
Rozmawiamy z Piotrem Szumowskim – stand-uperem, komikiem, który wystąpił w 50 krajach i w trzech językach, co opisał w swoich książkach „Komik dookoła świata”. W stand-upie łączy absurd z błyskotliwą obserwacją, udowadniając, że poczucie humoru bywa uniwersalne – ale nie zawsze.
W tym artykule przeczytasz o:
Jak wyglądały Twoje pierwsze występy? Było więcej entuzjazmu czy stresu?
Gdy pierwszy raz występowałem miałem 16 czy 17 lat i byłem tak nieświadomy, że te emocje do mnie nie docierały. Po prostu wychodziłem na scenę i tyle – bo tak się robiło, bo tak robili moi starsi bracia i koledzy. To był dla nas sposób na spędzenie czasu.
Kiedyś była taka piłkarska anegdota dotycząca tego, czy lepiej pozwolić wykonać karnego najbardziej doświadczonemu zawodnikowi, czy najmłodszemu. Gdy najmłodszy przygotowuje się do strzału, to się nie boi, bo nigdy wcześniej tego nie robił. Natomiast starszy zawodnik zna już tę presję, wie, z czym wiąże się strzał, w związku z czym jest zestresowany. Przekładając tę anegdotę na moje pierwsze występy – w tym wypadku czułem się jak ten młody zawodnik, który o niczym nie wie i nie boi się być na scenie. Strach może przyszedł trochę później.
Co było dla Ciebie największym wyzwaniem na początku kariery?
Zdecydowanie utrzymanie regularności w występowaniu. Było to trudne, ponieważ 12-13 lat temu, gdy zaczynałem, w Polsce było bardzo mało stand-upów. Wtedy organizowano jeden występ w miesiącu. Jeśli złożyło się tak, że za pierwszym razem chorowałem, następnego miesiąca byłem na wakacjach, to okazywało się, że nie byłem na scenie od 90 dni. Taka częstotliwość teraz wydaje się nie do uwierzenia – w tym miesiącu występuję 25 razy.
Mierzyliśmy się także wszyscy z tym, żeby stand-up zaistniał w polskiej świadomości. Początkowo większość występów zaczynaliśmy wytłumaczeniem, czym właściwie jest stand-up. Standardem było wychodzenie na scenę i oznajmianie: “Teraz będziemy mówili i nie za bardzo chcemy, żebyście nam przerywali. Może być czasem wulgarnie, ale pamiętajcie, staramy się być śmieszni i wszystko mówimy po to, żeby was rozbawić”. Początkowo wyzwaniem było dotarcie do publiczności, sprawienie, żeby ludzie zrozumieli, o co chodzi w stand-upie.
Czy były jakieś występy, które kompletnie nie poszły po Twojej myśli? Jak sobie z tym radziłeś?
Było ich na pęczki. Nieudane występy to stały element całej tej gry. Ostatnio nawet rozmawiałem z kimś o tym, że tak naprawdę nie liczy się Twój najlepszy występ, a to, jak sobie poradzisz z tym najgorszym. Podobnie najlepsi piłkarze – Cristiano Ronaldo, czy Lionel Messi – nawet po gorszym meczu pojawiali się na boisku i grali tak samo dobrze, jak wcześniej. Porażka ma być motywatorem do zmian, a nie czymś, co się rozpamiętuje.
Sam miałem dużo momentów na scenie, które były wyjątkowo żenujące i cringe’owe. Czasem, gdy wchodzi się w interakcję z widzem, tracisz kontrolę nad wypowiadanymi słowami. Mówisz szybciej niż myślisz. Zdarzało mi się w ten sposób powiedzieć żart, który ludzi nie śmieszył albo taki, którego publiczność nie zrozumiała lub uznała za kontrowersyjny.
W którym momencie przeszedłeś od wychodzenia na scenę do budowania obecności online?
