“Niestety coach czy vloger mogą być dziś większym autorytetem zdrowotnym niż profesor” – wywiad z Panem Tabletką

  z dnia: 19 października 2022

– Wystarczy czasem pójść na dowolną osiedlową siłownię i tam nie dziwią nikogo takie obrazki, że chłopaki wzajemnie się instruują, w jaki sposób podawać sobie to i tamto. Jak pogadasz z kulturystami, to… nie chcę generalizować, ale jest pewna granica, przy której widać to, że wygrywają konkursy te osoby, które mają więcej pieniędzy na sterydy. Bo to jest bardzo kosztowne. Więc takie osoby będą reklamowały wszystko, co się da, żeby być w ciągu, bo to jest bardzo uzależniające – mówi Marcin Korczyk, farmaceuta prowadzący bloga Pan Tabletka.

Bartek Przybyszewski: Przed wywiadem kupiłem sobie colę i jakoś mi ją teraz głupio przy tobie pić  – w końcu rozmawiam z farmaceutą i popularyzatorem zdrowego odżywiania…

Marcin Korczyk, “Pan Tabletka”: Wiesz co, daj spokój, nie jestem oszołomem. Mam taką zasadę, że wszystkiego po trochu. Jeżeli nie żywisz się tylko colą, to możesz być spokojny o swoje zdrowie.

Czy bywa, że sam łapiesz się na takiej myśli: “Cholera, tu się wymądrzam na blogu o zdrowiu, a właśnie zjadłem batona i zapiłem go energetykiem”?

Nie jestem dietetykiem, ale rzeczywiście kwestia diety i zdrowego trybu życia jest w mojej działalności bardzo istotna. I gdy człowiek ma świadomość, co mu szkodzi, to mniejszą przyjemność czerpie się z odstępstw od diety. Ale tak jak mówię: wszystkiego po trochu. Ustalanie sobie bardzo sztywnych ram i zakazów jest z góry skazane na porażkę w świecie, który na każdym rogu kusi budką z lodami.

Jak sobie z tym światem radzisz?

Bardzo mocno pomaga mi zasada Pareta, a właściwie swoista jej modyfikacja, według której 20 procent mogę odpuścić. Grunt, żeby 80 procent było okej. I dotyczy to zarówno diety, jak i aktywności. Ważne, żeby 80 procent było zdrowe, a pozostała część była pewnym takim wentylem bezpieczeństwa.

Zdrowe, czyli…?

Dobre pytanie. Bardzo często rodzice wykorzystują słowo “zdrowy” w takim kontekście i w taki sposób, że w efekcie dzieci nie lubią tego, co jest zdrowe. Jeśli jako dziecko nie lubisz zielonego, “bo nie”, a ktoś ci to zielone wciska używając argumentu, że to jest zdrowe, to ty już na wczesnym etapie skojarzysz “zdrowe jedzenie” z czymś, co nie jest smaczne i nie rozumiesz, czemu ma ci to pomóc. Za to wytworzy ci się skojarzenie, często wieloletnie i trwałe, że zdrowe jedzenie to przymus i przemoc.

Z drugiej strony masz sytuację, w której rodzice podają dzieciom witaminy w formie takiej, w jakiej się je reklamuje – jako lizaki, żelki, cukierki. W nich ilość cukru i innych szkodliwych substancji sprawia, że nie można ich nazwać zdrowymi. A rodzice jednak je podają. A dodatkowo przyzwyczajasz pociechy, że muszą brać coś sztucznego, żeby nie chorować – tymczasem na przykład owoce i warzywa kojarzone są z przymusem. Buduje się skojarzenie zdrowia z pigułkami, a to buduje skrzywiony obraz zdrowia jako takiego. Więc słowa “zdrowe” trzeba używać bardzo rozważnie.

Pamiętam z dzieciństwa reklamy soków wysokosłodzonych dla dzieci, które miały być “zdrowe”.

Ja jestem z rocznika 1988 i też to pamiętam. Takie soki istnieją do dziś i są robione z koncentratu, zagęszczonego soku. Postrzegałbym takie produkty raczej jako słodycze.

Czy słowo “zdrowe” jest nadużywane?

Tak, to od lat taki wytrych do serc rodziców, żeby tylko kupić dany produkt swoim dzieciom. Bo przecież każdy chce, żeby latorośle były zdrowe.

