fbpx

Zapisz się! » do newslettera i odbierz Biznesplan dla self-publisherów!

Strach jest, ale nie można mu się poddać. Bój się i rób – wywiad z PodróżoVanie

  z dnia: 6 lipca 2023

Przez pierwsze trzy lata podróżowaliśmy w dostawczaku, w którym był materac, prowizoryczne meble, siedzisko na skrzynce po jabłkach i to nam w zupełności wystarczało.


W tym artykule przeczytasz o:

Jak Wam mija obecna podróż?

Łukasz: Jesteśmy teraz w Portugalii, która jest naszym najbardziej ukochanym krajem ze wszystkich, które odwiedziliśmy do tej pory. Od pięciu lat, odkąd żyjemy w vanie, każdą zimę spędzaliśmy w Portugalii. Tej zimy akurat byliśmy kilka miesięcy w Maroko, dlatego do Portugalii przyjechaliśmy dopiero teraz. W Portugalii czujemy się jak w domu – będąc tutaj nie odczuwamy nawet szczególnej potrzeby jeżdżenia i odkrywania kolejnych miejsc – wystarcza nam samo przebywanie tutaj i obcowanie z tutejszą przyrodą.


Odpowiedzieliście tym samym na jedno z moich pytań dotyczących Waszych ulubionych destynacji. Może są jeszcze jakieś inne miejsca, kraje, które szczególnie zapadły Wam w pamięć?

Łukasz: Mamy kilka takich krajów. Pod względem przyrodniczym naszą ulubioną destynacją jest Norwegia, bo natura jest tam w nienaruszonym stanie. Wszystko jest zadbane, nie ma śmieci, niepotrzebnych barierek i dodatków, które psują widok. Poza tym, krajobraz jest bardzo zróżnicowany – są klify, fiordy, morze, góry, wodospady. Najlepiej nam się jednak kamperowało w Turcji, bo ma ona pięć tysięcy kilometrów linii brzegowej, więc jest tam bardzo dużo plaż i miejsca dla każdego – i dla turystów w ekskluzywnych hotelach, i dla vanlifersów, takich jak my, którzy przyjeżdżają w swoim mobilnym domu i rozbijają obozy na plaży. I nikomu to nie przeszkadza – Turcja jest bardzo otwarta na vanlifersów i podróżników, ludzie są przemili i bardzo otwarci. Jesteśmy zakochani w tym kraju. 

Kasia: Dużym zaskoczeniem była dla nas również Albania – można tam spać na dziko, wjechać sobie vanem na plażę, ludzie są bardzo sympatyczni. To też wciąż trochę nieodkryty kraj, mimo że coraz więcej się o nim mówi. W zestawieniu z Chorwacją chociażby, Albania jest bardzo otwarta na kamperowców. W Chorwacji nie można stawać na dziko, a w Albanii można. Jest też tanio. 

Łukasz: Zwróciłem uwagę na to, że wszystkie kraje, które wymieniliśmy, są poza Unią Europejską. Kraje Unii są dla nas oczywiste – wszędzie są autostrady, te same sklepy, można wszędzie płacić kartą kredytową. Mamy ubezpieczenie, assistance, nie musimy mieć paszportu, przechodzić kontroli. A jak wyjeżdża się poza Unię, to jest już inaczej, bardziej egzotycznie. Tego doświadczyliśmy w trakcie naszej ostatniej podróży do Maroka – to już w ogóle inny kontynent, Afryka.


Wiem, że w swoich podróżach głównie skupiacie się na Europie i to wynika na pewno ze specyfiki Waszych podróży, Waszego środka transportu. Zastanawiam się dlatego, czy planujecie jakieś podróże poza Europę, w dalsze zakątki świata, za ocean. Mam na myśli Amerykę, Australię.

Kasia: Na początku nie jeździliśmy poza Europę, bo baliśmy się trochę podróżować vanem, musieliśmy się oswoić z takim rodzajem podróżowania, spaniem na dziko, itd. Po dwóch latach, kiedy już nabraliśmy trochę odwagi, wybuchła pandemia, która sprawiła, że musieliśmy się trzymać Europy. Więc dopiero od poprzedniej zimy mogliśmy wyjechać poza Unię Europejską. Zaczęliśmy od Turcji i w tym roku pozwoliliśmy sobie na dalszą wyprawę na nowy kontynent – do Maroka. Marzą mi się dalsze podróże – np. przejechanie większej części Afryki. Zakochałam się w tym kontynencie i wydaje mi się on jeszcze nieodkryty, więc ciągnie mnie tam.