W moim przypadku była to droga bardzo specyficzna. Nie wiem, czy powinienem o tym mówić, ale też specjalnie nie ukrywam się z tym, że nie mam social mediów w swoim telefonie. Występowanie na scenie, podróżowanie i wszystko, co jest z tym związane, jest dla mnie pracą i jednocześnie czymś, co kocham robić. Natomiast prowadzenie mediów społecznościowych jest dla mnie specyficznym zajęciem. Moja obecność internetowa wynika bardziej z obowiązku niż chęci. Wiem, że żeby sprzedawać bilety w XXI wieku, muszę do tego wykorzystywać własne kanały.
Należę do pokolenia, które jeszcze nie dorastało w otoczeniu mediów społecznościowych. Chyba właśnie przez to nie do końca bliski jest mi koncept czytania i odpowiadania na komentarze, czy robienia i publikowania zdjęć – nawet z podróży dookoła świata, którą akurat chciałem udokumentować.
Problem polega na tym, że cała otoczka internetowa odbiera autentyczność chwili. Przykładowo – podczas podróży zatrzymałem się u wietnamskiego fryzjera, bo akurat zepsuł mi się skuter. Zaczynamy rozmawiać o jego codzienności, o tym, co się dzieje w jego życiu. Teoretycznie w tym momencie powinienem wyjąć telefon i nagrać, jak naprawdę wygląda życie w Wietnamie. Jednocześnie miałem jednak takie poczucie, że po wyjęciu telefonu wyjątkowość tego momentu pryśnie, a nasza rozmowa zostanie urwana.
Czy dostrzegłeś wzrost zainteresowania Twoją działalnością po przejściu do online’u?
Patrząc wstecz, oceniam, że przebieg mojej kariery był dosyć linearny. Cały czas szedłem do przodu, a zainteresowanie występami i zasięgi rosły małymi kroczkami.
Gdybym miał wyznaczyć jeden moment, który spowodował, że zainteresowanie moim materiałem wzrosło, to byłoby to wrzucenie programu “Półczłowiek, półgłówek” na YouTube’a. Materiał rzeczywiście zebrał dużo wyświetleń, co przełożyło się ogólnie na moją twórczość online.
W jaki sposób łączysz coś, co jest sztuką, która bawi stricte na żywo z przenoszeniem tego do internetu? Jak łączysz publiczność, którą widzisz twarzą w twarz z tą, która podziwia wszystko – można powiedzieć – niejako zza kulis, a jednak z zupełnie innej perspektywy?
Mało osób zdaje sobie z tego sprawę, ale talent komika polega na tym, że jestem w stanie rozśmieszyć ludzi żywo. Moim talentem, w jego pierwotnym znaczeniu, nigdy nie było rozśmieszanie ludzi na nagraniu.
Mało tego, znam paru komików – zresztą był taki moment, że sam tak o sobie myślałem – którzy uważają, że stand-upu nie da się przenieść na ekran. Bardzo często ten humor polega na tym, że jesteśmy otoczeni brudnymi ścianami i krzesłami, zamknięci w pokoju wypełnionym charakterystyczną energią. Na szczęście okazało się, że pomyliłem się w tej kwestii i stand-up może być – i coraz częściej staje się – medium tzw. “ekranowym”.
Obecnie większość osób ogląda stand-up na komórce jako tło do innych aktywności. Co ciekawe, zupełnie zmienia to jego percepcję. Najgorszą rzeczą, która może mi się przytrafić podczas występu, to dostrzec, kogoś kto mnie nie słucha. Mam wtedy wrażenie porażki. Wolałbym już zobaczyć, że komuś występ się nie podoba, że okazuje swoje niezadowolenie. Trzeba mieć świadomość, że ludzie tak konsumują treści online – nie poświęcają im swojej pełnej uwagi.
Myślę, że tworząc stand-up online dobrym pomysłem byłoby zaczynać każdy żart pełnym zdaniem. W ten sposób, jeśli się wyłączyłeś, to szybko wracasz do tematu. Zresztą w podobny sposób tworzy się scenariusze do seriali oryginalnych Netflixa. Attention span jest teraz wśród widzów tak niski, że powstaje konieczność pisania w taki sposób, żeby cały czas było wiadomo , co się dzieje. Na występie na żywo tego elementu się pozbywamy.
Czy zarabiasz też na swojej twórczości internetowej, czy bardziej działalność internetowa polega na promowaniu Ciebie w świecie rzeczywistym?
