Musiałam sobie wszystko uporządkować, bo moja córka, Helena, jest już w takim wieku, że potrzebuje dużo mojej uwagi. To już nie ten czas, kiedy mogłam karmić piersią i jednocześnie czytać książki, szukając inspiracji w literaturze.
Ustaliłam więc pewien rytm. Poniedziałki mam zawsze wolne – nie pracuję wtedy w ogóle. To jest dla mnie dość skomplikowany dzień, bo Helena wraca wtedy po weekendzie u jej taty i chcę się skupić na niej, ale też posprzątać mieszkanie, czy zrobić zakupy. Od wtorku zaczynam już zbierać inspiracje. Wynotowuję pomysły – czasem tylko temat i kilka słów kluczowych, czasem też tytuły książek, z których chcę skorzystać. Często gdy nagrywam współprace, muszę się przygotować bardziej merytorycznie, zapoznać się z konkretnymi treściami.
Maile sprawdzam codziennie – bez jakiegoś konkretnego systemu, po prostu rano albo wieczorem odpowiadam na to, co wymaga odpowiedzi.
Jeśli chodzi o pisanie odcinków czasem rozkładam sobie pracę na kilka dni i podchodzę do tego etapami. Z reguły jednak nie lubię przerywać pisania podcastów. Najlepiej pracuje mi się, kiedy mogę usiąść i przez 2–3 godziny pisać bez przerw. Doszłam już do tego, że potrafię w takim trybie wyrzucić z siebie wszystkie myśli bez robienia przerw.
Ustaliłam sobie też konkretny dzień publikacji – niedzielę. Odcinek przygotowuję i nagrywam w ciągu tygodnia, a niedziela jest dniem publikacji. Zautomatyzowałam to, by nie musieć pracować w weekendy, czego bardzo nie lubiłam. Wolę poświęcać ten czas rodzinie. Mam jasny system: publikuję w każdą niedzielę, na zmianę – raz „Tu Okuniewska”, kolejny tydzień „Ja i moje przyjaciółki idiotki”, i tak w kółko. To mi bardzo ułatwia życie.
Ten rytm jest dobry nie tylko dla mnie – wiem, czym mam się zająć w danym tygodniu – ale też dla reklamodawców. Mogę im jasno powiedzieć, kiedy będzie odcinek i oni też mają większe poczucie pewności, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Czy zdarza Ci się odrzucać współprace, bo nie pasują do Ciebie albo Twojej społeczności? Miewasz obawy, że obrandowanie odcinka jakąś marką może nie wyjść na dobre? Jak odróżniasz te współprace, które naprawdę do Ciebie pasują, od tych, w które nie warto wchodzić?
Mam taką zasadę, że właściwie nie muszę się długo zastanawiać. Zazwyczaj już po tytule maila wiem, czy dana marka mnie interesuje – czy jest spójna z moimi wartościami, czy jest zabawna, czy ma w sobie jakiś potencjał, który pozwoli mi zrobić z tego coś „mojego”.
Nie biorę współprac, które wymagają długiego lokowania – takiego, gdzie trzeba mówić przez trzy minuty o produkcie lub usłudze, wymieniać mnóstwo cech i zalet, i robi się z tego coś przeraźliwie nudnego.
Jeśli nie znam jakiejś marki, to często po prostu wpisuję jej nazwę w wyszukiwarkę i sprawdzam, czy są z nią związane jakieś kontrowersje. Chociaż przyznam, że teraz coraz trudniej się w tym połapać – wszystko jest bardziej zniuansowane.
Po decyzji o współpracy zazwyczaj wysyłam klientowi kilka zdań z pomysłem, jak mogłabym wpleść produkt w odcinek. Albo im się to podoba, albo nie, co zdarza się rzadko.
Kilka razy wycofałam się z współpracy, bo czułam, że z klientem mogą być problemy – że będzie roszczeniowy albo zacznie przesuwać granice tego, na co się umawialiśmy. Raz nawet musiałam napisać cały odcinek od nowa, bo klient był niezadowolony, a umowa była już podpisana.