Łukasz: Mnie z kolei nie ciągnie już ani do Ameryki, ani do Afryki – po pięciu latach podróżowania jestem już spełniony. Odkryłem w sobie teraz potrzebę zakotwiczenia się gdzieś. Uzgodniliśmy już z Kasią, że chcielibyśmy zrobić sobie teraz przerwę i osiedlić się w Portugalii. Będziemy mieć swoją działkę, na której postawimy kampera, może wybudujemy sobie jakiś domek. Chcę mieć bazę, do której będę mógł wracać, bo przez pięć lat żyjemy cały czas w drodze, nie mamy swojej wanny, nie mamy gdzie zwozić pamiątek z podróży. Dlatego przez najbliższe dwa-trzy lata chciałbym nacieszyć się działką, zasiać jakieś warzywa. Myślę już powoli o tym, żeby gdzieś osiąść, nie interesują mnie na tę chwilę dalekie podróże.


Jasne. A czy swoją przyszłość wiążecie jeszcze z podróżami, czy za te kilka, kilkanaście lat widzicie się np. na tej działce w Portugalii?

Kasia: Naszym celem jest posiadanie miejsca, do którego będziemy wracać, takiego bezpiecznego portu. Ale wydaje mi się, że nigdy nie zrezygnujemy całkowicie z podróży. Może się jednak zdarzyć, że posadzimy na tej działce wielki ogród i sprowadzimy dużo zwierząt i wtedy na pewno podróże będą o wiele bardziej ograniczone. Będą one jednak zawsze częścią naszego życia i przynajmniej raz w roku planujemy gdzieś wyjeżdżać. Jak znajdziemy już działkę w Portugalii, to na pewno na chwilę podróże ustaną, bo będziemy się chcieli nasycić tym, że w końcu mamy coś swojego i możemy się zatrzymać. Mnie się np. bardzo marzy ogród warzywny.

Łukasz: Nie mamy też w planach sprzedaży naszego kampera. Jest on częścią naszej rodziny. Będziemy sobie robić miesięczne, trzymiesięczne wyjazdy – ja już mam w planach powrót do Maroko w przyszłym roku na miesiąc na surfing. Nie planujemy już wtedy zwiedzać, tylko odpocząć, posurfować, a w drodze powrotnej kupić dywany i inne pamiątki do naszego domu.


Czyli czujecie potrzebę tzw. slow travel i posiadania rutyny. Przemieszczanie się z miejsca na miejsce zapewne wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Czy są jakieś aspekty, które Wam przeszkadzają w tym stylu życia, który teraz prowadzicie? Czy tęsknicie za jakimiś elementami życia sprzed Waszej przygody z vanlifem?

Kasia: Najgorszy jest dla nas brak rutyny, o którym wspomniałaś. Przez pięć lat nie udało nam się jej wypracować. Pojawiała się ona czasami, kiedy zatrzymywaliśmy się w jednym miejscu na dłużej. Kiedy ruszamy w drogę – wszystko się rozsypuje. Być może są ludzie, którym się udaje wytworzyć rutynę w drodze, ale nam i wielu ekipom podróżniczym, z którymi rozmawialiśmy, się to nie udało. Gdy wyruszamy w podróż, często wyobrażamy sobie, że będziemy mieli czas na ćwiczenie jogi, czytanie książek, realizowanie pasji, a później w podróży okazuje się, że nie ma na to czasu, bo wszystko, co związane z podróżą, kamperem pochłania dużo czasu. Dlatego na początku podróże były fajne, bardzo ożywcze, dawały poczucie, że cały czas coś się dzieje, ale po paru latach chciałoby się już realizować jakieś inne pasje i w podróży jest to utrudnione. Zaczyna to jednak być odczuwalne dopiero po paru latach podróżowania non stop, jeśli ktoś wyrusza na miesiąc to raczej nie sprawi mu to żadnego problemu. To, co teraz jest dla mnie minusem, było jednak pięć lat temu, na początku naszej przygody z vanlifem, plusem. 

Teraz wadą takiego stylu życia jest dla nas np. brak własnej przestrzeni. Na początku nie przeszkadzało nam to – wybór takiego stylu życia i związanych z nim ograniczeń był naszym świadomym wyborem. Cieszyliśmy się wtedy tym, że mogliśmy otworzyć drzwi i mieliśmy ogromny ogród dookoła, że mogliśmy w każdym momencie iść na plażę czy w góry. Wtedy brak przestrzeni nam nie przeszkadzał. Dziś jest to dla nas uciążliwe, że np. nie mamy dużej łazienki, w której mogłabym się chociażby pomalować na spokojnie. Chciałabym teraz czasami zamknąć się gdzieś i przez chwilę pobyć sama, gdy np. montuję film, czytam książkę czy robię muzykę. Może wynika to też z tego, że moje zainteresowania się trochę zmieniły. Pięć lat temu zależało mi przede wszystkim na podróżowaniu, dzisiaj jesteśmy już tym nasyceni i ciągnie mnie coraz bardziej do tego, żeby zacząć tworzyć muzykę, a żeby to robić potrzebuję własnej zamkniętej przestrzeni i czasu.