Nigdy o sobie nie myślałem jako o twórcy internetowym. Gdy występowałem za granicą, to często mnie przedstawiali jako YouTubera– nie jestem YouTuberem, jestem komikiem, który publikuje stand-up na YouTubie. To, na czym się skupiam i umiem zrobić, to rozśmieszyć cię na scenie, na żywo.
Jednak te dwie rzeczy – online i offline – są obecnie nierozłączne. Ludzie, którzy zobaczyli mnie online, przychodzą na występ na żywo. Internet jest dla mnie czarną magią, a wrzucone filmiki zaklęciem. Gdy później ludzie przychodzą na stacjonarne wydarzenia czuję, że ono zadziałało.
Później moim zadaniem jest już tylko zrobić tak dobry występ na żywo, żeby ci ludzie wrócili ponownie. Kiedyś było takie powiedzenie w stand-upie, bardzo je lubię: “jedyne oczekiwanie, które mogę mieć w stosunku do swoich widzów to, żeby, jeżeli podobał im się mój występ, polecili go kolejnej osobie”. Tym samym jeżeli na występ przyszło 100 osób, to następnym razem też będę miał 100 osób, bo zakładam, że przyjdą na niego ci, którym się podobało albo którym mnie polecono. W ten sposób mam szansę na to, aby małymi kroczkami dotrzeć do 200, 300 czy 400 osób. Oczywiście, jeżeli w danym roku będę miał beznadziejny występ, wtedy się to wszystko zeruje.
Prawda jest taka, że online daje dużo więcej rozmachu – możesz mieć nawet dziesięć kiepskich nagrań, ale to jedno wspaniałe i tak sprawi, że zostaniesz gwiazdą. Wydaje mi się, że w występach na żywo wybacza się znacznie mniej.
Skąd się wziął pomysł na wydanie własnej książki? Czy to było jakieś nowe wyzwanie twórcze, czy może sposób na pokazanie kulisów swojej pracy? Czy coś sprawiło, że postawiłeś na książkę akurat w tamtym momencie swojej twórczości?
W pierwszą podróż dookoła świata wyjechałem, gdy miałem 21 lat. Podczas tej podróży próbując zdobyć jakiekolwiek wsparcie i utrzymać kontakt z fanami, a – jak już wybrzmiało – nie będąc zbyt biegłym w sprawach komputerowych, lubiłem pisać. Nie po to, żeby powstała książka z tej podróży, tylko dla samego pisania. Raz na trzy dni siadałem i pisałem jedną kartkę dotyczącą tego, co się wydarzyło w moim życiu.
Oczywiście pisząc ten pamiętnik czułem, że być może zdarzy się, że przeczyta go moja rodzina, może część fanów. Wrzucałem te wpisy nawet na swojego Facebooka – zbierały zaledwie kilkanaście/ kilkadziesiąt polubień.
Po powrocie z pierwszej podróży dookoła świata było wiele osób, którym byłem niesamowicie wdzięczny. Gdy wyjechałem miałem zaledwie 50 tysięcy złotych – praktycznie nic. Spędziłem kilkaset nocy na cudzych kanapach, kolega pożyczył mi aparat, żebym mógł robić zdjęcia, kilka osób zagrało za darmo na występach, żeby pomóc mi w zbieraniu funduszy. Chciałem im wszystkim jakoś podziękować
Naturalnie powstał wówczas plan, żeby te wszystkie zapiski z podróży zebrać między okładkami. Nazwijmy to książką, ale prawda jest taka, że moją motywacją było po prostu stworzenie czegoś namacalnego z tej podróży, na co mógłbym spojrzeć, gdy będę stary i pomyśleć, że udało mi się w życiu dokonać czegoś znaczącego.