Nie przyjmuję także współprac na Instagramie. Z jednej strony to był mój mały bunt przeciwko temu, że ta platforma zamieniła się w wielką maszynkę do sprzedaży, gdzie influencerzy reklamują wszystko, co się da. Z drugiej strony – muszę przyznać, że jestem trochę frajerem. Gdybym zaczęła to robić, gdy zaczynałam zyskiwać na popularności, pewnie nie musiałabym się teraz zastanawiać, czy brać kredyt na mieszkanie w Reykjaviku. Po prostu bym je kupiła za gotówkę.
Czy w pełni utrzymujesz się z podcastów i działalności internetowej? Z czego obecnie składa się Twój przychód jako twórczyni?
Od kilku lat utrzymuję się wyłącznie z działalności internetowej – głównie z lokowań w podcastach. Zyskuję także niewielki procent przychodu z reklam na YouTubie, ale to naprawdę marginalna kwota. Nie przykładam do tego dużej wagi – nie tworzę shortsów, nie śledzę regularnie statystyk.
Do tego dochodzą jeszcze dochody z produktów materialnych, które wypuszczam – na przykład książka, Bezplaner i inne tego typu projekty.
Dlaczego zdecydowałaś się wydać książkę właśnie wtedy, kiedy to zrobiłaś? Czemu postawiłaś na self-publishing zamiast współpracy z dużym wydawnictwem?
Myślę, że potrzeba zachowania niezależności miała duży wpływ na wybór self-publishingu. Wiedziałam, że tylko wydając książkę sama, będę miała pełną kontrolę nad estetyką tego projektu. Ta decyzja była wynikiem kilku rzeczy, które się na siebie nałożyły.
Przede wszystkim czułam, że to jest ten moment. Miałam w sobie potrzebę podzielenia się historiami, które były zbyt krótkie na podcast, ale zbyt ważne, żeby je po prostu porzucić. One wciąż należały do tego mojego „uniwersum” i nie chciałam, żeby przepadły.
Po drugie: byłam w ciąży i wiedziałam, że czeka mnie przerwa w nagrywaniu. Nie chciałam zostawiać moich słuchaczy z niczym, więc pomyślałam, że książka może być dla nich towarzyszem na ten czas – czymś do poczytania, kiedy mnie chwilowo nie będzie.
Do tego doszedł pandemiczny czas, który pozwalał się wyciszyć i skupić. I skoro byłam wtedy w ciąży, wiedziałam też, że to moja jedyna szansa – bo kiedy urodzę dziecko, raczej nie będę mieć przestrzeni, żeby tę książkę jeszcze stworzyć.
Bardzo zależało mi też na tym, żeby to była fizyczna książka. Nie e-book, tylko coś, co można wziąć do ręki, dotknąć stron, poczuć fakturę okładki, zobaczyć uszlachetnienia – wszystkie te detale, które sama uwielbiam w książkach.
Oczywiście aspekt finansowy też miał znaczenie. Podcast był wtedy w swoim najlepszym momencie, więc uznałam, że to dobry czas na dodatkowe źródło przychodu – niezależne od internetu i jego zmiennych algorytmów. Czułam, że jeśli chcę to zrobić, to właśnie teraz.
Co było w całym procesie najtrudniejsze? Samo pisanie, a może organizacja, promocja, sprzedaż? Czy był jakiś etap, który naprawdę spędzał Ci sen z powiek?
Tylko jeden etap – ale powtarza się on za każdym razem, kiedy coś wydaję. Pamiętam, że po skończeniu książki napisałam wiadomość do mojej przyjaciółki i menedżerki, a zarazem osoby, dzięki której ta książka w ogóle powstała – do Marty Niemiry. Napisałam: „Skończyłam, odsyłam. I jeżeli kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi do głowy, żeby pisać książkę, to proszę, wybij mi to z głowy.”