Łukasz: Tak, zdecydowanie brakuje nam czasu, bo musimy dojechać w określone miejsce, nalać wodę, wylać wodę, opróżnić toaletę. Nawet wzięcie prysznica czy zrobienie kawy w kamperze zajmuje dużo więcej czasu niż normalnie. Robiąc kawę w kamperze musisz zatrzymać się na jakimś parkingu, nalać wodę do czajnika, ugotować ją na gazie, co też zajmuje chwilę, i dopiero potem zalać kawę – cały ten proces zajmuje nam co najmniej pół godziny. Ale i tak więcej jest plusów takiego życia niż minusów. Bo jak już zaparzymy tę kawę, to możemy ją wypić na klifie w Portugalii w pełnym słońcu. Tych wszystkich minusów nie można nawet nazwać problemami – to są bardziej niewygody, których nie widać czasem na YouTube czy Instagramie. Natomiast rekompensują je widoki i wolność.


Rozumiem Waszą perspektywę, bo pięć lat w podróży to naprawdę sporo. Jakie są zatem plusy vanlifu?

Kasia: Poczucie wolności, chociażby w podejmowaniu decyzji, gdzie dalej jedziemy, możliwość spędzania zimy w słonecznym, ciepłym kraju i spotykanie ludzi, którzy też kochają podróżować, bo z vanlifersami bardzo łatwo jest zacząć rozmowę. Zaczyna się od tematów związanych z vanem, później są opowieści o podróżach, a następnie już o całym życiu.


Co do Waszego busa, to miałam okazję go widzieć na żywo na targach w Poznaniu w zeszłym roku. Zafascynował mnie wówczas vanlife i dlatego zastanawiam się, jak to się u Was wszystko zaczęło, kiedy postanowiliście rzucić wszystko i rozpocząć przygodę z vanlifem i dlaczego?

Łukasz: Wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy mieszkaliśmy w Wielkiej Brytanii, konkretnie w Bristolu.Spędziliśmy tam już pięć lat i doszliśmy do wniosku, że musimy coś zmienić w naszym życiu. W tamtym czasie Kasia poszła na Camino de Santiago – samotną wędrówkę szlakami św. Jakuba z Portugalii do Hiszpanii. Gdy wróciła, zobaczyłem, że jest jakaś odmieniona, pozbawiona trosk, bez makijażu, w legginsach, uśmiechnięta. Wcześniej, przed Camino, była bardzo spięta, zależało jej na tym, żeby dobrze wyglądać, żeby ludzie w pracy ją lubili, żeby robota była dobrze wykonana. Jej praca wiązała się z bardzo dużą ilością stresu. Po doświadczeniu Camino Kasia jakby zupełnie przestała przejmować się drobnostkami. I zapragnąłem wtedy też poczuć się tak jak ona. 

Zacząłem oglądać filmiki na YouTube o podróżnikach, którzy żyją w vanie. Zaczęło się od ekipy Busem przez Świat oraz filmików amerykańskich vanlifersów. Zobaczyłem w tych ludziach identyczne spojrzenie, jak miała Kasia, gdy wróciła z Camino. Oni mieli wolność i radość w oczach, takie podejście, że co ma być to będzie, żyjemy i jest pięknie. Pokazałem te filmiki Kasi i zaproponowałem jej, żebyśmy sprzedali wszystko, pozbyli się całego naszego majątku i rozpoczęli taką podróż. Mieliśmy pojechać na rok, żyć przez ten czas z oszczędności, a później zobaczyć co będzie dalej. Kasia bardzo entuzjastycznie podeszła do tego pomysłu, ona marzyła o tym już od wielu lat, ale ja nie byłem gotowy wcześniej. Do tamtej pory byłem nastawiony na rozwój, karierę i pieniądze. Wydawało mi się, że odpocząć można tylko w 5-gwiazdkowym hotelu z basenem. Gdy pierwszy raz zetknąłem się z terminem vanlife i dowiedziałem się, że ludzie mieszkają w samochodach, było to dla mnie coś niewiarygodnego, nie rozumiałem, jak można mieszkać w takich małych busach bez toalety, bez prysznica i być szczęśliwym. Ale błysk w oku tych ludzi sprawił, że też zapragnąłem takiego życia. Kasia się zgodziła i dwa tygodnie później byliśmy już na wypowiedzeniu w pracy, wypowiedzieliśmy też umowę najmu mieszkania a większość naszych mebli była już wystawiona na OLX.


Czy rzucając pracę mieliście plan co dalej? Wiem, że mieliście oszczędności, ale czy dorabialiście sobie jakoś na początku?