Wydrukowaliśmy tej książki 1000 lub 1500 egzemplarzy. Sprzedawałem je po około 30 złotych po swoich występach – głównie z zamiarem, aby zwrócił się koszt ich wydruku. Co ciekawe, ludzie nie chcieli ich za bardzo kupować. Z tego powodu kilkaset z nich rozdałem za darmo – nie chciałem z nimi wracać. Później, wraz z rozwojem mojej kariery nagle te książki stały się białym krukiem. Nagle wszyscy chcieli je mieć, a cena zaczęła drastycznie rosnąć. Moje media społecznościowe zalały pytania o to, kiedy pojawi się książka oraz gdzie można ją zakupić. Książka zaczęła żyć własnym życiem – do teraz ludzie kupują ją na Allegro i tym podobnych portalach nawet za 2000 złotych. Ludzie myślą, że książka za 2000 złotych jest wybitną książką – absolutnie nie! Jest po prostu rzadką książką. A to zupełnie coś innego. Nie chcę, żeby robiono ze mnie wielkiego pisarza – gdy powstawała książka byłem dwudziestoletnim chłopcem, który na plaży zakochał się w Tajce. Teraz jestem trzydziestoletnim, dalej nieogarniętym facetem, który nie do końca rozumie jaka jest różnica między Koreą Północną i Południową.
Wyjeżdżając w drugą podróż dookoła świata, wiedziałem, że ponownie chcę pisać pamiętnik, a z tyłu głowy zakiełkowała myśl, że z niego także powstanie książka.
Masz jakiś system podczas pisania materiałów na występy? Notujesz na bieżąco rzeczy, które Cię inspirują, czy raczej siadasz i piszesz blokami na kilka występów? Czy jest coś, co pomaga Ci w szukaniu inspiracji?
Kiedyś usłyszałem takie zdanie, że gdy jesteś komikiem, to jesteś nim cały czas. Na początku nie do końca je rozumiałem, bo miałem wrażenie, że ludzie w ten sposób chcą powiedzieć, że cały czas jesteśmy śmieszni. Sam nie jestem cały czas śmieszny. Bycie komikiem cały czas oznacza raczej, że cały czas chłoniesz i obserwujesz. Większość osób myśli, że komicy są świetnymi mówcami. Mnie się wydaje, że przede wszystkim są świetnymi słuchaczami.
Zaledwie kilka dni temu brałem udział w pewnej produkcji, przed którą nakładali mi makijaż. Makijażystka nie znała mojego imienia. Odczytała je mówiąc, że nigdy nie pamięta imion. Na to odpowiedział jej asystent mówiąc, że ludzie często mają z tym problem przez przepalone neurony. Pocieszył ją mówiąc, że jest już na to lekarstwo, tylko… nie pamięta jego nazwy. Bardzo spodobało mi się to zdanie – lekarstwo na zapominanie imion, którego nazwy się nie pamięta. Zapisałem je sobie z myślą, że może mi się kiedyś przydać.
Już parę dni później, na scenie, zapytałem jednego z widzów o imię. Po części zapomniałem, ale głównie chciałem sprawdzić, czy to faktycznie będzie śmieszne i umyślnie pomyliłem imiona. Oczywiście przeprosiłem mówiąc, że zapominam imiona przez to, że mam przepalone styki neuronowe. Przyznałem, że chcę sobie kupić lekarstwo, ale zapominam zawsze, jak się nazywa. Żart faktycznie zebrał brawa, a jego zalążkiem było wyłącznie to, że byłem uważny podczas wykonywania makijażu i akurat udało mi się coś zaobserwować. Dodam jeszcze, że wówczas, w garderobie ani makijażystka, ani asystent się nie zaśmiali. Nie byli świadomi tego, że powiedzieli coś śmiesznego. Ciągła uwaga i obserwacja to bardzo ważny element tej gry.
Czyli testujesz nowy materiał na scenie i sprawdzasz czy “chwyci”?
Nie da się inaczej. Stand-up to bardzo ciekawy gatunek artystyczny. Gdy tworzysz piosenkę, to możesz ją grać na gitarze w garażu i nawet bez widowni dalej jest to muzyka. Natomiast w stand-upie najważniejszym, niezmiennym komponentem jest publiczność na żywo. Gdy testujesz rzeczy, to musisz mieć kogoś, kto cię posłucha. Przydają się do tego znajomi i rodzina, ale przede wszystkim sprawdza się tu formuła open-miców, na które powinni chodzić wszyscy komicy. Bilety kosztują zazwyczaj 10 złotych, nikt nie ma więc wygórowanych oczekiwań– możesz mówić i sprawdzać, co jest śmieszne, a co nie.