Myślisz, że coś zmieniło się w tej kwestii, od kiedy byliśmy dziećmi? Świadomość społeczna jest większa?

Obserwuję transformacje w różnych branżach. I to chyba projekt “Pan Tabletka” zapoczątkował bardziej krytyczne spojrzenie na suplementy diety. Oraz na stosowanie leków w rozsądny sposób. Tę transformację przechodził i rynek zdrowej żywności – czy też może raczej takiej, która długo udawała zdrową. W tym momencie społeczeństwo wie, w jaki sposób czytać etykiety, żeby ocenić, ile tam jest cukru, ile tam jest dodatków, czy sok jest z koncentratu, czy mięso jest takie, czy inne… istnieje taka świadomość. Podobnie lepiej jest, jeśli chodzi o wiedzę na temat kosmetyków.

A suplementy?

Z nimi, mam wrażenie, jest podobnie, chociaż to jest tak duże lobby i tak olbrzymie pieniądze wydawane na marketing, obecnie również w social mediach, że ludziom bardzo ciężko faktycznie złapać perspektywę: na ile im może pomóc suplement? 

Ale rynek jest coraz bardziej uregulowany, a składy suplementów bardzo się poprawiły. Coraz więcej przepisów dba o to, żeby w składzie było faktycznie to, co powinno być. To duża zmiana na plus. No, chyba, że ktoś kupuje suplementy wyłacznie online lub w drabinach sprzedażowych, MLM-ach… to to już jest ryzyko.

Jak tego ryzyka uniknąć?

Trzeba mieć świadomość tego, co się kupuje. Generalnie: jeśli suplement jest na wolnym rynku dostępny w różnych punktach, jest produkowany przez firmę dbającą o wizerunek, obecną na giełdzie, taką, dla której wtopa związana ze składem byłaby zbyt dużym obciążeniem dla wizerunku, to tam jest raczej to, co powinno być.

Na swoim blogu wielokrotnie pisałeś o różnicy pomiędzy suplementami i lekami.

Tak, ona polega z grubsza na tym, że suplementy są dla osób generalnie zdrowych. I one nie mają takiej kontroli jakości, jaką mają leki. Dodatkowo nie powinny działać leczniczo. Tymczasem leki muszą mieć dobry naukowy background i to dawkowanie, które jest zapisane w ulotce, musi mieć potwierdzone właściwości lecznicze. Ponadto w trakcie całej daty ważności leku producent jest zobowiązany badać różne serie i sprawdzać, czy zawartość substancji czynnej mieści się w widełkach.

To jest olbrzymi koszt, dlatego wiele firm farmaceutycznych swoje leki przemianowuje na suplementy. I one wyglądają bliźniaczo – mają te same składniki, często też jakość jest kontrolowana. Te firmy nie mogą sobie pozwolić na wtopę, bo akcjonariusze, bo giełda, bo wizerunek. To jest bardzo dobry bat na trzymanie jakości i niedopuszczanie do kryzysów.

A suplementy – nawet jeśli wyglądają podobnie do leków – to mają albo na tyle  zmniejszone dawkowanie, albo do tego stopnia słabsze surowce umieszczone w mniejszej ilości, że nie mogą działać leczniczo. Istnieje wiele kruczków prawnych, przez które suplementy, wyroby medyczne, kosmetyki, farmaceutyki, cała masa dziwnej żywności dostępnej w aptekach to jest taka medyczna szara strefa, w której jakość produktu niekoniecznie jest topowa. I konsument, żeby wiedział, czym się powinien leczyć, powinien się w tym orientować.

Czemu część z suplementów jest dostępna w aptekach? Czy twoim zdaniem istnieją regulacje, które mogłyby to ukrócić bądź ograniczyć?

Wiesz co, pewnie wprowadzenie takich regulacji jest możliwe. W różnych krajach to się udaje. Polska jest pewnym ewenementem, podobnie jak USA i Węgry. Tam jest podobne lobby, podobnie wyglądający rynek. Polskie duże firmy suplementowe, których reklamy słyszymy w blokach w radiu czy w telewizji, uczą się moim zdaniem marketingu ze Stanów. W ten sposób na przykład budują fałszywie pozytywny wizerunek produktów, które nie tylko nie pomagają, a wręcz mogą szkodzić. Dotyczy to choćby suplementów na odchudzanie.