Łukasz: Zaoszczędzone pieniądze miały nam wystarczyć na ok. osiem-dziesięć miesięcy, bo założyliśmy sobie, że miesięczne utrzymanie będzie nas kosztować ok. 1 tys. euro i mieliśmy mniej więcej 8-9 tys. euro oszczędności. To nam wystarczyło na ponad pół roku. Ogólnie plan mieliśmy bardzo luźny – rozważaliśmy pojechanie na zbiór oliwek, winogron, Kasia jest uzdolniona muzycznie, więc mogła grać na ulicy, ja nauczyłem się kiedyś puszczać bańki więc pomyślałem, że będę stał na ulicy i puszczał bańki i ludzie będą nam wrzucać jakieś pieniążki. To był nasz plan na sfinansowanie podróży, jeżeli by się nam przedłużyła. 

Od samego początku zaczęliśmy też nagrywać filmiki dotyczące naszej przygody i wrzucać je na YouTube bez jakiejkolwiek nadziei, że to wypłynie. Myśleliśmy, że może po roku uzbiera się z 5 tys. subskrypcji, bo słyszałem, że wtedy można już zarobić jakieś pieniądze. Ale nawet nie włączyliśmy monetyzacji naszego kanału, ponieważ nie chcieliśmy wkurzać reklamami naszej rodziny i znajomych, którzy oglądali filmy. Jednak jakimś cudem YouTube zaczął polecać ludziom nasze pierwsze filmiki z podróży i stały się one viralem – pierwsze z nich miały setki tysięcy wyświetleń. Jeden zbliżył się nawet do miliona wyświetleń i nagle z dnia na dzień staliśmy się rozpoznawalni na ulicy. Ludzie w Lidlu podchodzili do nas i robili sobie z nami zdjęcia. Nie byliśmy na to przygotowani. Ale dostaliśmy poradę od naszego znajomego, który prowadził agencję marketingową w Warszawie, żeby wykorzystać nasze pięć minut, ponieważ w ten sposób mamy szansę sfinansować naszą podróż i rozciągnąć ją na dłużej niż pierwotnie planowaliśmy. W naszych planach nie było powrotu do Anglii. Mieliśmy nadzieję, że gdzieś w drodze coś się nam przytrafi – że dostrzeżemy jakiś pomysł na biznes, coś stworzymy, że droga pomoże nam w podjęciu decyzji, co będziemy robić w przyszłości.

I pojawił się YouTube. Więc wykorzystaliśmy to, zaczęliśmy robić filmy regularnie, przykładać się do tego. Wrzucaliśmy dwa vlogi tygodniowo przez ponad dwa lata. Zatrudniliśmy montażystę, kupiliśmy lepszy sprzęt, drona i filmowaliśmy naszą całą podróż. Powstało ponad 300 odc. naszej vlogowej przygody.


Czyli po rzuceniu pracy na etacie pięć lat temu już do niej nie wróciliście – PodróżoVanie jest teraz Waszą pracą. Mówisz, że z dnia na dzień staliście się rozpoznawalni – ile czasu zatem zajęło Wam budowanie Waszej społeczności?

Łukasz: Pierwszy viral pojawił się po ok. trzech miesiącach od rozpoczęcia działalności na YouTube. Po tym viralu każdego dnia dołączały do nas kolejne setki i tysiące nowych osób, subskrypcji. Po około pół roku mieliśmy 50 tys. subskrybentów.


To bardzo szybko, bo zwykle budowanie nawet małej społeczności zajmuje twórcom więcej czasu, nawet kilka lat. Zaczęło się więc od YouTube w Waszym przypadku. Teraz działacie też na blogu, Instagramie, prowadzicie sklep internetowy, piszecie książki – co z tego wszystkiego daje Wam największą frajdę?

Kasia: Jak są taski porobione (śmiech). 

Łukasz: To, że nie musimy wstawać rano i być np. o 8 w pracy.

Kasia: Tak naprawdę największą frajdę sprawiają nam wiadomości od naszych obserwujących, świadomość, że to, co robimy, komuś pomogło albo kogoś zainspirowało. Byliśmy już tyle razy o krok od zrezygnowania z tworzenia w internecie, bo czasem się trochę wypalamy, czasem spotyka nas hejt. Co jakiś czas nachodzi nas właśnie taka myśl, że może czas wrócić do normalnej pracy i zawsze wtedy ktoś wysyła jakąś wiadomość, że dzięki nam np. kupił kampera, zaczął podróżować z rodziną albo zdobył się na odwagę, żeby zmienić pracę lub miejsce zamieszkania. To nam daje największą motywację, bo są to szczere wiadomości ludzi, którzy w ten sposób otwierają przed nami swoje serce. Cały pomysł na nasz kanał był zresztą taki, żeby pokazać ludziom, że nie mając wiedzy technicznej czy wielkich pieniędzy można samemu zbudować kampera i wyruszyć w podróż. To był nasz cel i ten cel udało się osiągnąć.