Najgorszy wcale nie jest etap pisania. Nie mobilizacja, nie wybieranie tematów, nie projektowanie – to wszystko jest super. Najgorszy jest moment, kiedy musisz po raz czterdziesty piąty przeczytać to, co już napisałaś.
Najpierw czytasz po redakcji, potem po korekcie, potem jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy nie brakuje jakiegoś przecinka, potem dla pewności sprawdzasz literówki, bo mimo że tyle osób to widziało, zawsze gdzieś się jakaś znajdzie. To jest moment, który wspominam z absolutną wściekłością, bo ja nienawidzę powtarzalnych zadań – takich, w których musisz po raz kolejny robić dokładnie to samo.
A do tego dochodzi jeszcze ten okropny głos w głowie, który zaczyna podważać wszystko. Przestajesz widzieć zabawę w tym, co napisałaś, zaczynasz się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens, czy kogokolwiek to rozbawi, czy to nie jest zbyt banalne albo nieczytelne.
I choć książka już idzie do druku, wszystko jest ustalone, zaliczki wpłacone, papier wybrany – siedzisz i masz wrażenie, że to się nie nadaje do czytania.
Musiało minąć sporo czasu, żebym mogła z powrotem zajrzeć do książki. Pamiętam jednak, że byłam ostatnio u koleżanki, która się rozwodzi, i poprosiła mnie, żebym przeczytała jej coś swoim głosem, dla niej to miał być taki prywatny podcast. Przeczytałam jej jeden rozdział – i się uśmiałam.
Pomyślałam wtedy, że jednak podoba mi się to, co napisałam. Zapomniałam już trochę, co tam dokładnie było, więc czytałam to prawie jak cudzy tekst. To było bardzo przyjemne uczucie.
Oprócz książki powstała także Rozstaniowa Pierwsza Pomoc – ale już w formie audiobooka. Dlaczego zdecydowałaś się na formę cyfrową? Czy planujesz serię poradników o innych życiowych etapach?
Absolutnie nie. Nie chcę uderzać w moralizatorski ton i mówić ludziom, jak mają żyć. Sama wciąż próbuję się w życiu ogarnąć, mam mnóstwo projektów w toku i czasem naprawdę trudno nad tym wszystkim zapanować – ale wiadomo, o takich rzeczach rzadko się mówi.
Rozstaniowa Pierwsza Pomoc powstała, bo wiele osób pisało do mnie, że mój odcinek o tym tytule słuchali w kółko – że naprawdę im pomógł, dał wsparcie, którego nie znaleźli ani w internetowych poradnikach, ani w książkach. Że to były słowa, które ich podniosły i otuliły w trudnym momencie.
Na początku miało to być coś w rodzaju workbooka stworzonego we współpracy z psycholożką. Weszłam więc we współpracę z dwiema psycholożkami – najpierw z jedną, która miała tyle swojej pracy, że trudno było o terminowość. Później z drugą, która niestety rozchorowała się w trakcie projektu i wszystko stanęło. Nie umiałam sama tego ruszyć i do tego usiąść. W końcu przyszedł jednak taki moment, że poczułam, że za długo to już leży – i po prostu sama to skończyłam.
Według pierwotnego zamysłu to miała być książka papierowa. Miałyśmy nawet pomysł, że mogłaby być zapakowana jak apteczka – taki zestaw, który ktoś chciałby mieć przy sobie po rozstaniu. Coś, co sprawia przyjemność, bo jest ładne i stworzone z myślą o danej osobie. Albo coś, co można komuś podarować, żeby okazać troskę, kiedy przechodzi przez trudny moment.
Ten pomysł jednak upadł z powodu trudności w realizacji i upływającego czasu. Następnie najważniejsze dla mnie było, żeby powstał w formie dźwiękowej. Pomyślałam, że kiedy dochodzi do rozstania i pęka nam serce, to potrzebujemy pomocy tu i teraz. Nie chcemy dostawać maili z informacją, że paczka jest już w drodze. Chcemy natychmiastowego dostępu do wsparcia. W związku z tym uważam, że wydanie tego tylko jako audiobooka było bardzo dobrą decyzją.