Powiem tak: gdyby sytuacja na polskim rynku aptecznym była dobra, to Pan Tabletka nie byłby potrzebny w ogóle jako projekt. Ja go zacząłem pisać, bo nie mogłem się zgodzić z tym, co dzieje się w aptekach. Osoby wyedukowane na reklamach nie są w stanie się pogodzić z tym, że ja im mówię: proszę pani, proszę pana, to jest to samo, tylko pod inną nazwą albo w dwa razy wyższej cenie. Albo: ja wiem, że w reklamie powiedzieli to i to, ale to nie ma szans tak działać, bo dawkowanie jest zbyt małe, może to się gryźć z już spożywanymi lekami… Czasem ktoś przychodził do apteki, w której pracowałem, chciał coś kupić, a jak ja mu to odradzałem, to się obrażał i ciskał się: że jakim prawem ja mu czegoś tam nie chcę sprzedać. I szedł do apteki obok kupić to samo.

Po kilku latach takiej pracy zacząłem pisać posty, w których robiłem analizy popularnych serii suplementów. Na początek analizy reklam: co ci mówią w spocie, a jak jest w rzeczywistości. Tak naprawdę te analizy powstają do tej pory i bardzo fajnie edukują świadome osoby, jak czytać te składy i jak sobie analizować najczęstsze przekłamania. Sądzę, że osoby, które są otwarte i potrafią się uczyć, mogą sporo z mojego bloga wyciągnąć.

A jak to jest u ciebie ze współpracami?

Złotą zasadą Pana Tabletki od samego początku jest to, że nie podejmuję się żadnych współprac z producentami produktów dostępnych w aptekach – ani leków, ani suplementów. Nie jest łatwo się tego trzymać, ale tak naprawdę większość firm już o tym wie, więc od paru lat nie dostaję już nawet takich ofert. Bo moja odpowiedź zawsze brzmiała tak samo.

Natomiast influencer marketing jest jednym z kanałów dotarcia, w tym momencie bardzo skutecznym. Widać to na Instagramie – że wszyscy coachowie, trenerzy, fit trenerzy, dietetycy są dużo mocniejszymi autorytetami niż dowolny profesor z olbrzymim dorobkiem. Profesor będzie “influencerem” dla specjalistów, ale dla większości młodych mam, które chciałyby dojść do formy po ciąży, będą to raczej fit trenerki.

Podobnie wielu chłopaków łapie się na obraz napakowanego gościa. Taki influencer wstrzykuje sobie hormony, ładuje koks i to wszystko nie bierze się znikąd. On jest w cyklu. Ale do kamery mówi, że to dzięki suplementom i białku. No i jasne, że białko hormonalnie stymuluje przyrost masy mięśniowej. Ale przy okazji sprzedawane są produkty, które mogą działać jak hormony, ale nimi nie są.

W Stanach ta szara strefa suplementowa jest olbrzymia. Szczególnie niebezpieczne są te produkty, które psują gospodarkę hormonalną. W przypadku mężczyzn to np. środki związane z zachowaniem formy. U kobiet: dotyczy to częściej pewnie środków na włosy, na paznokcie. Moim zdaniem trzeba mieć dużą wiedzę, żeby to stosować, a nierzadko suplementy są wymówką, żeby nie iść do lekarza.

Kolejna rzecz to wszelkiego typu spalacze z pochodnymi amfetaminy. Mniej lub bardziej groźne. One mogą być niebezpieczne, szczególnie, jeśli ktoś ma problemy z układem sercowo-naczyniowym czy z tarczycą. To wtedy takie środki mogą dodatkowo wszystko rozregulować. Więc reasumując: próba bycia zawodowym sportowcem nie jest zdrowa. A próba bycia jakimś takim atletą wstrzykującym w siebie hormony długoterminowo może okazać się katastrofalna.

Zdarzyło ci się trafić do takiej bańki informacyjnej?

Tak, miałem etap dużej fascynacji siłownią. W tym momencie moje wzorce dotyczące tego, jak powinienem wyglądać, znacznie się z czasem urealniły. Obecnie dbam o kondycję aerobową i o elastyczność. I jak idę na siłownię, to robię raczej obwody, żeby całe ciało przećwiczyć.