Czy są jakieś tematy tabu, których nie poruszasz? Czy są jakieś kwestie, które uważasz albo za nieśmieszne, albo ryzykowne? Czy raczej kierujesz się myślą, że z wszystkiego można zrobić żart?
Z pewnością kieruję się myślą, że z wszystkiego można zrobić żart. Nie znaczy to jednak, że nie ma tematów tabu – jedna rzecz nie wyklucza drugiego. Gdy decydujesz się poruszyć tematy, które widownia postrzega jako bardziej wrażliwe, to musi to być dobry żart. Jego jakość musi być adekwatna do chęci poruszenia trudnego tematu.
Widziałem kiedyś na scenie komika, który na początku sierpnia zaczął mówić o powstaniu warszawskim. Jednocześnie ewidentnie nie wiedział, o czym mówi uderzając w ton: “powstanie warszawskie to taki Dzień Niepodległości, ale w zasadzie, po co oni walczyli?”. Rozumiałem założenie, ale słuchając, jak zaczął o tym opowiadać, odniosłem wrażenie, że raczej niewiele wnosił nowego. Dodatkowo w Warszawie – jak co roku – był to moment, kiedy ta historia była żywa. Może nawet by się nie pomyślało, że powstanie warszawskie jest tematem tabu – nawet, że raczej nie jest – ale gdy ktoś żartuje o czymś, o czym nie ma pojęcia bez żadnej wartości dodanej, to zdecydowanie nie ma to sensu.
Można się śmiać ze wszystkiego, ale nie ze wszystkimi. Wybierając “ciężkie” tematy trzeba umiejętnie po nich lawirować. Czy można? Powiem więcej, moim zdaniem wręcz się powinno. To jest po części rola stand-upu, który – w przeciwieństwie do innych mediów – ma narzędzia, aby poruszać takie tematy, jak patologiczne dzieciństwo, alkoholizm, seksizm, rasizm w bardzo wrażliwy sposób.
Pasuje mi tu cytat: “jeśli jesteś komikiem i myślisz, że coś jest śmieszne, to masz obowiązek o tym powiedzieć”. Czasem nawet mi się zdarza pomyśleć – czy powinienem dotykać tego tematu? Weźmy na przykład rasizm – co ja wiem o rasizmie? Czemu chcę uczyć ludzi, jak poradzić sobie z problemem, z którym świat się zmaga od zarania dziejów? Wtedy jednak koncentruję się na tym, że skoro wymyśliłem, jak poruszyć tą kwestię, jestem komikiem i myślę, że to jest śmieszne, to mam obowiązek to zrobić.
Występowałeś za granicą. Czy jest coś, czym zagraniczna publiczność różni się od polskiej?
Bardzo ciężko porównać występy za granicą do występów w Polsce. Nigdy nie występujesz w tej samej przestrzeni, a jest ona ważnym wyznacznikiem tego, jaki będzie występ. Chodzi tu na przykład o wysokość sufitu, sceny, wielkość baru. Natomiast jeśli chodzi o sam występ, nieważne, gdzie będziesz na świecie, będzie działał na podobnych zasadach.
Chcemy myśleć, że nasz naród jest wyjątkowy. Czasem mam wrażenie, że tak jest, ale innymi momentami myślę odwrotnie – że wszyscy jesteśmy tacy sami. Szczerze mówiąc ciężko jednoznacznie powiedzieć, czym występowanie za granicą różni się od występowania w Polsce. Pewną rolę odgrywa na pewno świadomość stand-upu. Podczas gdy na Sri Lance robi się to dopiero od kilku lat – ani komicy, ani widownia nie do końca jeszcze wiedzą, “z czym się to je” – w Stanach Zjednoczonych stand-up powstał lata temu i stoi na zupełnie innym poziomie. W tych krajach, gdzie stand-up jest bardziej rozwinięty widać, że wygrywa bardziej oryginalna myśl. W Polsce wręcz przeciwnie – bardzo lubimy proste żarty i “refreny”, które wszyscy znamy.
Czy występując za granicą stawiasz na tłumaczenia materiałów, które już masz, czy może tworzysz coś zupełnie nowego?