Jestem bardzo zadowolona z tego projektu. Jednocześnie muszę przyznać, że zdecydowanie za słabo go wypromowałam – totalnie “skopałam” marketing. Trudno mi było zachęcać ludzi do zakupu czegoś, czego siłą rzeczy nie chcą mieć okazji użyć. To bardzo trudny produkt do sprzedaży. Nie życzysz nikomu rozstania, nie możesz komuś tego kupić w prezencie z okazji świąt Bożego Narodzenia, czy urodzin. To nie jest rzecz, którą kupuje się do słuchania dla przyjemności. Z kolei trudno jest przekonywać do zakupu osoby, które akurat cierpią – zgrzytało mi to z zamysłem projektu.
Jak wybierasz, które historie i przemyślenia trafiają do podcastu, a które zostają tylko dla Ciebie? Jak udaje Ci się zachować równowagę między autentycznością a ochroną prywatności?
To bardzo trudne. Często przekraczam własne granice i później tego żałuję. W internecie oczekuje się autentyczności, ale gdy ludzie naprawdę zobaczą tę prawdziwą stronę twórcy, często okazuje się, że ona im nie pasuje. Chcą zobaczyć „prawdziwego człowieka”, a kiedy okazuje się, że ten człowiek ma wady, przeżywa kryzysy, choruje, ma problemy – to już nie jest takie przyjemne do obserwowania. Autentyczność jest pożądana, ale wiele osób nie jest na nią gotowych.
Wiele razy żałowałam tego, co opublikowałam. Niektóre odcinki do dziś budzą we mnie wątpliwości, ale nie jestem w stanie się zdecydować, żeby je usunąć. Dziś bardzo trudno wyznaczyć granice prywatności. Nawet jeśli sama je określę, zawsze znajdą się osoby, które będą w nie ingerować, przesuwać je czy dopowiadać coś na podstawie plotek.
Dla mnie kluczowa jest ochrona prywatności moich bliskich. Nawet jeśli opowiadam, że przyjaciółka się czymś ze mną podzieliła, to nie zdradzam jej imienia. Nie opowiadam o wszystkich problemach rodzinnych ani o całym dzieciństwie – zwłaszcza jeśli mogłoby to kogoś postawić w złym świetle.
Nawet jeśli wspominam, że ktoś zrobił coś trudnego czy niewłaściwego, to raczej próbuję zrozumieć dlaczego. Nie demonizuję, nie obrażam, nie rozliczam nikogo publicznie. Chociaż jestem człowiekiem i mam swoje konflikty czy kłótnie, to nie mówię o nich otwarcie – to część życia, ale nie wszystko musi trafić do internetu.
Mam też wrażenie, że dla wielu osób jestem postacią z internetu, która nie istnieje naprawdę – ja i moje życie są idealizowane przez innych. Jeszcze częściej spotykam się z oczekiwaniem, że przez wszystkie lata mam pozostać taka sama. A to przecież niemożliwe. Kiedy zaczynałam, miałam 25 lat, byłam świeżo po przeprowadzce. Teraz mieszkam tu od ośmiu lat, staram się o obywatelstwo, mam dziecko, jestem w związku z kobietą – wiele się zmieniło. Byłoby nienaturalne, gdybym dziś była tą samą osobą, co na początku podcastu.
Czy zdarza Ci się odczuwać wypalenie? Jak rozpoznajesz u siebie, że ono nadchodzi? I co wtedy robisz, żeby sobie z tym poradzić?
Właściwie to właśnie teraz zmagam się z wypaleniem. Myślę, że złożyły się na to dwie rzeczy. Po pierwsze – miesiąc wakacji w Polsce z dzieckiem, gdzie dużo się działo, było sporo zmian, intensywności. Podróże same w sobie mnie trochę wyeksploatowały, bo nie jestem typem osoby, która uwielbia ciągle być w ruchu.
Do tego wypadłam z mojej codziennej rutyny, która jest dla mnie bardzo ważna. Mam swoje biureczko, regularnie nagrywam, wiem, który jest dzień tygodnia, kiedy muszę się bardziej zmobilizować, żeby na przykład do niedzieli mieć gotowy odcinek.