Wystarczy czasem pójść na dowolną osiedlową siłownię i tam nie dziwią nikogo takie obrazki, że chłopaki wzajemnie się instruują, w jaki sposób podawać sobie to i tamto. Jak pogadasz z kulturystami, to nie chcę generalizować, ale jest pewna granica, przy której widać to, że wygrywają konkursy te osoby, które mają więcej pieniędzy na sterydy. Bo to jest bardzo kosztowne. Więc takie osoby będą reklamowały wszystko, co się da, żeby być w ciągu, bo to jest bardzo uzależniające. 

Tak niestety wygląda ten rynek. Czy to się da jakoś uregulować? Ciężko powiedzieć. Ale tu mówimy o ludziach, którzy świadomie sobie szkodzą. Bardziej mnie martwią ci, którzy szkodzą sobie nieświadomie przez kampanie reklamowe. To, że wychowujemy sobie pokolenia młodych lekomanów. Bo małe dzieci są przyzwyczajone do tego, że nie rozmawia się z nimi o tym, że zdrowy jest sport – basen, wyjście na rower. Że zdrowo jest mieć wszystkiego po trochu. To są truizmy, które niestety przechodzą ludziom koło uszu.

Dzieci natomiast uzyskują świadomość, że zdrowie to są różne kapsułki promowane na Instagramie, witaminki w formie cukierków, cudowne syropy na odporność. I dostają informację, że będziesz zdrowy, jeśli zjesz jednego żelka dziennie. Świadomość, że zdrowie utrzymuje się przy pomocy paraleków, a te są w formie słodyczy. Finalnie te preparaty mogą nic im nie dać. Ale pozostaje to przeświadczenie, że żeby być zdrowym, trzeba zjeść coś z apteki.

Czy ciebie jako farmaceutę wkurza internet?

Nie, uważam, że to jest dobrodziejstwo na miarę ludzkości. Tak jak przy pomocy prochu, można nim robić bardzo dobre i bardzo złe rzeczy. Natomiast pytanie brzmi: czy społeczeństwo dojrzało do internetu. Czy posiadamy dobre nawyki korzystania z sieci? I ja na swoim przykładzie wiem, że nie, nie posiadamy. I sam nie wiem jeszcze, w jaki sposób mam budować relacje swoich dzieci z internetem i z telefonem, z nowymi mediami. Ja przynajmniej mam wymówkę, że w internecie pracuję. Ale i mojemu dziecku zdarza się rzucić we mnie zabawką i powiedzieć: “Tato, zostaw ten telefon – nie pracuj tyle”.

Jako osoba komunikująca się z odbiorcami przede wszystkim za pośrednictwem internetu, musisz stykać się z treściami antynaukowymi. Przekazywanymi również przez kolegów i koleżanki po fachu – czyli influencerów i influencerki.

Tak, i uważam, że to bardzo duży problem. Dla mnie najważniejsze jest poczucie, że moja praca jest odpowiedzialna społecznie i transparentna. To, że jest wartościowa, jest jedną ze składowych projektu “Pan Tabletka”. Ale to poczucie bywa bardzo obciążające. I faktycznie często jedno zdanie obracam w głowie kilkukrotnie, zanim je napiszę. Jeśli czegoś nie jestem pewien, to tego nie piszę. I w takiej sytuacji muszę konkurować z altmedem, zwłaszcza na YouTubie.

A tam dawanie ludziom prostych rozwiązań, bezpośrednich porad, łączenie faktów spiskami – to prosta droga do wyższych zasięgów. A w internecie duża liczba kliknięć zawsze wiąże się z wyższymi zarobkami i prestiżem. Jest to dla twórców uzależniające i łatwo wpaść w pułapkę, że wie się wszystko. Oczywiście zawsze połowa ludzkości leczyła się u znachorów, korzystała z horoskopów, wierzyła w magię, chodziła do szamanów… Ale kiedyś było to związane z faktem, że dostępność służby zdrowia nie była na takim poziomie, na jakim jest obecnie.

Jak zmienić trendy związane z dużym zaufaniem do nienaukowej wiedzy?

Myślę, że najważniejsza jest edukacja. I przygotowanie młodych ludzi do tego, co dzieje się w internecie. Miałeś w szkole zajęcia o budowie pantofelka lub paproci?

Jasne.