Bez wątpienia pisanie w języku angielskim przynosi dla mnie lepsze efekty niż tłumaczenie z języka polskiego. Z drugiej strony ciężko jest stawiać wyłącznie na pisanie od nowa. Przecież wyjeżdżając z Polski, mam około 8 lat materiału w języku polskim – oczywiście chcę przetłumaczyć niektóre rzeczy. Co ciekawe, dużą wartość mają także żarty wymyślone już w tych miejscach. Często to, co wymyślam na poczekaniu, obserwując otoczenie, jest bardziej skuteczne i autentyczne. Niestety stawiając na tłumaczenia, wydaje mi się, że łatwo to stracić. Na pewno są rzeczy, które da się przełożyć na język obcy, ale wydaje mi się, że w procesie twórczym lepiej jest pisać od nowa i tworzyć coś nowego.
Czy według Ciebie stand-up jest już pełnoprawną częścią kultury rozrywkowej w Polsce, czy dalej pozostaje niszą?
Stand-up wydaje się wchodzić do świadomości Polaków, a tym samym staje się częścią kultury. Czymś, na co zwróciłem uwagę, był moment, gdy stand-up zaczął pojawiać się w reklamie, czy w serialach, np. w “M jak Miłość”.
Następnym krokiem są aktorzy komicy, których jeszcze w Polsce za bardzo nie ma. Mam wrażenie, że w Polsce mało jest filmowych i serialowych komedii. Oczywiście pojawiło się kilka takich, w które zaangażowani byli stand-uperzy, m.in. “1670” reżyserowany przez Buchwalda, czy “Juliusz”, robiony przez Abelarda Gizę i Kacpra Rucińskiego. Na Comedy Central z kolei można obejrzeć “Pacześ Show”. Trudno to wszystko jednak porównywać do amerykańskiego rynku stand-upu, gdzie np. podczas Super Bowl, w co drugiej reklamie można zobaczyć komika. Stand-up amerykański jest tak rozwinięty, że sami komicy stali się twarzami kinowych produkcji.
Myślę, że stand-up już istnieje w świadomości Polaków, ale przed nami jeszcze długa droga. W przeciągu ostatnich pięciu, dziesięciu lat bardzo szybko zaczął się do niej przebijać. Obstawiałbym, że obecność komików w reklamach – nie mówię, że jest to nasz cel – jest już tuż za rogiem.
Jakie są Twoje plany na przyszłość? Co jeszcze chciałbyś osiągnąć w świecie stand-upu?
Może zabrzmi to niepoważnie, ale gdy patrzę na trajektorię swojej kariery to tym, co mnie zawsze napędzało, były te najbardziej szalone projekty. Jestem jedynym komikiem na świecie, który wystąpił na Antarktydzie. Dlaczego? Bo jest to tak głupi pomysł, że nikt nigdy na niego nie wpadł.
Zabrzmi to jak szaleństwo, ale głęboko wierzę, że wystąpię kiedyś w kosmosie. Ostatnio dowiedziałem się też, że w Mongolii jest klub komediowy prowadzony przez Polaków. Pomyślałem, że chciałbym przejechać Mongolię konno i wystąpić w ich klubie. Myślałem też o tym, żeby zamieszkać na bezludnej wyspie przez miesiąc – tam raczej nie zrobię stand-upu, bo zabraknie mi widowni, ale byłaby to ciekawa przygoda.
Wielokrotnie patrzono na mnie jak na szaleńca, a finalnie udawało mi się osiągnąć to, co sobie założyłem. Ekscytują mnie pomysły powszechnie uznawane za nierealne. Dla mnie nie ma takiej kategorii – zdobyłem Kilimandżaro, nigdy wcześniej nie będąc w górach i popłynąłem na Antarktydę, nigdy wcześniej nie będąc na statku. Okrążyłem świat dwa razy i wystąpiłem w 60 krajach,
Oczywiście, miałem wiele pomysłów, których nie udało się zrealizować, ale moja skuteczność jest dość wysoka. Może chociaż jeden z tych pomysłów uda się dopracować do końca i liczę na to, że to będzie ten kosmos. Kosmos byłby najlepszy z nich wszystkich.