Łukasz: Nasze filmiki zaczęliśmy nagrywać właśnie dlatego, że nie było ani jednego filmu na polskim YouTube o tym, jak zbudować vana, czym jest vanlife. Pomyśleliśmy, że skoro w Stanach vanlife jest popularny, to zgodnie ze znaną nam teorią z motywacyjnych książek mówiącą, że to, co jest popularne w Stanach teraz, za trzy lata będzie popularne w Europie, uznaliśmy, że dobrym pomysłem może być wypełnienie takiej niszy w Polsce. Trzy lata później wybuchła pandemia i wtedy wszyscy zaczęli budować kampery i interesować się vanlifem. I wtedy właśnie zaczął się w Polsce boom na caravaning. My już byliśmy wtedy w branży i mieliśmy wypracowaną pozycję, poradniki budowy kampera, książki. Dlatego pandemia była dla nas błogosławionym czasem – po pierwsze dlatego, że zarabialiśmy więcej pieniędzy, po drugie – mieliśmy satysfakcję, że dajemy ludziom możliwość wyjścia z domu i radzenia sobie z sytuacją, w jakiej postawił nas wszystkich Covid. Bardzo dużo ludzi zaczęło oglądać nasze vlogi w trakcie lockdown’u, kiedy mieli trudny psychicznie okres, bo nie mogąc sami wyjść z dom, mieli możliwość przez nasze filmiki zobaczyć jak wygląda świat. My w trakcie pandemii cały czas się przemieszczaliśmy – byliśmy w Portugalii, we Włoszech. 

Ogląda nas też dużo osób chorych i niepełnosprawnych. Piszą oni do nas bardzo wzruszające maile, po których niejednokrotnie się popłakaliśmy. Tacy ludzie chcieliby gdzieś pojechać, ale nie mogą i dzięki naszym filmom niejako zwiedzają świat naszymi oczami. Jeden chłopak chciał popełnić samobójstwo, bo miał złamane serce. Już miał wszystko zaplanowane i postanowił posłuchać sobie ostatni raz piosenki, która kojarzyła mu się z jego byłą dziewczyną. Po tej piosence YouTube podpowiedział mu jeden z naszych filmów. I jakoś wciągnął się w ten film, później obejrzał drugi, trzeci i zainspirowany naszą historią, postanowił zmienić swoje życie. Wyprowadził się z domu, zaczął wszystko od nowa.


To mocna historia. Wspomnieliście też o tym, że vanlife długo nie był popularny w Polsce. Faktycznie kojarzy się on bardziej z Ameryką, sama się z tą koncepcją zetknęłam po raz pierwszy w jakimś amerykańskim filmie. Był też chociażby oscarowy Nomadland. Jak oceniacie rynek vanlifu w Polsce dzisiaj? Myślicie, że jest to chwilowy trend, czy wydaje Wam się, że coraz więcej osób będzie się przenosić do domu na kółkach?

Kasia: Od pandemii obserwowany jest po dziś dzień stały wzrost popularności vanlifu. Mnie się wydaje, że może on lekko wyhamować, ponieważ sytuacja po pandemii się unormowała. Jednak myślę, że nadal będzie to popularny sposób na życie. W Polsce, jeszcze pięć lat temu, podróże kamperem były niedostępne dla większości ludzi ze względu na koszty. Nie było też odpowiedniej infrastruktury. Natomiast w Niemczech podróże kamperem stale, od 30 lat, zyskują na popularności. Wydaje mi się, że w Polsce teraz, jak już poznaliśmy ten koncept i coraz więcej osób zaczyna w ten sposób podróżować, może być podobnie. Wynika to z tego, że po pierwsze jest to fajny sposób podróżowania, dający dużą niezależność, fajna możliwość dla rodzin, ale też jest to tanie rozwiązanie, zwłaszcza jeśli ktoś planuje długą podróż. Bo mamy samochód i dom w jednym. A Polacy lubią jak jest tanio. Wciąż jest to także popularny hashtag na instagramie, ludzie są bombardowani wizerunkami vanlifersów, 

Łukasz: Tylko między Polską i Stanami jest ta różnica, że w Stanach jest bardzo dużo vanlifersów z przymusu, bo nie stać ich na dom. Więc vanlife jest dla nich bardziej sposobem na mieszkanie niż na podróżowanie. W Polsce większość osób jest nastawiona na podróże i przyjemność wynikającą z prowadzenia takiego stylu życia. I np. w Nomadland vanlife jest ukazany jako szary i smutny. Nie ma tam ujęć z widoczkami nad klifem, z radosną parką w bikini. Tam jest to często życie na parkingu, pod supermarketem. I tego w Polsce raczej nie będzie. Będzie trochę takich osób jak my, które przez kilka lat będą żyły w vanie. Ale nie będzie ich dużo. Większość Polaków traktuje vanlife jako przygodę, a nie sposób na życie.