Ja też. A zarazem pamiętam, że lekcje o tym, jak działa ludzki organizm, były wciśnięte gdzieś tam na koniec roku, gdy już wszyscy myśleli o wakacjach. Przez to większość ludzi nie posiada elementarnej wiedzy, która pozwalałaby im poznać szerszą perspektywę na zdrowie. Dlatego tak łatwo tymi ludźmi manipulować. Z jednej strony koncernom, które namawiają ich do łykania coraz większej i większej liczby pigułek. Korporacje są po to, żeby zarabiać coraz więcej, więc to będzie szło w tę stronę. A z drugiej strony zasięgi na tym braku wiedzy budują influencerzy. Im też zależy na tym, żeby mieć więcej i więcej – zasięgów, pieniędzy, poklasku.

To odejście od medycyny to proces odwrotny od tego, który obserwowaliśmy choćby w Stanach w latach 50. i 60., gdy lekarzom bardzo ufano.

Tak, były różne etapy, na przykład hajp na antybiotyki czy na sterydy. Dla mnie medycyna to jest coś, co jest dynamiczne, co szybko się zmienia i co wymaga elastyczności w podejściu. I jest ona związana z używaniem konkretnych sformułowań, które mogą wydawać się niekonkretne i przez to mało atrakcyjne. Na przykład: “badania nie potwierdzają, że jakaś substancja wzmacnia odporność”.

Zdarzało się, że opinia medycyny na temat pewnych substancji zmieniała się na przestrzeni lat. Podam przykład: jakiś czas temu była moda na budowanie odporności jeżówką purpurową. Po jakimś czasie okazało się, że nie wpływa ona znacząco na częstotliwość chorowania. Czy ta informacja dotarła do wszystkich? Nie, część osób została w tej swojej bezpiecznej skorupce i wciąż decyduje się na tę jeżówkę. Tymczasem medycyna wciąż namawia nas: zweryfikuj, sprawdź źródła, zmodyfikuj podejście.

Czy Polacy są na to otwarci?

Czuję, że wiedza, którą przekazuję, trafia na coraz podatniejszy grunt. Bo Polacy dbają o swoje zdrowie. I mają coraz więcej środków i możliwości, żeby o to zdrowie dbać. A jednocześnie nie lubią lekarstw. I jeśli mają możliwość niekorzystania z farmaceutyków czy parafarmaceutyków – na przykład suplementów – to nie korzystają. Zdają sobie sprawę z tego, że to, co kupują w aptece, nie działa zerojedynkowo. Że to tylko narzędzie, z którego trzeba umieć skorzystać.

Kto właściwie jest twoim odbiorcą?

Na pewno osoby, które chcą świadomie zadbać o zdrowie. Ja, będąc ojcem, tworzę większość treści dla młodych rodziców. Ale staram się też dbać o seniorów czy o osoby, powiedzmy, w sile wieku. Większość mechanizmów, które wyjaśniam, na przykład na temat różnic pomiędzy lekami i suplementami, to jest wiedza podstawowa, którą zawsze warto zdobyć.

Jako Pan Tabletka wydajesz również książki. Skąd ten pomysł?

Przy książkach zależało mi na tym, żeby wywołać w odbiorcy pewien proces. Żeby złożyć mu taką obietnicę, że jeśli przeczyta tę moją pozycję od deski do deski, to wywoła w sobie jakąś zmianę. Internet ciężko czytać od deski do deski, bo z założenia jest wyrywkowy, wymaga poruszania się po odnośnikach. Wiedza w internecie nie jest ułożona. Książki pozwalają mi uporządkować wiedzę.

A czemu zdecydowałeś się na self-publishing?

Wiesz, ja nie myślę o sobie jak o self-publisherze. Myślałem tak może przy debiucie, gdy poszedłem ścieżką wytyczoną przez Michała Szafrańskiego z bloga “Jak oszczędzać pieniądze”. Dzięki niemu zresztą stale współpracuję z otoczką tych wszystkich firm – np. z IMKER.

W tym momencie jednak myślę o Panu Tabletce jako o wydawnictwie. Jak mnie znajomi lub nieznajomi pytają, czym się zajmuję, to mówię, że prowadzę wydawnictwo Pan Tabletka, które wydaje książki, podcasty, e-booki, audiobooki, kursy online, wydajemy też posty na blogi, również na niedawno powstały brand Zdrownik. Mam też komórkę, która wydaje medical copywriting dla zewnętrznych podmiotów. W tym momencie moim dużym osiągnięciem jest to, że udało mi się zbudować duży zespół, który pomaga mi rozwijać Pana Tabletkę jako projekt.

facebook twitter youtube vimeo linkedin instagram whatsup