Wypalenie objawia się u mnie tym, że ciągle coś analizuję, ale żaden pomysł nie wydaje mi się dobry. Zaglądam wtedy do notatek, próbuję wrócić do starych pomysłów, które kiedyś odrzuciłam, i je odświeżyć.
Zazwyczaj wypalenie pojawia się, kiedy narzucam sobie zbyt szybkie tempo. Ostatnio miałam tak intensywny tydzień przed wyjazdem do Polski – w tym czasie musiałam napisać trzy odcinki podcastu i nową edycję Bezplanera. Każdego dnia od rana do wieczora starałam się kreatywnie działać, pracowałam niemal bez przerwy od 9:00 do 19:00.
Teraz stoję przed zadaniem, żeby przysiąść na dłużej i rozplanować sobie odcinki na nadchodzący czas. Zwłaszcza że mam sporo współprac i własnych projektów do komunikowania.
Jakie masz plany na przyszłość? Czy są jakieś projekty lub pomysły, które szczególnie Cię inspirują i które chciałabyś zrealizować?
Mam dwa pomysły, które noszę w sobie od jakiegoś czasu. Pierwszy to podcast dla dzieci – właściwie taki audiobook z zamkniętymi sezonami, który od razu pojawiłby się w całości. Pomysł wziął się z tradycji fantazjowania, którą dzielę z moją córką. Przynosi nam ono mnóstwo zabawy i rozwija wyobraźnię, a jednocześnie jest świetnym sposobem na poprawę humoru rano, gdy dziecko nie chce iść do przedszkola czy szkoły.
Ten projekt nazwałam „Gdybajki” – bajki o tym, co by było gdyby. Opowiadałabym tam różne historie, na przykład co by było, gdyby psy chodziły na dwóch nogach, zakładały partie polityczne i jeździły taksówkami. To miałyby być krótkie, 7–8-minutowe, kreatywne startery do zabawy albo rozmowy z dzieckiem.
Chciałam stworzyć ten projekt we współpracy z moją mamą, która jest dyplomowanym i wielokrotnie nagradzanym nauczycielem klas 1–3. Miałaby ona przygotować karty pracy i pomysły dla dorosłych, jak można rozwinąć zabawę po słuchaniu bajek. Kiedy pisałam pierwszy odcinek, widziałam, że ta współpraca może naprawdę fajnie zagrać. Chciałabym do „Gdybajek” wrócić, bo ten pomysł naprawdę mi siedzi w głowie. Niestety trochę zeszło to na dalszy plan, kiedy zaczęłam pracować nad „Bezplanerem” i utrzymywać w ruchu swoje podcasty.
Drugi pomysł to podcast z gośćmi. Czuję, że jestem już na to gotowa i mam koncepcję, która od lat czeka na realizację. Kiedyś próbowałam sprzedać ten pomysł pewnej marce, ale się nie udało, a uważam, że mogłoby to zrewolucjonizować rynek podcastów. Może po prostu czeka, aż nadejdzie właściwy moment.
Mam też pomysł na Idiotkową Olimpiadę – projekt, który jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Wymyśliłam, że chciałabym, żeby miał sportowe intro nagrane przez komentatora, muzykę sportową, głosowania, jury i medale, które wysyłalibyśmy do uczestniczek. Koncepcja rozrosła się na tyle, że sama się tego trochę boję, bo wymaga bardzo koordynacji wielu elementów. Mam już nawet tematykę odcinków, ale projekt mnie przerósł i ciągle odkładam go na później. Ludzie ciągle pytają, kiedy Idiotkowa Olimpiada, a ja czuję się z tym trochę winna. Może nie muszę robić tego idealnie – może wystarczy uprościć całość. Ten projekt urósł mi w głowie jako coś wielkiego, ale chyba czas zacząć działać i zrobić coś lepszego niż idealne, zamiast w ogóle nie robić.