Wspomnieliście o kosztach, o tym, że życie w vanie jest bardzo tanie. Czyli uważacie, że to się opłaca? Ile wynoszą Wasze miesięczne wydatki odkąd mieszkacie w vanie?

Łukasz: Jest to na pewno tańsze niż mieszkanie w domu, bo nie ma czynszu, rachunków za prąd, wodę, gaz, abonamentów i innych stałych opłat. Oczywiście płacimy za paliwo, ale jak ktoś mieszka w domu, to też płaci za paliwo, bo dojeżdża do pracy, albo za bilet miesięczny. Trudno jest jednoznacznie powiedzieć, ile to kosztuje, bo każdy prowadzi nieco inny tryb życia i jedni vanlifersi wydadzą 500 euro, a inni 2 tys. euro. To zależy też od kraju i liczby osób, które podróżują. My zrobiliśmy podsumowanie Maroko – koszty miesięcznego pobytu w tym kraju wyniosły 1 tys. euro. W Europie wydajemy ok. 1,5 tys. euro miesięcznie na naszą dwójkę.


Myślę, że porównując te koszty do życia nawet w polskim mieście i biorąc jeszcze pod uwagę, że to wydatki na dwie osoby, to jest to zdecydowanie tanie i opłacalne rozwiązanie.

Łukasz: Oczywiście im więcej się jeździ, podróżuje, tym więcej się wydaje. Ale, jeżeli żyje się tak jak my teraz w Portugalii, na trzech, czterech parkingach, to tankujemy raz na miesiąc i to nawet nie do pełna. Więc życie w vanie zdecydowanie może być tanie.


To może być duża zachęta dla tych, którzy rozważają taki styl życia, ale jeszcze się wahają. Gdybyście mieli dać garść porad osobie, która dopiero zaczyna przygodę z vanlifem, o czym trzeba pamiętać, na co uważać, to co byście powiedzieli?

Łukasz: Po pierwsze trzeba mieć oszczędności. Warto odłożyć trochę pieniędzy, nawet na jeden-dwa miesiące życia, jeśli rozpoczyna się dłuższą podróż, taką jak nasza. Ja na pewno bym nie wyjeżdżał nie mając poduszki finansowej, bo brak pieniędzy odbiera przyjemność z podróży.

Kasia: Albo można sobie ogarnąć wcześniej jakąś pracę zdalną, którą będziemy mogli kontynuować podczas podróży. Warto mieć kilka pomysłów na to, jak zarobić w podróży. My wyruszając w naszą pierwszą podróż mieliśmy poduszkę finansową, ale mieliśmy też plany jak zarabiać. 

Łukasz: Powiedziałbym też takiej początkującej osobie, żeby nie inwestowała wszystkich zaoszczędzonych pieniędzy w nowoczesne rozwiązania kamperowe. Teraz jest taki trend w Polsce, że ludzie, którzy się zainteresowali vanlifem, zaczynają budować kampery na poziomie statków kosmicznych. Używają do tego bardzo drogich, specjalistycznych materiałów i płacą za kampera ogromne pieniądze, nie wiedząc nawet, czy spodoba im się vanlife i czy spędzą w kamperze więcej czasu. Ja bym poradził, aby wybudować vana niskim kosztem, pojechać, sprawdzić, czy to dla nas i dopiero jak jesteśmy pewni, że chcemy w ten sposób żyć i podróżować, to wtedy zainwestować w lepszego vana, jeśli mamy na to fundusze. My np. tak zrobiliśmy – po trzech latach wybudowaliśmy lepszego vana, w którym mamy już piekarnik, ciepłą wodę i inne udogodnienia. Ale przez pierwsze trzy lata podróżowaliśmy w dostawczaku, w którym był materac, prowizoryczne meble, siedzisko na skrzynce po jabłkach i to nam w zupełności wystarczało.

Kasia: Ja bym poradziła takiej osobie, żeby nie pozwoliła, aby strach ją hamował. To jest jak najbardziej normalne, że boimy się spać w samochodzie na początku, że obawiamy się, że ktoś nas np. napadnie. I często to wyolbrzymiamy. My się zawsze baliśmy, że zepsuje się nam gdzieś w Europie samochód. I zdarzyło nam się to. Zadzwoniliśmy wtedy po prostu po assisstance, zawieźliśmy auto do mechanika, wynajęliśmy jakieś tanie airbnb na dwie-trzy noce. Później samochód został naprawiony i mogliśmy jechać dalej. Nawet, jeśli okaże się, że samochód jest tak zepsuty, że trzeba go ściągnąć do Polski, co zdarzyło się ludziom, których znamy z internetu, to trudno – pakujemy auto na lawetę, zawozimy do Polski i decydujemy, czy lepiej naprawić, czy sprzedać. 

Często strach blokuje nas przed podjęciem jakiejś decyzji, jednak niepotrzebnie – najczarniejsze scenariusze, które sobie wyobrażamy, zwykle się nie spełniają, a problemy, które pojawiają się w naszym życiu, są i tak jego nieodłączną częścią, niezależnie od tego, co robimy. Zepsuty samochód to nie koniec świata, zawsze są jacyś mechanicy, a nawet miejscowi, którzy często okazują się bardzo gościnni i chcą pomóc w potrzebie. Kiedyś złapaliśmy gumę w Serbii w nocy, na wsi. I znalazł się tam wtedy człowiek, który wymienił nam koło, mimo że o Serbach naczytałam się wiele negatywnych rzeczy. Więc strach jest, ale nie można mu się poddać. Bój się i rób.


To fakt, w życiu szukamy stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa i dlatego ze strachu często nie realizujemy swoich marzeń.

Kasia: Poczucie bezpieczeństwa jest często złudne. Koronawirus pokazał, że wszystko może się zmienić w nieplanowany sposób w ciągu kilku tygodni. Żyjemy trochę w iluzji bezpieczeństwa, w systemie, w którym na pierwszy rzut oka żyją wszyscy, więc wierzymy w to, że jest to bezpieczne. Ale życie jest nieprzewidywalne. Fajnie jest się oczywiście zabezpieczyć, ale w podróży też można to zrobić – np. dzięki poduszce finansowej. Mnie podróż zmotywowała też do regularnego robienia badań – co roku, kiedy jesteśmy w Polsce, idę na gruntowny przegląd mojego całego ciała. Gdy mieszkałam na stałe w Polsce nie miałam tego w zwyczaju. A to też jest pewien sposób zabezpieczenia. 

Łukasz: Samochód również przechodzi oficjalny przegląd co roku, wymieniamy wtedy wszystkie możliwe części, które potencjalnie mogłyby się zepsuć.


Pozostając nadal w temacie bezpieczeństwa – czasami słyszy się, że np. komuś skradziono vana albo włamano się do kampera i zabrano kosztowności, cenne przedmioty. Czy Wam się zdarzyły takie sytuacje w podróży?

Kasia: Nie. Chociaż dużo robiliśmy, żeby się bardziej zabezpieczyć – zamontowaliśmy chociażby komplet dodatkowych zamków w vanie na wszystkie drzwi. Czytamy też informacje na różnych forach odnośnie miejsca, w jakim chcemy się zatrzymać. Korzystamy też z aplikacji park4night, by upewnić się, czy dany parking jest bezpieczny. 

Łukasz: Ogólnie vanlife jest bezpieczny. Czasami tylko słyszy się o jakichś włamaniach czy kradzieżach. Ale patrząc na liczbę vanlifersów, jest to tylko znikomy promil. Nam się nic niebezpiecznego nie wydarzyło przez pięć lat. Jesteśmy czujni – jeśli nasza intuicja podpowiada nam, że jakieś miejsce może być niebezpieczne, jeśli coś wygląda podejrzanie, to odjeżdżamy, żeby się dobrze czuć, wyspać. 

Kasia: Do niebezpiecznych sytuacji dochodzi często wówczas, gdy nasza czujność jest uśpiona. Pisała o tym np. Dodo Knitter, którą okradziono w towarzystwie właśnie z tego powodu, że była wtedy mniej czujna. Nasza czujność też po latach podróży bywa trochę uśpiona, ale mimo tego nic złego nam się nie przydarzyło.

Łukasz: Ostatnio obudziliśmy się w Maroko na klifie, gdzie parkowaliśmy z innymi vanlifersami i gdy wyszliśmy na zewnątrz, oni zapytali nas dlaczego mamy klucze w drzwiach od zewnątrz. Ja zdziwiony zauważyłem, że faktycznie zostawiłem wszystkie klucze, w tym od sejfów, wszystkich kłódek, włożone w zamek w drzwiach od zewnątrz i w ten sposób przespaliśmy całą noc na dziko. I nic nam się nie stało. Kiedyś w nocy jakieś dziecko otworzyło nam drzwi do kampera i spaliśmy przy tych otwartych drzwiach i nigdy nikt nam nie wszedł do vana. Nieodpowiedzialnych sytuacji było kilka, ale nie wydarzyło się nic niebezpiecznego.


Równie dobrze ktoś może nas okraść czy napaść w mieszkaniu. Ale chyba tak mamy, że jak coś jest dla nas nieznane, to bardziej się tego boimy i szukamy na siłę minusów, które utwierdzą nas w przekonaniu, że to zły pomysł.

Kasia: Czasem lepiej coś przeżyć, niż spędzić całe życie w tym bezpiecznym kokonie, w iluzji stabilności i bezpieczeństwa.


Jak widzicie dalszy rozwój swojego biznesu, kanałów? Co będzie dalej z PodróżoVanie?

Łukasz: Po pięciu latach robienia tego samego czujemy się lekko wypaleni i zmęczeni tworzeniem vlogów o tematyce vanlifu. Mamy też wrażenie, że w tym temacie pokazaliśmy już wszystko, co można było pokazać. Nie ciągnie nas już na ten moment do nowych krajów, chcielibyśmy pomieszkać w Portugalii, więc całkiem możliwe, że nasz kanał za kilka miesięcy przekształci się na pokazywanie życia na działce w Portugalii. Jest to popularne również w Stanach – vanlifersi ze Stanów po kilku latach jeżdżenia odkrywają w Ekwadorze, Kolumbii, czy nawet w Stanach jakąś działkę, tam się przeprowadzają, budują tiny house, ogródek i nam też się to podoba, też już dorośliśmy do takiego momentu. Widzimy też, że w Polsce nie ma jeszcze takich kanałów, więc chcemy znów być jednymi z pierwszych i pokazać alternatywny sposób na życie w tiny house. 


To jest bardzo fajny pomysł na biznes, że znów chcecie pokazywać to, co w Polsce nie jest jeszcze popularne i stworzyć nową niszę na polskim YouTube. Mocno Wam w tym kibicuję. Podsumowując nasze dzisiejsze spotkanie, powiedzcie, co najbardziej cenicie sobie w Waszym życiu, podróżach, pracy?

Kasia: Dla mnie ważny jest aspekt kreatywny. Jestem artystką, więc cieszy mnie tworzenie i obcowanie ze sztuką. Cenię sobie też obcowanie z naturą i dzięki temu, że jesteśmy w podróży, jesteśmy cały czas nią otoczeni. Najcenniejsze jest jednak dla mnie to, że nie jestem na etacie. Przez dwanaście lat pracowałam na różnych etatach w różnych firmach i bardzo źle się w tym czułam, w tych sztywnych ramach i strukturach. Widzę, jak to wygląda w firmach – z wyznaczonych ośmiu godzin na prawdziwą, efektywną pracę poświęca się ok. trzy-cztery godziny dziennie, a poza tym traci się czas na kawy, spacery, itd. Lubię to, że teraz jestem sama sobie szefem i Łukasz jest moim szefem. Cenię sobie niezależność. Gdy wyobrażam sobie moje dalsze życie, to pierwsza rzecz, która pojawia się w mojej głowie to to, że nie mogę już wrócić na etat i muszę znaleźć sposób, by móc dalej pracować jako freelancer. 

Łukasz: Cieszymy się, że żyjemy w takich czasach, że możliwe jest prowadzenie biznesu zdalnie. Że mamy sklep internetowy, który jest prowadzony przez Imker i my możemy leżeć w Portugalii na plaży, kiedy ktoś z Imker realizuje zamówienia, które wpadają do naszego sklepu. Dla osób, które podróżują dużo, tak jak my, możliwość prowadzenia biznesu zdalnie jest najlepszym rozwiązaniem.

 

IMKER
IMKER

Firma IMKER od 2015 roku wspiera twórców i producentów we wprowadzaniu własnych produktów na rynek. Wyróżnia się kompleksowością usług - oferując m.in. doradztwo, usługi fulfillment, support (obsługa klienta) oraz SalesCRM (oprogramowanie do sprzedaży). IMKER prowadzi Twórców przez całość procesów związanych ze sprzedażą w internecie, od uruchomienia sprzedaży, poprzez przedsprzedaż, magazynowanie, pakowanie i wysyłkę, aż do profesjonalnej obsługi klienta i zwrotów.

Odbierz wartościowy bonus przy zapisie do newslettera!

Wzór biznesplanu książki dla selfpublishera na 12 miesięcy! Będziemy Ci także regularnie wysyłać ciekawe inspiracje dotyczące świata twórców online.

    Twoje dane osobowe będą przetwarzane w celu obsługi newslettera przez Imker Spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Zamościu, ul. Szczebrzeska 55A, 22-400 Zamość, KRS: 0000967893, na zasadach opisanych w polityce prywatności. W każdej chwili możesz zrezygnować.

    Twoje dane są u nas bezpieczne. 🛡️